Wykorzystałabym życiowy kryzys, by zalśnić prawdziwym blaskiem

19 Sty

lsniaca2

Wiele z nas stara się zrobić jak najwięcej, aby zapobiec temu, by naszym udziałem stały się trudne i traumayczne życiowe doświadczenia. Choćbyś jednak przeznaczała na to większość życiowej energii, to jeśli masz pępek (czyli jesteś człowiekiem:-), raczej nie uchronisz się przez tym, by przeżyć życie i nie musieć konfrontować się z jakiegoś rodzaju kryzysem. Taka jest bowiem natura naszej ludzkiej kondycji. To może być bolesne rozstanie z kimś najbliższym i wydawało się – nierozerwalnie z tobą związanym, utrata pracy, choroba twoja lub kogoś bliskiego, śmierć rodziców, utrata środków do życia albo komfortu i wygody, przeprowadzka do innego kraju, utrata młodości czy złudzeń na swój temat, odkrycie, że przez większość cennego czasu nasza drabina była przestawiona do niewłaściwej ściany.

Byłam jedną z osób, która na różne sposoby stara się kontrolowac rzeczywistość, aby uchronić się przed dyskomfortem i cierpieniem. Stałam się mistrzynią przewidywania i zapobiegania, ale – jak można się łatwo domyśleć – to nie mogło się udać.

Rok 2016 mnie nie rozpieszczał. 3 groźne dla  życia operacje taty, bardzo poważna choroba wzroku mamy, i wreszcie dramatyczne rozstanie, z tatą mojej córki, moim partnerem przez ostatnie 22 lata – wszystko to złożyło się na niespodziewany i potężny życiowy kryzys.

Przechodziłam kolejne fazy procesu żałoby: złość, szok, niedowierzanie, targowanie się, smutek  i w końcu depresja tak poważna, że z trudem podnosiłam się z łóżka, by zrobić mojej córce śniadanie.

Kiedy zaczęłam myśleć, że w zasadzie śmierć nie jest tak straszna, jak mi się zawsze wydawało, jakaś część mnie poczuła, że musi być jakieś inne wyjście. Chciałam dać przestrzeń wszystkim uczuciom, które się przeze mnie przetaczały. I jednocześnie wewnętrzny obserwator (albo obserwatorka) nie mógł nie widzieć, że duża część mojego codziennego przemożnego cierpienia jest kreowana przez moje myślenie: negatywne myśli o sobie, obwinianie siebie i innych, snucie najgorszych scenariuszy przyszłości i samostraszenie się nimi…

Zobaczyłam, że to mój największy obszar wpływu.

 

Ratunkiemi oraz inspiracją stała się dla mnie też wypowiedź Brandon Bays, twórczyni metody The Journey:

„Kiedy przytrafia ci się niszczące doświadczenie, powinnaś rozpoznać je jako wezwanie do przebudzenia i rozpoczęcia twojej podróży.

Za każdym razem, kiedy przeżywasz traumę,  jest to sposób życia na powiedzenie ci: Obudź się! To czas, aby przybyć do domu, wysłuchać, czego chce nauczyć cię twoja dusza i odkryć, dokąd chce cię ona zabrać.”

Daphne Kingma, psychoterapeutka z USA twierdzi wręcz, że kryzys to wezwanie do rozwoju, do tego, byśmy stali się inni, lepsi, byśmy byli sobą bardziej niż do tej pory:

„Kryzys, w jakim się aktualnie znajdujesz, ma swój cel, a częścią tego celu jest, żebyś w jego toku odczuł w sposób bardzo głęboki inne doświadczenie życia i siebie samego. Rzeczywistość zdaje się dawać ci kuksańca w bok i mówić: myślałeś, że w życiu chodzi o to, aby – mówiąc słowami poety Wiliama Wordswordha (tutaj w świetnym przekładzie Stanisława Barańczaka): „być zaprzedanym codziennej pogoni” – ale tak nie jest. Chodzi o to, aby znaleźć pełniejszy wyraz siebie, poszukać swojego prawdziwego ja, znaleźć własną drogę prze życie i kroczyć nią do realizacji wyłącznie twojego celu życia, do jego pełni.”

Postanowiłam zaprojektować dla siebie rozwojowy proces, którego celem było wykorzystanie tego rozległego kryzysu do tego, by stworzyć życie pełne miłości, śmiechu, piękna, przyjaciół i sensu. Dla mnie i dla mojej 6-letniej córki. Chciałam zrobić swój projekt RISE AND SHINE.

Świadomie nadać sens temu, co mi się przydarzyło, i co z pozoru wydawało się kompletnie bezsensowne.

Zobaczyć, jakie są moje najważniejsze wartości. Pragnienia. Marzenia. Potrzeby. Tęsknoty.

Skąd biorą się moje największe lęki i przeszkody nie pozwalające żyć zgodnie z moją prawdziwą naturą.

Co mogę zrobić w odpowiedzi na nie.

Okryć swoją prawdziwą naturę i zacząć nią lśnić na co dzień.

Dorosnąć w kryzysie.

Jednym zdaniem: chciałam się podnieść z kolan, na które rzuciło mnie życie i zacząć prawdziwie żyć, z głębi swojej natury.

Udało mi się to, ale droga była długa i mocno pod górę…

Zobacz, co z tego wszystkiego wyniknęło…

baner1

Odkryłabym swój życiowy dar

10 Lu

Arjuna Ardagh i Jonathan Robinson

Choose to shine message over colorful background

Dzisiaj wyjątkowo gościnnie na blogu Gdybym Dorosła piszą Arjuna Ardagh i Jonathan Robinson. Piszą o czymś bardzo ważnym, wręcz kluczowym. Przeczytajcie koniecznie!

Przez dziesiątki lat pracy z ludźmi, indywidualnej i grupowej, mieliśmy do czynienia zarówno z zamożnymi, jak i ubogimi, zarówno ze zwycięzcami, jak i pokonanymi. Odkryliśmy jednak, że jest coś co łączy ich wszystkich: w głębi każdej jednostki ludzkiej drzemie unikalny odcień świadomości – dla każdego inny. Tak jak odcisk palca, jest on czymś absolutnie unikalnym dla każdej pojedynczej osoby. Gdy zostanie odkryty i uaktywniony, staje się Twoim unikalnym darem dla świata. Większość ludzi nie wie co jest ich unikalnym darem. Są jak ryba w wodzie – ich dar jest dla nich czymś tak oczywistym, że go nie widzą. Dlatego dobrym sposobem na odkrycie swojego unikalnego daru jest zadanie pytania bliskim przyjaciołom lub osobom, które Cię znają od jakiegoś czasu. Proponujemy, żeby zapytać 12 osób: „Jakie jakości widzisz we mnie, dary które płyną przeze mnie w większym stopniu, niż przez kogokolwiek innego kogo znasz?“ Odkryjesz, że są jakości, które każda z tych osób wpisze na swoją listę.

Dla jasności, praca jaką wykonujesz to nie to samo co Twój unikalny dar. Na przykład możesz być księgowym/ą (być może bardzo dobrym/ą!), ale księgowość nie będzie Twoim unikalnym darem. Jeśli wśród Twoich darów jest precyzja, koncentracja i porządek, to księgowość będzie dobrym kanałem, przez który może płynąć Twój dar. My oboje jesteśmy pisarzami. To nie jest dar. To kanał dla daru wyrażania siebie, klarowności i, być może, poczucia humoru, którymi możemy dzielić się z innym. Unikalny dar i sposób jego wyrażania to dwie osobne kwestie.

Możesz wykonywać obecnie pracę, w której Twój dar się wyraża lub nie. Odkryliśmy jednak, że to czym się zajmujesz w ciągu dnia nie ma tak wielkiego znaczenia, jak ludzie uważają. Nie jest bardzo istotne czy wykonujesz właściwą pracę. Jeśli tylko twoja praca nie blokuje przepływu Twoich darów, to nie jest problem.

Kiedy przebudzisz się do swojej prawdziwej natury – pustej i nieograniczonej, Twoje dary zaczną płynąć przez Ciebie z większą łatwością. Tym, co może być mylące jest fakt, że im bardziej wychodzisz poza swoją ograniczoną tożsamość i czujesz swoją przestrzenność, tym bardziej możesz czuć, że wcale nie masz unikalnego daru. Doświadczysz siebie jako pustki i obecności, rodzaju gotowości i dostępności, która nie ma treści. Paradoksalnie, im bardziej jesteś otwarty/a i im mniej myślisz o tym, że masz coś dać, tym silniej inni poczują Twój dar.

Przykładowo, kiedy Yehudi Menuhin, jeden z najlepszych światowych skrzypków, grał na skrzypcach, nie było w tym Yehudiego Menuhina. Były tylko grające skrzypce. Stawał się on świadkiem pięknej skrzypcowej muzyki w takim samym stopniu jak publiczność. Tak samo wygląda to dla tancerzy, pisarzy, a nawet ludzi biznesu: kiedy dzielą się swoim darem, czują, że płynie on poprzez nich, a nie z nich.

Nasze badania pokazują, że najbardziej wiarygodnym wskaźnikiem poczucia spełnienia w życiu jest to, w jakim stopniu jesteśmy w kontakcie z naszymi darami i na ile jesteśmy w stanie je realizować. To, w czym ludzie tradycyjnie widzą źródło spełnienia – pieniądze, bezpieczeństwo i posiadanie, nie dają trwałej satysfakcji. Co więcej, odkryliśmy, że większość ludzi, którzy zgromadzili dużo dóbr materialnych nie poleca innym podążania tą ścieżką, natomiast ludzie, którzy odkryli swój dar i spędzają swoje życie na dzieleniu się nim, przedkładają tę drogę nad jakąkolwiek inną.

Badania pokazują, że najszczęśliwsi ludzie na ziemi to ci, którzy chcą wykorzystywać swój unikalny dar tak by służył innym i chcą znajdować sposoby wykorzystania swojego daru nawet wtedy, gdy ich praca tego nie wymaga.

Pamiętaj, dar płynie przez Ciebie, ale nie jest dla Ciebie. Nie jesteś odbiorcą swojego daru. Jeśli wyobrazisz sobie dar zawinięty w błyszczący papier ze wstążką, nie ma on na sobie kartki z Twoim imieniem. Ma natomiast na sobie imiona innych ludzi. Dar płynący przez Ciebie jest przeznaczony dla innych.

W efekcie idea ‚podążania za szczęściem‘ nie jest najlepszym pomysłem, ponieważ to z czym się czujesz dobrze, nie koniecznie jest Twoim prawdziwym darem. Twój prawdziwy dar jest tam, gdzie masz największy wpływ na innych. Nie koniecznie musisz się czuć z tym świetnie, ale będziesz czuć się „dobrze spożytkowany“.

Doskonałym przykładem tego jest nasza dobra przyjaciółka, Connie Kishbaugh. Jej życie niewątpliwie przebiegało w zgodzie z jej darem. Przez ponad 30 lat Connie była starszą pielęgniarką w Centrum Medycznym UC Davis, gdzie spędzała 12-godzinne zmiany z umierającymi ludźmi. Connie jest troskliwa, kochająca, obecna i bardzo cierpliwa. Pomagała ludziom zaakceptować to, co się z nimi działo. Było to dla niej niezwykle wyczerpujące i wielokrotnie czuła się wypalona, ale dzieliła się swoim prawdziwym darem. Connie nie podążała za tym, co dawało jej szczęście, podążała za tym, co w Indiach nazywane jest dharma. Robiła to, do czego się urodziła, wykonywała swój obowiązek, swój sposób służenia jak największej ilości osob. Odkrycie swojego daru i ofiarowanie go innym jest znakomitym początkiem, ale nie jest celem samym w sobie. Wielu ludzi odkrywa swój dar i uczy się jak się nim dzielić, ale to nie koniecznie ma wpływ na świat, o ile nie odkryje także jak mądrze reagować na nadarzające się szanse i jak dostrajać swój dar. Oba te tematy będziemy poruszać w dalszej części tego cyklu.

Jonathan wspomina:

Niezwykłym przykładem kogoś czyj dar ma bardzo silny wpływ na innych jest Oprah Winfrey. Któregoś razu, gdy byłem gościem Oprah Show, Oprah wspomniała poza kamerą, że bardzo jej się podobały historie o moim psie, które opisałem w swojej książce i zapytała jak miewa się mój pies. Odpowiedziałem: „Ostatnio ma się niezbyt dobrze. Ma padaczkę i częste ataki.“ „Och, przykro mi to słyszeć. Bardzo kocham psy i będę pamiętała, żeby się za niego modlić.“ – powiedziała. Po czym zapytała – „Jak ma na imię twój pies?“ „Roma“ – odpowiedziałem, a ona potwierdziła „Pomodlę się za niego.“ A potem zaczął się program.

Dwa i pół roku później zostałem ponownie zaproszony do jej programu. Podeszła do mnie i powiedziała – „Cześć Jonathan. Dobrze cię znów spotkać! A przy okazji – jak ma się Roma?“ Myśl, że jedna z najbardziej wpływowych i kochanych osób na świecie, Oprah Winfrey, pamiętała tę krótką rozmowę sprzed dwóch i pół roku wydała mi się niemożliwa. Spojrzałem na nią zszokowany „Jaka Roma?“ „Twój pies. Pamiętam, że miała ataki padaczkowe i modliłam się za nią. Jak się czuje?“ Nadal zaskoczony, powiedziałem „Ma się lepiej.“ Po czym zapytałem „Jak to zapamiętałaś?!“ „Cóż, to ciekawa historia“ – odpowiedziała – „Kiedy miałam około 16 lat, byłam na skraju. Zostałam dwukrotnie zgwałcona i urodziłam martwe dziecko. Przebyłam drogę do piekła i z powrotem. Zadałam sobie pytanie ‚Co ja mogę wnieść? Jestem biedna, jestem czarna, i mam ciężkie życie.‘ I pomyślałam, ‚Cóż, mam prawdziwy talent wyczuwania ludzi i komunikowania się.‘ I skoncentrowałam się na podążaniu za tym darem, wierząc że kiedy podąża się za swoim darem, kiedy się go uwolni, wydarzają się dobre rzeczy.“ Wtedy spojrzała na 500 osób na widowni i powiedziała, „I wygląda na to, że to całkiem nieźle zadziałało, nie uważacie?“

Twój dar uniesie nie tylko ciebie, ale także innych ludzi. Kiedy się na nim skupisz, zwykle wydarzają się dobre rzeczy.

Arjuna Ardagh poprowadzi w kwietniu po raz pierwszy w Polsce trening odkrywania swojego unikalnego życiowego daru, który pozwoli każdemu z uczestników lśnić w świecie swoim najgłębszym blaskiem. 

Gdybym w tym roku mogła wziąć udział tylko w jednym jedynym warsztacie, to byłby właśnie ten – bo głęboko wierzę, że w życiu chodzi o to, by przeżyć je jak najbardziej sensownie. A czy może być bardziej sensowne pytanie niż: „Po co tutaj jestem?” I większe spełnienie niż odnalezienie odpowiedzi i życie według niej? Sprawdźcie koniecznie!” – Ewa Panufnik

Więcej informacji: www.radicalbrilliance.evenea.pl

Tylko do 10 lutego obowiązuje cena promocyjna Early Bird.

Ostatnie 7 godzin, aby wesprzeć moje wielkie marzenie o wydaniu książki „Gdybym Dorosła”:-)

4 List

ewapanufnikcz-bKochane Czytelniczki bloga „Gdybym Dorosła”! To już ostatnie 7 godzin, kiedy możecie wesprzeć mnie i moje wielkie marzenie o wydaniu książki „Gdybym Dorosła”, a jednocześnie siebie w bardziej spełnionym życiu, kupując w pakiecie za 99 zł kursy: „Gdybym Dorosła – w związku, w rodzicielstwie, seksualności, w pracy, budowaniu osobistej mocy, w świecie; „Większe Życie” oraz „Ambasadorzy Empatii”!!! Wesprzecie, pomożecie ?http://www.dojrzewalnia.pl/wirtualna_dojrzewalnia/programy/tydzien_dorastania_z_gdybym_dorosla.html

Proszenie o wsparcie zgodne z kanonami marketingu okazało się być trudniejsze dla mnie niż zakładałam. Spece od marketingu online przekonywali mnie w tym tygodniu, że powinnam pisać co najmniej jednego posta dziennie na Facebooku, podkręcając atmosferę i przypominając się z moją akcją, publikować sztuczne w moim odczuciu wpisy i robić jeszcze wiele innych rzeczy, na myśl o których ściskało mnie w żołądku. Bo wierzę w autentyczność i podążanie za tym, co odczuwam jako prawdziwe i żywe we mnie na dany moment. Bo chcę tylko jeszcze raz z serca, po ludzku Wam powiedzieć, że naprawdę marzę o wydaniu książki „Gdybym Dorosła”. I wierzę, tak głęboko, że pomoże ona wielu kobiet w lepszym, prawdziwie swoim, życiu. I że naprawdę włożyłam swoje serce, doświadczenie życiowe i trenerskie, i wiedzę w stworzenie kursów: „Gdybym Dorosła”, „Większe Życie” i „Ambasadorzy Empatii”. I że przyniosło mi to mnóstwo frajdy, także wówczas, kiedy uczestniczki tych programów donosiły, jak zmieniało się ich podejście do siebie, innych i świata. I że szczególnie często wracam, sama dla siebie, do mojego ulubionego programu „Większe Życie, kiedy potrzebuję więcej jasności co do swojego kierunku. I że nie jestem może ekspertką w promocji na Facebooku, ale na pewno znam się na na rozwoju i kocham wspierać innych dzieląc się tym, co działa dla mnie. I jeśli możecie dziś wesprzeć to moje wielkie marzenie, to proszę Was serdecznie, zróbcie to. Jeszcze się bardzo przyda!

Pakiet wszystkich moich kursów w cenie 99 zł JESZCZE TYLKO DZIŚ DO 23.59! Dziękuję!

http://www.dojrzewalnia.pl/wirtualna_dojrzewalnia/programy/tydzien_dorastania_z_gdybym_dorosla.html

Napisałabym książkę

27 Paźdź

Zapraszam Ewa PanufnikKiedy 4 lata temu ten pomysł zaświtał w mojej głowie – wiedziałam od razu „to jest to”! Jeszcze tego samego dnia, bardzo podekscytowana, zasiadłam do pisania pierwszego posta. Pisałam i pisałam kolejne wpisy, jakbym od dawna czekała, by nadać swoim doświadczeniom oraz różnorakim inspiracjom taką właśnie formę. To była prawdziwa frajda. Przez pierwsze dwa miesiące nie wiedziałam jeszcze, czy i kiedy odważę się ujawnić wpisy szerszej publiczności, ale znowu, w pewnym momencie poczułam, że jestem gotowa podzielić się tym, co dawało mi tyle radości.

I tak „Gdybym Dorosła” – projekt osobistego rozwoju w formie bloga ujrzał światło dzienne.

Feedback przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. Okazało się, że rozważania, jak wyglądałoby moje życie, gdybym naprawdę dorosła, inspirują nie tylko mnie, ale i wiele innych kobiet – do brania odpowiedzialności za swoje spełnienie, pasje, marzenia, dążenia i tęsknoty. Moje nieustające odpowiadanie sobie na pytanie: „Co bym zrobiła, gdybym dorosła?” – w miłości, w rodzicielstwie, pracy, komunikacji, przyjaźni, działaniach w świecie, wspierało mnie i wiele kobiet w „dorastaniu” do upragnionej wersji swojego życia. Serce mi rosło, bo inspirowanie i wspieranie innych w sięganiu po swoją wewnętrzną prawdę i pełnię to jedna z najważniejszych części mojej życiowej misji i chyba także życiowy dar. Wierzę po prostu w życie jak najbardziej zgodne z poczuciem wewnętrznej słuszności, płynące z głębi naszego jestestwa i naszych najgłębszych wartości.

Krok po kroku powstał z tych dywagacji całkiem pokaźny zbiór inspiracji, po które mogłam sięgać w trudniejszych chwilach. Na nowo dzięki niemu definiowałam jakie są moje najważniejsze wartości, talenty, co uznaję za sukces, co mnie wspiera, co mnie rozwija, pomaga wziąć życie w swoje ręce i odnaleźć radość na co dzień.

Od dłuższego już czasu moim marzeniem jest nadać im formę książki, w której zawrę najlepsze i najbardziej inspirujące tematy z bloga oraz mnóstwo nowych dorosłych inspiracji. To będzie książka-nie książka, inspirująca, angażująca, zapraszająca, zachęcająca do zastanawiania się nad dorastaniem na różne sposoby. Dająca nadzieję i siłę do realizowania tego, co dla niej najważniejsze każdej kobiecie, która po nią sięgnie.

Przygotowuję się do tego i przygotowuję, gromadzę pomysły, super inspiracje, idee, rysunki, itd., czekając aż wszystko będzie idealnie przygotowane. A tymczasem na ostatnim PROGRESSteronie trafiłam na warsztat Marty Waszczuk, która podzieliła się bardzo przydatnymi doświadczeniami wyniesionymi z procesu pisania książki „Mamy, wracamy”. Przemówił do mnie szczególnie bardzo zabójczy dla wszelkich zamierzeń mit: „Zacznę, gdy będę gotowa”. Wiara w niego może doprowadzić do tego, że nigdy nie zaczniemy naszej książki czy spełniania jakiegoś naszego marzenia. Według Marty Waszczuk, potrzebna jest decyzja/zobowiązanie: „Zaczynam pisać książkę”, odwaga, żeby to zrobić, a potem już w trakcie pisania będziemy zdobywać kolejne umiejętność związane z doprowadzeniem książki/marzenia do pomyślnej realizacji. Paradoksalnie, bycie naprawdę gotowym może się zatem pojawić dopiero po napisaniu książki. A więc podejmuję decyzję: zaczynam pisać wymarzoną książkę!

I tak oto, z okazji 4 urodzin bloga, oprócz ogromnych, z serca podziękowań za tę wspólną podróż, mam dla Was prezent oraz wyjątkową i atrakcyjną propozycję.

W urodzinowym prezencie mam dla Was do pobrania e-book:

10 najważniejszych i najbardziej wspierających dla mnie postów z 4 lat bloga „Gdybym Dorosła”.

A wydanie książki możesz wesprzeć tak:

Przez następny tydzień, do 4 listopada, będziesz mogła wykupić wszystkie moje kursy online w pakiecie w Wirtualnej Dojrzewalni za niezwykle atrakcyjną cenę – 99 zł zamiast 505 zł.

Zebrane fundusze pozwolą mi spełnić marzenie i zająć się publikacją i drukiem książki „Gdybym dorosła”:-)

Kurs „Gdybym Dorosła” (cena regularna – 195 zł)

Kurs „Większe Życie” (cena regularna – 145 zł)

Kurs „Ambasadorzy Empatii” (cena regularna – 165 zł)

Razem: 99 zł zamiast 505 zł – oszczędzasz ponad 400 zł

Możliwość zakupu urodzinowego pakietu kursów znajdziesz tutaj:

http://www.dojrzewalnia.pl/wirtualna_dojrzewalnia/programy/tydzien_dorastania_z_gdybym_dorosla.html

Dostęp do wszystkich kursów masz przez rok.

Kurs online „Gdybym Dorosła” – to projekt rozwojowy dla gotowych na zmiany i przejęcie steru swojego życia kobiet, którego celem jest odzyskanie poczucia mocy, sensu i satysfakcji, otworzenie się na radość, docenienie siebie, mocne stanięcie na nogach i poczucie się dobrze we własnej skórze. A także pogłębienie relacji i bliskości, lepsze rozeznanie się tym, co jest dla nas w życiu najważniejsze i stanięcie za tym. Naprawdę działa – przetestowany w 100% na moim życiu, które bez dwóch zdań odmienił na lepsze. Ukończyło go już setki kobiet. Pracujesz w dowolnym tempie, wybierając najbardziej w danym momencie aktualny dla Ciebie moduł tematyczny: Gdybym dorosła …jak zbudować swoją osobistą moc, Gdybym dorosła …w związku i w relacjach, Gdybym dorosła …ciało i seksualność, Gdybym dorosła …w rodzicielstwie, Gdybym dorosła …w pracy, Gdybym dorosła …w świecie. Zobacz więcej

Kurs online „Większe Życie”. Mój ulubiony projekt rozwojowy – składający się z 25 transformujących pytań, dzięki którym możesz nadać swojemu życiu sens, w pełni wykorzystać swój potencjał, talenty i zasoby oraz zrealizować marzenia. Każdemu pytaniu towarzyszy refleksja, praktyka główna i kilka praktyk dodatkowych. Zostań swoim własnym coachem i kształtuj swoje życie! Zobacz więcej

Ambasadorzy Empatii – od wielu lat hit online Dojrzewalni. Dla wszystkich, którzy odczuwają potrzebę wspierania innych i wzbogacania ich życia oraz chcą być zmianą, której życzą światu. Warto postawić na empatię, aby w relacjach odczuwać więcej miłości, bliskości, intymności, głębi oraz poczucia bycia zrozumianym i wysłuchanym, wziętym pod uwagę; aby doświadczyć innego punktu widzenia bez rezygnowania ze swojego; budować zrozumienie, szacunek i chęć współpracy, zamiast nieporozumień i konfliktów. 28 tematów krok za krokiem pogłębiających Twoje umiejętności komunikacyjne. Empatii naprawdę można się nauczyć! Zobacz więcej

Trzymajcie kciuki!

Ewa

Zatrudniłabym swoje ciało jako konsultanta

16 Paźdź

cialokonsutantemNie znoszę podejmować decyzji. To dla mnie prawdziwy koszmar, dni i noce pełne męczarni, które sama sobie funduję. I co gorsza wiem, że decyzje, które podejmę za pomocą „kory nowej”, czyli przemyślane, przegadane z innymi, rozkminione na wszystkie strony, nigdy mnie nie usatysfakcjonują i nie zapewnią spokoju ducha. Listy „za i przeciw” kompletnie się w moim przypadku nie sprawdzają. Przeważnie jeden zestaw potrzeb jest spełniony, a inny równie ważny zestaw – nie. Dalej nie wiadomo, w którą stronę się ruszyć.

Ale na szczęście odkryłam inny sposób. Jest zupełnie wbrew temu, czego nas uczono i co wpiera nam kultura masowa. To działanie wywrotowe. Nie podoba się nauczycielom, politykom, producentom, twórcom reklam, przedstawicielom kościoła i rządu. Nawet bliscy mogą mieć z tym problem.
Wciąż i wciąż jeszcze się tego uczę. Nie jest prosto bowiem zrezygnować z tego, co prowadziło mnie do tej pory: słuchania podpowiedzi umysłu na temat tego, w którą stronę się skierować, co wybrać.
Ale jedno już jest da mnie jasne: moja głowa nie zawsze wie, co jest dla mnie dobre. Kalkuluje, boi się, waha, pożąda, szuka potwierdzenia i miłości na zewnątrz. Często kieruje się tym, co powinnam. Co warto, co trzeba zrobić. Czego się boję. Czego chcą czy oczekują ode mnie inni. Co uznają za słuszne. Co wybiera większość. Miotam się i miotam, męczę niekiedy niemożebnie, próbując wytyczyć jasną drogę w gąszczu sprzecznych często zaleceń i strategii.

Tymczasem moje ciało proponuje mi o wiele mniej skomplikowaną drogę. Dla niego sprawa jest prosta – ma na coś ochotę albo nie. Odpręża się, wibruje radością i ekscytacją, albo napina mięśnie czy wysyła mi czysty sygnał, że coś jest ciężkie.
Lekkie albo ciężkie. Tylko i aż tyle. Uczę się, że to doskonały drogowskaz. Upraszcza i ułatwia życie – już nie muszę poświęcać czasu na nieustanne analizowanie, czy coś zrobić, czy nie. Czy do dobra decyzja, czy niekoniecznie. Ciało po prostu wie: wychwytuje o wiele więcej sygnałów niż logiczny umysł i potrafi wziąć pod uwagę całość naszego jestestwa, a nie tylko racjonalne argumenty.

Taka sytuacja na przykład: uczestniczę w spotkaniu poświęconym możliwości robienia niezwykłego projektu, zgodnego z moimi marzeniami i najgłębszymi wartościami, ze wspaniałymi ludźmi, z którymi chętnie bym współpracowała (to znaczy przekonany co do tego jest mój umysł). A jednak w ciele cały czas czuję duży opór. Jest mi bardzo ciężko. Próbuję mówić sobie, że to nic takiego, że to jest świetny pomysł, ale moje ciało nie odpuszcza. To napięcie i ciężkość to oczywista informacja, że projekt cudowny, ale nie pasuje do mnie i nie przyniesie mi spełnienia. Po krótkiej walce postanawiam sobie zaufać. Przypominam sobie jak kiedyś zmusiłam się do uczestniczenia w międzynarodowej sieci związanej z metodą komunikacji, którą się wówczas pasjonowałam. To była decyzja zupełnie „z głowy”, wręcz przemocowa, bo całą sobą czułam, że nie mam na to najmniejszej ochoty: nie przepadłam za tworzącymi ją ludźmi, nie pasowały mi metody jej funkcjonowania. Bałam się jednak, że coś stracę, że ominą mnie jakieś możliwości działania. Kiedy pojechałam na spotkanie sieci do innego kraju, dostałam prawdziwego ataku paniki, miałam wrażenie, że zaraz umrę. Wówczas aż tyle było mi trzeba, żeby zrozumieć i zaufać, że to nie jest dobre miejsce dla mnie. Odpuściłam więc ten pomysł. Notabene, niedługo po tym spotkaniu, sieć upadła i nigdy nie zwiększyła niczyich możliwości działania:-)

Zgadzam się z Rafałem Ohme, profesorem psychologii, który od blisko 20 lat prowadzi badania nad emocjami i komunikacją, że ciało to nasz najlepszy konsultant. Twierdzi on, że nasza intuicja, szczególnie dotycząca ludzi, nigdy nas nie zawiedzie. Że mówi do nas nieustannie, ale zabiegani, zmęczeni, zbyt pragmatycznie nastawieni, nie dajemy jej zielonego światła. Warunek jest jeden – aby w pełni skorzystać z cichych podszeptów wewnętrznego głosu, trzeba się najpierw wyciszyć. Krótka lub dłuższa medytacja, spacer w parku bez telefonu, i już można skupić się na ciele i tym, co ma nam do powiedzenia, patrząc całościowo na naszą sytuację. Okazuje się, że w naszym brzuchu naprawdę mieszka coś w rodzaju „drugiego mózgu” i „gut feeling” to coś, czemu rzeczywiście możemy dać się prowadzić.
Tezę, że najlepiej zaufać ciału, potwierdza Ann Weiser Cornell, propagatorka i znana w świecie nauczycielka metody Focusingu, czyli w skrócie akceptującego słuchania sygnałów swojego ciała i odkodowywania, jaką ważną wiadomość próbuje nam ono przekazać. Jej wypowiedź z książki „Focusing. Mądrość ciała. Przewodnik po emocjonalnym uzdrawianiu siebie” (właśnie ukazała się po polsku w Wydawnictwie MiND) bardzo we mnie rezonuje i pozwala zrozumieć, dlaczego umysł niekoniecznie, a ciało zawsze wie, dokąd się udać.
„Wielu ludzi rozumie, że ciało „wie”, co jest dla nas dobre i zdrowe, i pokazuje nam drogę do optymalnego stanu zdrowia. Jednak możliwości ciała nie ograniczają się tylko do aspektów fizycznych. Tak naprawdę posiada ono wszechstronną mądrość, która w naszej kulturze bywa rzadko dostrzegana. Nosi w sobie informacje o tym, jak przeżywamy życie, w jakim obszarze potrzebujemy być bardziej sobą, co cenimy i w co wierzymy, co nas zraniło i jak to uzdrowić. Nasze ciała wiedzą, które osoby wokół nas wydobywają z nas nasze najlepsze cechy, a które nas osłabiają i umniejszają. Nasze ciała wiedzą, jaki jest kolejny krok, który zbliży nas do bardziej satysfakcjonującego i pełniejszego życia. Umysł sam w sobie nie ma takiej wiedzy. Pamięta przeszłość, powtarza to, co inni nam powiedzieli, i wymyśla możliwe scenariusze przyszłości – te upragnione i przerażające. Ale przeszłość i przyszłość – pierwotne domeny umysłu – nie są obszarami, gdzie może zajść zmiana. Zmiana odbywa się w teraźniejszości. Darem ciała jest to, że zawsze jest ono obecne w czasie teraźniejszym, jest zawsze tu i teraz.”
To bardzo dobra wiadomość. Ostatnio coraz bardziej jestem przekonana, ze drogą do szczęścia jest życie zgodne z wewnętrznym poczuciem słuszności, innymi słowy w zgodzie z tym, co czujemy, że jest dla nas dobre, zgodne z naszymi wartościami, potrzebami, talentami i darami, które mamy do wniesienia do świata. Słuchanie ciała jest niezwykle skutecznym narzędziem, które nam to umożliwia.
Odkąd zdecydowałam, że zaufam sobie i swojemu ciału, życie naprawdę stało się lżejsze. Czuję, że w każdej sytuacji dysponuję punktem odniesienia, który mnie nie zawiedzie. Że mam jakiś potężny fundament, pewnego rodzaju życiową bazę. I jestem coraz bardziej tu i teraz. To bardzo dobre uczucie.

Praktyka
Ann Weiser Cornell twierdzi, że słuchanie swojego ciała i podążanie za tym, co próbuje nam pozawerbalnie przekazać, to technika stara jak świat, oduczyliśmy się jej tylko w procesie wychowania i socjalizowania, kiedy tłumaczono nam, że powinnyśmy skupiać się zdecydowanie bardziej na tym, czego oczekują od nas inni, niż na sygnałach, które wysyła na ciało. Uczono nas wręcz, aby tym sygnałom i uczuciom pod żadnym pozorem nie ufać („Nie płacz, przecież nic się nie stało!” , Mama wie lepiej, czy jest ci zimno”, „Nie ma powodu, żeby się smucić”, „Na pewno jeszcze jesteś głodna”, itp.)
Jak więc na nowo zbudować w sobie kontakt z ciałem i zaufanie do niego?
1. Kilka razy dziennie zatrzymaj się i sprawdź, co czujesz. Skup się szczególnie na obszarze gardła, karku, klatki piersiowej, żołądka i brzucha. U mnie na przykład najwięcej zawsze dzieje się w gardle i w żołądku. Możesz wykorzystać główne pytanie stosowane w Focusingu – „Co teraz domaga się mojej uwagi?”, a kiedy uda ci się złapać jakieś odczucie w ciele, nawet bardzo subtelne i mgliste (może być również pozytywne!), po prostu je powitaj, albo zaakceptuj i potraktuj z otwartością i ciekawością. Potem opisz je sobie jak najdokładniej – jakie jest? Możesz zapytać delikatnie, co takiego w twoim życiu wywołuje takie odczucie. Czego od Ciebie potrzebuje? Co ciało próbuje Ci zasygnalizować?
2. W sytuacji, gdy czujesz trudne emocje, powróć do swojego ciała i sprawdź, jak ono się czuje? Focusing uczy, że ważne jest, by być w relacji ze swoimi uczuciami, a nie zanurzać się w nich. Ann Weiser Cornell przyrównuje taką sytuację do siedzenia na brzegu jeziora zamiast wskakiwania do niego. Tylko w tym pierwszym przypadku, istnieje słuchacz gotowy wysłuchać wiadomości, które te intensywne emocje próbują przekazać. Powiedz sobie więc: „Jakaś część mnie jest przerażona” zamiast „Jestem przerażona”.
3. Kiedy potrzebujesz podjąć decyzję, przyjrzyj się po kolei możliwym strategiom i reakcji swojego ciała na każdą z nich. Jak odczuwasz w ciele każde konkretne rozwiązanie?

Praktyka
Profesor Ohme proponuje: zwizualizuj sobie w wyobraźni sytuację, czy osobę, której dotyczy decyzja, którą potrzebujesz podjąć. Wsłuchaj się w swoje ciało: czy słyszysz pozytywne czy negatywne „brzęczenie”? Zaufaj tej informacji.

Praktyka
Chciałabym wesprzeć moją córkę w tym, aby nie straciła kontaktu ze swoim ciałem. Obiecuję sobie, że będę bardzo uważna na komunikaty dotyczące jej odczuć, które jej daję. Będę używać języka „ja”, jeśli moje postrzeganie będzie się różnić od jej oceny sytuacji. Czyli na przykład zamiast: „Niemożliwe, że jest ci ciepło, przecież jest kosmicznie zimno”, powiem: „O, to ciekawe, że jest ci ciepło. Ja dzisiaj trzęsę się z zimna”. ”Zamiast: „Nie ma się czego bać, w przedszkolu jesteś bezpieczna.”, powiem: „Widzę, że bardzo się boisz być sama w przedszkolu? To bardzo trudne być tam bez mamy?” Zamiast: „Przytul dziadka, przecież już jedzie do domu!” powiem: „Widzę, że dziś naprawdę nie masz ochoty przytulić dziadka, prawda?” I tak dalej…:-)

A Wy? Czy macie za sobą takie doświadczenia, że Wasze ciało wiedziało więcej niż umysł? I czy go posłuchałyście? A jeśli tak, co z tego wniknęło? Jestem bardzo ciekawa…

Zrobiłabym WZLOT

4 Mar

WZLOT_plakatPewnego dnia, w 2002 roku, w małej kobiecej rozwojowej grupie poznałam Lucynę Wieczorek. Wtedy nie wiedziałam jeszcze, że to spotkanie zmieni moje życie, co ja mówię, że wywróci je do góry nogami. W tamtym czasie nie miałam nawet jednej bliskiej przyjaciółki (jakoś wystarczały mi dwie siostry), więc zafascynowana, na początku z dużą ostrożnością, obserwowałam jak wpływa na mnie wsparcie, które dostaję od innych kobiet. A działało na wielu poziomach. Przede wszystkim – po raz pierwszy w życiu byłam w miejscu, w którym mogłam dzielić się dokładnie tym, co czułam, bez cenzury mówić o tym, co mnie uwiera, kręci, zniechęca, uwiera, o czym marzę. Po drugie – kiedy mówiłam o tym, często okazywało się, że inne kobiety mają podobnie i nagle mogłam czerpać z ich doświadczeń, a co więcej – poczuć, że nie jestem jakimś dziwnym odmieńcem, tylko częścią wspólnoty. Po trzecie – kiedy odważyłam się wreszcie powiedzieć o swojej wizji, którą chciałabym zrealizować w świecie – usłyszałam: „Tak, możesz to zrobić”, „To się uda”, „Znam kogoś, kto mógłby Ci pomóc.” To był przełom. Dzięki tym początkowo obcym kobietom (przed przystąpieniem do grupy znałam trochę tylko jedną z nich) nabierałam odwagi i zaufania do siebie, żeby wyjść do świata i budować to, co okazało się moją życiowa misją,

Sęk w tym, że to nie była jakaś wyjątkowa grupa złożona z samych superwomen z niesamowitymi zdolnościami empatii, motywowania czy dodawania pewności siebie. Owszem, byłyśmy może bardziej niż przeciętnie zainteresowane dyskusją na podstawie rozwojowych lektur, teorią gender (które wtedy jeszcze było tylko egzotyczne, ale całkiem nie straszne:-)), ale sedno tego wszystkiego tkwiło po prostu w tym, że byłyśmy kobietami: gotowymi wysłuchać bez oceniania czy natychmiastowego dawania rad i podzielić się swoją historią z innymi.

Od tamtej pory minęło 12 lat. Niezwykłych. Takich, których nigdy bym sobie nawet nie wykleiła w najśmielszej wersji mapy marzeń. 

Zaczęło się bardzo prosto – od zadania sobie pytania, za czym tęsknię oraz chęci podzielenia się z innymi kobietami niezwykłą mocą kobiecej grupy. Okazało się, że Lucyna i Zuza mają podobnie i tak w długi majowy weekend 2003 powstała Dojrzewalnia Róż. Po długiej dyskusji napisałyśmy na naszej pierwszej stronie www: „Wyruszamy w wielką podróż, bo czujemy, że musimy zmienić swoje życie. W drodze ku samym sobie potrzebujemy towarzystwa innych kobiet.” Na to wezwanie – zaproszenie odpowiedziało ich do tej pory ponad 80 tysięcy. To była niezwykła podróż – pełna inspiracji, niespodzianek, nowych początków, spełnionych marzeń i wykorzystanych talentów.

Ale to jeszcze nie koniec.

Chociaż niektórzy twierdzą, że PROGRESSteron i Dojrzewalnia już trochę zmieniły świat (lub co najmniej rynek rozwojowy w Polsce), ja marzę o czymś jeszcze potężniejszym, bardziej znaczącym i wnoszącym realną zmianę dla wielu kobiet oraz, dzięki ich sile – innych ludzi. I wierzę, że to możliwe. Dlatego zapraszam wszystkie kobiety do dwóch bliskich mojemu sercu projektów:
Po latach dojrzewania, poznawania siebie i tego, za czym tęsknimy,
przyszedł czas na prawdziwy WZLOT! Czas przestać się czaić – pora wyruszyć wreszcie po nasze upragnione życie. Już wiem, że nie zrobi za mnie tego mój partner, moje dziecko, moi rodzice, czy korporacja. Rzecz jest w moich rękach. Na pewno to wiesz, skoro znalazłaś się na blogu „Gdybym Dorosła”.

Jeśli do tej pory nie sięgnęłaś jeszcze po swoje marzenia (a jestem pewna, że w głębi duszy od dawna czujesz, co jest dla Ciebie dobre i słuszne), to może po prostu zabrakło Ci kobiecego wsparcia, inspiracji i mocy, która budzi się w nas, gdy w kobiecej grupie możemy być naprawdę sobą, mówić bez ogródek i niepotrzebnego wstydu o tym, czego pragniemy, a na dodatek słyszymy „Tak, możesz, potrafisz to zrobić. To Ci się należy! Będziemy tu, żebyś nie bała się próbować.”

W ramach projektu WZLOT Kobiet, w 2015 będziemy podróżować po całej Polsce i zachęcać kobiety, aby wzięły życie w swoje ręce: dostarczymy inspiracji, wiedzy, przykładów, że to możliwe. Tu i teraz. Dla każdej z nas.

Stworzymy wielką kobiecą sieć wsparcia, bo kiedy kobiety się wspierają, są nie do powstrzymania! Sięgając po swoje marzenia i najlepszą wersję swojego życia, zmienimy świat na lepsze.

Czy chcesz stać się częścią tego ruchu i wyruszyć z nami po swoje upragnione życie? Jeśli tak, dołącz do WZLOTU Kobiet – na razie w Warszawie i Poznaniu, a już wkrótce w innych miastach.

Jesienią ruszył też projekt Kobiety dla Lepszego Świata – docelowo sieć grup kobiet w całej Polsce, które wspierają się w realizowaniu swoich pomysłów na rzecz lepszego świata. W tej chwili pracuje grupa 25 kobiet w Warszawie, jest szansa, że za chwilę rozpocznie spotkania grupa w Krakowie.

Udział w tej grupie niesamowicie mnie kręci – kiedy te wszystkie kobiety zaczynają opowiadać chociażby o swojej wymarzonej wizji świata – to ten świat już jakby trochę drży w posadach. Niektóre z nas już dokonały zmiany, która polepsza życie wielu ludzi – opowieści o tym, jak to zrobiły są totalnie inspirujące i motywujące do działania na rzecz swojego pomysłu. Dzielimy się swoimi wątpliwościami, opowieściami, sukcesami i zasobami, kontaktami, ideami, strategiami i doświadczeniami. Wspieramy i dodajemy odwagi, dajemy przestrzeń, by wszystkie, choćby najbardziej zwariowane wizje mogły wybrzmieć i mieć szansę na zamanifestowanie się w świecie

Jeśli jesteś zainteresowana dołączeniem lub zainicjowaniem takiej grupy (grupy działają społecznie, bez żadnych opłat) , napisz do mnie dlaczego, na adres: ewa@dojrzewalnia.pl

Nie pytajcie mnie skąd to wiem, ale głęboko czuję, że z tych połączonych kobiecych sił, urodzi się coś wielkiego. I to już niedługo.

Do usłyszenia!

Ewa

Przyznałabym, że już nie czas na bzdury

6 Paźdź

motivational  vintage poster on the rustic wood ADVENTURE BEGINSZazwyczaj w pierwszej połowie życia głęboko wierzymy w swoją nieśmiertelność. Wydaje nam się, że przed nami nieograniczone możliwości, że zawsze będziemy atrakcyjni i niezwyciężeni. Dziwnym trafem, mając tak szeroką perspektywę, ograniczamy się do realizowania tego, czego oczekują od nas inni: rodzina, pracodawcy, społeczeństwo, kultura, w której żyjemy. Grzecznie kończymy studia (niekoniecznie wymarzone, ale często te, które mają nam przynieść dobre pensje); zakładamy rodzinę i grzecznie zaczynamy pracować na rzecz czyjejś wizji, nierzadko po 10-12 godzin na dobę.

Czy jesteśmy szczęśliwi? Niekoniecznie. Często zaciskamy zęby, niedzielny wieczór staje się koszmarem, bo poprzedza piekło poniedziałkowego poranka. Życie jawi się jako pasmo obowiązków i wyzwań ponad siły. Jest jednostajnie, szaro, nudno i ciężko.

Aż wreszcie kończymy 35-40 lat. I robi się jeszcze gorzej. Po raz pierwszy zaczyna do nas docierać, że nie jesteśmy tak niezwykli jak myśleliśmy i my też jesteśmy śmiertelni. Gubi się gdzieś poczucie wszechmocy. Pojawia się lęk przed śmiercią, który staramy się zagłuszać na rożne sposoby: płytkie rozrywki, nałogi, romanse, zakupy, obsesyjne dbanie o wygląd, odmładzające zabiegi, praca do bólu. Chwilami działa, ale cena też jest wysoka – nieudane związki, samotność, wyczerpanie i coś na kształt cichej desperacji, której udaje się przebić do naszej świadomości w krótkich momentach pomiędzy kolejnymi środkami zagłuszającymi strach. Tymczasem, jak mówi Krzysztof Jusiński (rozmowa ” Wygnani z ciała”, zamieszczona w Ciało i umysł i dusza, Magazyn Style i Charaktery): „Kiedy jesteśmy w stanie doświadczyć tego lęku i przeżywać związane z wiekiem utraty, to – choć to boli – czeka nas wielka nagroda: pogłębienie siebie, umiejętność cenienia życia i wybierania rzeczy, które nas naprawdę interesują. Już wiemy, że jesteśmy śmiertelni i że nie można mieć wszystkiego. Nie będziemy się już angażować w bzdury, bo już nie ma czasu.”

Kiedy moja znajoma – trenerka metody Nonviolent Communication Liv Larsson – obchodziła 40-ste urodziny, spytałam ją – „Jak to jest? Jak się czujesz taką perspektywą?”. A ona odpowiedziała – „Świetnie! Dotarło do mnie, że jeśli chcę zrealizować swoje największe marzenia, to jest właśnie ten moment. Nie mogę już dłużej zwlekać.” Jak powiedziała, tak zrobiła. Jej największym marzeniem było pisanie, zrezygnowała więc z prowadzenia większości treningów i w tej chwili ma na swoim koncie już 10 książek, a swój czas poświęca głównie pisaniu następnych oraz studiom z kreatywnego pisania. Z tego, co opowiada, sprawia jej to wielką satysfakcję i daje poczucie spełnionego życia.

Od kiedy skończyłam trzydzieści kilka lat, mocno to czuję – to już nie czas na bzdury, czyli:

  • życie według przepisu rodziców albo buntownicze życie im na przekór
  • oglądanie się na oczekiwania innych, aby zasłużyć na ich aprobatę
  • wiarę w bzdurne przekonanie, że nie jestem wystarczająco dobra/y i w związku z tym nie zasługuję na…
  • przykrawanie siebie, aby zasłużyć na miłość
  • pozostawanie w niekarmiącym związku ze strachu albo dla wygody
  • dążenie do sukcesu definiowanego jako sława i dobrobyt materialny
  • podążanie utartymi schematami, które mają w założeniu przynieść szczęście, a przynoszą pustkę i wyczerpanie (np. wyścig szczurów)
  • uciekanie od swoich uczuć
  • wypieranie swojej wewnętrznej prawdy
  • zagłuszanie swojego wewnętrznego głosu
  • poświęcanie czasu na coś, co nie jest moją najgłębszą pasją i nie sprawia mi radości
  • realizowanie wizji i wartości innych
  • wiarę w to, że znajdę osobę, która mnie uszczęśliwi, cudownie odmieni moje życie, zaopiekuje się mną w każdym wymiarze, ochroni, „i przy odrobinie szczęścia oszczędzi udręki dorastania i samodzielnego zaspokajania własnych potrzeb” (jak pisze James Hollis)
  • kierowanie się głównie potrzebą bezpieczeństwa i komfortu
  • zaprzeczanie cierpieniu, które przynosi mój styl życia
  • ucieczkę w nowe przedsięwzięcie, nową pracę, nowy związek, ideologię, nałóg lub romans

 

Przychodzi czas na zadanie sobie niecodziennych pytań:

  • Czego tak naprawdę chcę od życia?
  • Jakie warunki muszą zostać spełnione, abym pod jego koniec mogła poczuć, że przeżyłam je w pełni, że było wartościowe? Że zostawiam po sobie trwały ślad, który wnosi pozytywną różnicę do świata?
  • Kim jestem w głębi?
  • Jaki dar otrzymałam i co z nim zrobiłam?
  • Jaka jest moja życiowa misja? Jak mam zaprojektować swoje życie w sposób, który będzie ją wspierał?
  • Co stale odkładam na później w moim życiu?
  • Co przynosi mi największą radość?
  • Jakie życie chcę się przeze mnie urzeczywistnić i jak mogę mu w tym pomóc?
  • Jakie części mojej psychicznej natury zostały zablokowane i nieuznane? Jak mogę to zmienić?
  • Co jest naprawdę godne mojej uwagi? Co jest dla mnie najważniejsze?
  • Jak mogę się stać naprawdę sobą?
  • Czy to, co robię, wzbogaca mnie duchowo, czy zubaża?
  • Co jest moja najgłębszą prawdą i jak mogę jej podporządkować swoje życie?
  • Do czego wzywa mnie moja dusza?

Jeśli nie zdecydujemy się zatrzymać i sobie na nie odpowiedzieć, może się zdarzyć, że zmusi nas do tego nasze ciało albo psyche. Często manifestuje się to w formie dystymii – rodzaju depresji, polegającej na osłabieniu lub braku silnej motywacji do życia. James Hollis, jungowski analityk (autor wspominanej już przez mnie książki: „Odnaleźć sens w drugiej połowie życia. Jak wreszcie naprawdę dorosnąć”), widzi w tym stanie emocjonalnym szansę na prawdziwy rozwój i uzdrowienie. Według niego depresja jest zdławionym życiem, które pragnie znaleźć dla siebie ujście. Hollis przekonuje, iż: „Dla tych, którzy są gotowi stanąć w żarze ognia transformacji, druga połowa życia stanowi okazję odzyskania samych siebie. (…) W większości wypadków docieramy do tego momentu naszego życia, posługując się pomniejszonym wyobrażeniem o samych sobie.” Pisze też: „Ego (…) pragnie zainwestować energię w pewnym określonym kierunku, być może motywowane chęcią realizacji celów ekonomicznych, lecz dusza ma inny plan. Zadanie polega na zapytaniu duszy o to, czego chce, nie zaś o to, czego chcą rodzice, czego chcą ich kompleksy, czego chce kultura czy nasze ego. Wzywani jesteśmy, aby odpowiedzieć z głębi naszego istnienia i dać duszy to, czego zawsze chce – pełniejsze życie. (…) Pod każdą depresją kryje się jeszcze niższy poziom. Jest to miejsce, w którym odnajdziemy ukryty plan rozwoju. Zamiast zaprzeczać bólowi, nadużywać środków farmakologicznych i ignorować wezwanie do wzrostu, powinniśmy dowiedzieć się, dokąd chce podążać nasza dusza na długo po tym, gdy ego wyczerpie już swoje zasoby.”

 

Praktyka pierwsza

Chris Guillebeau, autor książki „Nie bój się pójść własną drogą” i autor popularnego bloga „Sztuka nonkonformizmu” (www.chrisGuillebeau.com) zachęca, aby zacząć od stworzenia listy wszystkiego, co chcielibyśmy zrobić na rożnych etapach życia. Ta lista celów/pragnień życiowych powinna zawierać wszystko, co chcielibyśmy w życiu osiągnąć. Pomocne w tym mogą być pytania: Niezrobienia czego będę żałować? Jakie wspomnienia chciałbym mieć pod koniec życia? Co po sobie pozostawić? Co wyjątkowego mogę zaoferować innym? Jak chcę zaznaczyć swoją obecność w świecie?

Spróbuj sobie dogłębnie i szczerze na te pytania odpowiedzieć.

A potem już górki: potraktuj poważnie swoje marzenia i uczyń priorytetem to, czego naprawdę pragniesz:-)

Praktyka druga

Denise Linn, autorka i metody i książki „Soul coaching” proponuje aby zadawać sobie często pytanie „Dlaczego tu jestem?” I uważnie wypatrywać odpowiedzi – w naszych snach, intuicji, synchroniczności.

Praktyka trzecia

Zrób sobie kompas. „Na dłuższa metę sens możemy odnaleźć w poczuciu wewnętrznej słuszności” – mówi z przekonaniem James Hollis i ja dokładnie wiem, co ma na myśli. Kiedy w swoich wyborach kieruję się tym, co naprawdę ze mną rezonuje – praktycznie zawsze przekonuję się, że podjęłam dobrą, wzmacniającą decyzję. Kiedy do głosu dopuszczam umysł – i jego argumenty przekonujące mnie, że jednak warto (chociaż czuję, że czegoś nie chcę, że nie jest w zgodzie z moją wewnętrzna prawdą czy pasją) – bardzo często żałuję, tracę energię i życiowy entuzjazm.

Praktyka czwarta

Bronnie Ware, pracownica hospicjum, opublikowała książkę o tym, czego najbardziej żałują ludzie na łożu śmierci. Na pierwszym miejscu znalazło się zdanie: „Żałuję, że nie miałem odwagi żyć własnym życiem, a nie życiem, którego oczekiwali ode mnie inni.” Wtedy niestety, nie ma już szans, aby to zmienić.

Zadawaj sobie więc jak najczęściej pytania:

Czyim życiem żyję? Jak mogę żyć swoim?”

 

Praktyka dla zdeterminowanych

 

banerekOdkąd pamiętam, chciałam, aby moje życie służyło jakiejś większej sprawie, uczyniło jakąś różnicę w świecie, po prostu było potrzebne i spełnione. Chciałam w pełni wykorzystać swój potencjał, talenty i zasoby, być bardziej spełnioną, mieć głębsze relacje z innymi i poczucie sensu i bogate życie duchowe. Pomimo spełnienia zawodowego, przez wiele lat czułam, że w moim życiu brakuje czegoś ważnego, wręcz najważniejszego. Że pozostaje ono zaledwie cieniem życia, jakie chciałabym wieść. W pewnym momencie przeróżne symptomy płynące z mojego ciała, trudne uczucia, jakich doświadczałam sprawiły, że nie mogłam już dłużej zwodzić sama siebie. Stało się dla mnie jasne, że jeśli poprzestanę na „małym” – standardowym, zgodnym z oczekiwaniami innych, ale nie z moją najgłębszą wewnętrzną prawdą, życiu, po prostu je zmarnuję. I że nie mogę i nie chcę sobie na to pozwolić.

  • Może Ty też szukasz właśnie sensu swojego życia.
  • Może straciłaś poczucie kierunku.
  • Czujesz, że samo przetrwanie jako życiowy cel to za mało.
  • Przytłacza Cię praca, a może domowe obowiązki.
  • Męczy apatia, może nawet przygniata depresja.
  • Presja z zewnątrz sprawia, że podążasz za tym, czego tak naprawdę nigdy nie pragnęłaś.
  • Relacje nie dają satysfakcji. Cóż, tak naprawdę w niczym nie znajdujesz pełnej satysfakcji.
  • Poszukiwanie komfortu i przyjemności przynosi raczej pustkę, niż poczucie trwałego szczęścia.
  • Gdzieś głęboko czujesz, że w życiu musi chodzić o coś więcej, ale nie wiesz, jak to odnaleźć.
  • Chciałabyś żyć odważnie, w zgodzie ze sobą, w poczuciu sensu, a masz wrażenie, że dzień za dniem stajesz się coraz większą ekspertką w marnowaniu swojego życia. Wydaje się małe, banalne i nic nieznaczące.

Czy jest jakiś sposób, żeby je „POWIĘKSZYĆ”? Nadać mu znaczenie i sens? Sprawić, by było potrzebne? Inspirujące? Spełnione? Zorganizowane wokół ważnego celu? I jak powinno wyglądać życie, które nie jest marnowane?

Te pytania chodziły za mną przez długi czas. Paradoksalnie, sposobem na szukanie odpowiedzi na nie, okazały się dla mnie kolejne pytania: pozwalające spojrzeć na życie z dystansu, kierujące moją uwagę na to, co dla mnie najważniejsze, wspierające marzenia i tęsknoty, dodające głębi relacjom, słowem – zachęcające do spoglądania w miejsca rzadko w sobie zazwyczaj odwiedzane.

Zapraszam Cię zatem do Projektu self-coachingu „WIĘKSZE ŻYCIE”, w ramach którego w ciągu 25 tygodni podzielę się z Tobą 25-oma pełnymi mocy, transformującymi pytaniami, które warto sobie zadawać, aby nadać swojemu życiu sens i wykorzystać je jak najpełniej. Pytaniami, które stosowane jako codzienna praktyka, głęboko odmieniły moje życie.

Warunki uczestnictwa:

Uwaga! Program ruszy 27 października. Obowiązuje wcześniejsza rezerwacja miejsca i dokonanie opłaty za szkolenie przed jego rozpoczęciem. Po tym terminie grupa zostanie zamknięta i będzie pracować wspólnie przez dwadzieścia pięć tygodni.

Zarezerwuj miejsce

Przestałabym czuć się samotna

18 Czer

rozlaczonaRedakcja Polityki” bije na alarm: w Polsce mamy do czynienia z postępującą erozją empatii. Autorka analizy tego zjawiska (artykuł „Wolność, równość, obojętność” z 10 czerwca 2014), Ewa Wilk, pokazuje, że od lat coraz mniej sobie ufamy – według ostatniego badania CBOS z lutego 2014 już 75% z nas deklaruje nieufność wobec obcych. Nieufność łączy się z coraz większą atomizacją – wolny czas spędzamy głownie z partnerem lub najbliższą rodziną, coraz rzadziej utrzymujemy jakiekolwiek kontakty z sąsiadami, w sieci oraz innych mediach aż roi się od hejterskich wypowiedzi, pełnych nienawiści i niczym nieuzasadnionego jadu, normą staje się odczuwanie niechęci do ludzi o innych niż nasze poglądach. I niby wszystko to da się uzasadnić: autorka szuka przyczyn tego stanu m. in. w tym, iż Polakom przez ustawiczną okupację wykształciła się „kultura krzywdy”, nieufności wobec obcych, pozostałości PRL-owskiej propagandy wciąż są przekazywane kolejnym pokoleniom (podział na naszych i zdrajców, kto nie z nami, ten przeciwko nam), a w nas buzuje strach przed nieistnieniem (jeśli się nie wyróżnię, nie będę ważny – zniknę, nie będę nic wart), autorytaryzm Kościoła i szkoły podtrzymuje iluzję, że jest jakaś jedna właściwa filozofia życia. A wszystko to w atmosferze pośpiechu u znikających miejsc pracy oraz sprawnie wyolbrzymianego przez media poczucia zagrożenia i niedostatku. Ale nawet pełne zrozumienie przyczyn tego stanu, nazywanego przez Ewę Wilk wyuczonym autyzmem, nie przesłania faktu, że wciąż płacimy za to ogromną psychologiczną cenę: czujemy się coraz bardziej oddzieleni od innych, więc coraz bardziej samotni.

Tymczasem, co ciekawe, ludzie, którzy doświadczyli oświecenia donoszą, iż tak naprawdę wszyscy jesteśmy ze sobą połączeni, a nawet jesteśmy jednym. Na razie oświecenie mi się nie przytrafiło i chociaż nie tracę nadziei:-), stwierdziłam, że nadszedł czas, aby skończyć z iluzją samotności wspomagając się standardowymi, dostępnymi nam wszystkim sposobami.

A tak naprawdę zainspirowało mnie do tego pewne poruszające doświadczenie.

Jako uczestniczka Worldworku – międzynarodowego seminarium, podczas którego setki osób z wielu krajów zbierają się razem w potężne forum, pracujące nad społecznymi, środowiskowymi i politycznymi kwestiami – miałam okazję obserwować proces grupowy poświęcony nierównościom w dostępie do dóbr i dobrostanu. W pewnym momencie na środku pojawił się czarnoskóry mężczyzna, mieszkaniec Kenii, który szlochając i drżąc na całym ciele wykrzyczał między innymi takie słowa (cytat z pamięci): „I want to live to my highest potential! I want to live my life fully! And I can not and nobody listens! Nobody listens!”

Nie wiem czy miał na myśli siebie, czy też upominał się o uwagę świata w roli reprezentanta takich niedostrzeganych i niewspieranych osób, które w walce o godne warunki życia są pozostawione same sobie (tak się często dzieje w procesie grupowym inspirowanym Psychologią Procesu), ale jedno jest pewne – jego wystąpienie poruszyło mnie i wiele innych osób z kilkusetosobowej widowni bardzo głęboko.

Po raz pierwszy tak namacalnie  zdałam sobie sprawę, że wszyscy – ludzie – jesteśmy dokładnie tacy sami. Gdzieś w głębi, pod powierzchownymi różnicami mamy prawdopodobnie takie samo pragnienie (jedno z wielu nam wspólnych) – żyć w pełni, nie musieć zajmować się tylko przetrwaniem; doświadczać, że wykorzystaliśmy swój potencjał i po prostu nie zmarnowaliśmy życia.

Płynie dla mnie stąd ważne pytanie: „Czy nie jest tak, że sami organizujemy sobie poczucie oddzielenia od innych – przyjmując za prawdę tylko powierzchowne, prymitywne wyobrażenia na temat innych ludzi?”

Do tej pory mieszkańcy Afryki byli, wstyd się przyznać, zbici w mojej świadomości w jedną, walczącą z ogromnymi przeciwnościami masę i oprócz przeznaczania środków na cele mające ich wspierać w walce o przetrwanie, niezbyt potrafiłam się wczuć w ich potrzeby, zobaczyć ich jako takich samych ludzi jak ja. Może to naturalny mechanizm umysłu, ale uświadomienie go sobie daje wybór – tkwić dalej w pułapce uproszczenia i oddzielenia czy poczuć jak wiele nas łączy z każdym innym człowiekiem na świecie. Mnie osobiście ta ostatnia opcja przynosi pocieszenie i znakomicie pozbawia poczucia samotności.

Praktyka

W mojej głowie mocno pracuje teraz pytanie: „Jak możemy siebie nawzajem wspierać w pełnym życiu?”,  „Jak mogę w tym wspierać innych, których spotykam na swojej drodze albo tych, o których wiem, że istnieją i takiego wsparcia potrzebują?”

Praktyka

Kiedy spotykam teraz nowe osoby i obserwuję w sobie pewnego rodzaju dystans, niepokój, poczucie wyższości lub niższości, etykiety; przypominam sobie – ta oto osoba jest taka sama jak ja, chce przeżywać swoje życie w pełni. Do tego dąży wszelkimi znanymi jej sposobami. Chce zrealizować swoje najgłębsze tęsknoty, które na podstawowym poziomie nie różnią się od moich: chce być kochana i kochać, chce być w kontakcie z innymi, przynależeć, realizować się, odnaleźć sens życia. Już samo to wystarczy, aby odegnać uczucie samotności i oddzielenia.

Praktyka

Swojego czasu pisałam na tym blogu o odnajdywaniu swojego plemienia. O tym, że przynależność do wspólnoty, bycia częścią grupy, która podziela moje wartości, docenia mnie i wspiera, to jeden z najważniejszych składników mojego poczucia sensu życia i szczęścia.
Wciąż zgadzam się  z tym, że to świetne remedium na samotność, ale pociąga mnie również zrobienie kroku dalej –
Poszerzanie rodziny/plemienia, czyli grupy ludzi, których uważam za swoich. Pomocne jest w tym dla mnie Nonviolent Communication – metoda, która bazuje na przekonaniu, że jako ludzie dzielimy dokładnie te same potrzeby: bezpieczeństwa, akceptacji, dobrostanu fizycznego i emocjonalnego, autentyczności, przynależności, bycia widzianym, przestrzeni, samorealizacji, zaufania, otuchy, kontaktu z przyrodą i wiele, wiele innych; a różnimy się tylko gdy dochodzi do sposobów, w jakie próbujemy te potrzeby zrealizować. Za każdym działaniem innego mogę wypatrywać zatem dobrej intencji – czego ta osoba pragnie, jakie ważne pragnienie stoi za tym, co zdecydowała się zrobić?

W kontekście ostatnich wyborów jeszcze pogłębił się w Polsce podział na dwa zwalczające się obozy. Ale jeśli spojrzeć na to tak, iż zwolennikom z przeciwnych ugrupowań chodzi w głębi o to samo? Żeby czuć się bezpiecznie, stabilnie, móc żyć w pełni, być pewnym możliwości dobrego życia dla swoich bliskich? Cóż, strategie na to samo mają rożne, ale gdy odwołamy się do tego, co się za nimi kryje, może rozpocząć się przekraczanie poczucia oddzielenia – warunek prawdziwej rozmowy.

Praktyka

Pomocny w poszerzaniu mojego plemienia jest sposób, którym dzieli się Bridget Belgrave, trenerka metody Nonviolent Communication (Porozumienie Bez Przemocy) z Wielkiej Brytanii – praktyka kontaktu z potrzebami, która także w moim przypadku daje bardzo wiele satysfakcji i poczucia łączności z innymi.

Kiedy Bridget jest w kontakcie ze swoją niespełnioną potrzebą, formułuje to tak:

Tęsknię za spokojem. Jest tyle osób na świecie, które też za nim tęsknią. Niech, tak jak i ja, znajdą spełnienie tej potrzeby.”

Gdy kontaktuje się z potrzebą zaspokojoną – mówi sobie: „Czuję się teraz wdzięczna i radosna, bo moja potrzeba bliskości jest spełniona. Tyle innych osób na świecie marzy o jej spełnieniu, oby im się to udało.”

Bridget Belgrave bardzo ceni sobie fakt, iż w momencie, kiedy jest w kontakcie ze sobą, dzięki tej praktyce może być jednocześnie w kontakcie z innymi oraz spełniać swoją potrzebę troski o innych. Uświadomienie sobie, że także wielu innych ludzi w tym momencie tęskni za spełnieniem danej potrzeby, przypomina jej o tym, że na głębszym poziomie jesteśmy tacy sami i zaspokaja tym samym potrzebę wspólnoty.

Praktyka

Dobrym wsparciem w treningu rozszerzania kręgu ludzi, których uważamy za „swoich” jest medytacja miłującej dobroci, podczas której skupiamy się na życzeniu innym, aby byli bezpieczni, szczęśliwi, zdrowi, odnaleźli spokój. Zaczynamy od siebie („Obym była bezpieczna, obym była szczęśliwa, obym była zdrowa, obym odnalazła spokój”) i najbliższych osób, stopniowo rozszerzając grono: nieznajomy z ulicy, ktoś, go kogo czuję urazę,  mieszkańcy mojego miasteczka, mieszkańcy mojego kraju, wszyscy ludzie na świecie, wszystkie istoty na świecie, wreszcie wszechświat…

Praktyka

Odkryłam, że cennym sposobem na przegnanie, a przynajmniej nie pogłębianie, samotności jest dla mnie jak najmniej czasu albo wcale spędzać na Facebooku. Przez długo czas mnie to dziwiło: mimo kilku setek „znajomych”, ilekroć tam zaglądałam, pogłębiało się moje wrażenie samotności. Trochę sprawę rozjaśnił mi film, który przygotował  Shimi Cohen: „The Innovation of Loneliness” – według niego samotność to najbardziej wspólne doświadczenie w dzisiejszym świecie. Sprawy nie polepsza fakt, iż potrzebując kontaktu i więzi, zwracamy się po nią do ostatniego miejsca, gdzie moglibyśmy ją poczuć – i gdzie czeka na nas jedynie jej iluzja. Mamieni złudzeniem, że będąc wciąż w kontakcie, nie poczujemy się samotni, poświęcamy wiele czasu na edytowanie, przykrawanie i dopieszczanie swojego społecznościowego wizerunku, rezygnując z prawdziwej rozmowy (w której głębia kontaktu i intymność bierze się między innymi z tego, że nie możemy do końca kontrolować tego, co za chwilę powiemy). O tym już była mowa – przedstawiając światu swój prze-edytowany obraz, nie możemy liczyć na to, że zrodzą się z tego prawdziwe więzi.Mniej Facebooka to większa szansa na kontakt w realu.

Praktyka

Brene Brown w książce „Z wielką odwagą” zwraca uwagę jak oddzielenie manifestuje się w przestrzeni publicznej – w naszych kontaktach z ludźmi, którzy świadczą nam rożnego rodzaju usługi: sprzedawcami, pracownikami poczty, stacji benzynowej, urzędnikami, itp. Często traktujemy ich przedmiotowo, jak element otoczenia. Nie wykorzystujemy więc okazji, by nasze spotkanie przekształcić w moment prawdziwego międzyludzkiego kontaktu – zamiast rozmawiać przez komórkę w trakcie płacenia, spojrzeć ekspedientce w oczy, powiedzieć świadomie, a nie rutynowo  – dziękuję.  Łączy mi się to z obecną silnie w dzisiejszych czasach tendencją, której również często ulegam, patrzenia na innych wyłącznie przez pryzmat tego, czy i jak mogą zaspokoić nasze potrzeby.  Nie obchodzi mnie co czujesz, czego ty pragniesz, ważne jest, co mogę uzyskać, poświęcając czas na kontakt czy budowanie relacji z tobą? Przy takim podejściu poczucie samotności gwarantowane. Chciałabym być na to bardziej uważna.

Praktyka

W przywracaniu poczucia połączenia z innymi ludźmi pomaga mi również inspiracja płynąca od stoików. Naturalną ludzką reakcją jest, że gdy spotyka nas coś trudnego, zamykamy się w sobie i swoim nieszczęściu, co pogłębia rozżalenie na niesprawiedliwość losu i samotność. Stoicy udowadniają, że pytanie: „Dlaczego tylko mnie to spotkało?” praktycznie nigdy nie jest zasadne.

Piotr Stankiewicz, w książce  „Sztuka życia według stoików” przywołuje słowa Marka Aureliusza: „W każdej przygodzie miej przed oczami tych, których to samo spotkało.”  i dodaje, że: „Na każdej kłodzie, którą los nam rzuca pod nogi znajdziemy prowadzące na druga stronę ślady czyiś stóp. (…) Nic nie spotyka wyłącznie nas, zawsze już kogoś przed nami spotkało, lub dotknie kogoś po nas – zawsze możemy się rozejrzeć, żeby znaleźć kogoś, kto z czymś podobnym musiał się zmierzyć. Nie jesteśmy w swoim nieszczęściu sami. (…) Świat jest po prostu zbyt duży na to, by rozmaite przygody ludzkie nie musiały się od czasu do czasu powtarzać. Zawsze najdziemy jakąś bratnią, współudręczoną duszę, najczęściej zaś – cały legion. I świat nie będzie już musiał się walić na nasza osamotnioną głowę: bo będziemy mieć obok siebie głowy innych. (…) Mocny uścisk dłoni tych, którzy mocują się dzisiaj z tym samym losem, i którzy mocowali się z nim wczoraj, doda nam otuchy i wiary, że można się ni  poddać.”

Według autora współtowarzyszy niedoli możemy zatem szukać w przeszłości, w przyszłości, w literaturze, filmie, teatrze, w bliższym i dalszym otoczeniu. I nie chodzi o to, żeby ich naprawdę fizycznie znaleźć, a raczej o to, by mentalnie mieć wrażenie, że podobny trudny moment, który nam się przytrafił, przeżywało lub przeżywa właśnie wiele innych osób.

Praktyka

Czasami, kiedy zauważam swój oddech, uświadamiam sobie, że nabieram właśnie powietrza razem z kilkoma miliardami innych ludzi – i jak tu się czuć samotną?

Rusza nowa edycja projektu – szkolenia „Gdybym Dorosła”!

22 Maj

atlasZ wielką radością spieszę donieść, że dzięki nowej platformie o nazwie „Wirtualna Dojrzewalnia„, rusza druga edycja Projektu – szkolenia online „Gdybym Dorosła”. W jego pierwszej edycji wzięło udział ponad 500 wspaniałych, gotowych na zmiany i przejęcie steru swojego życia kobiet. Był to dla mnie czas szczególny – towarzyszenie im podczas pół roku intensywnej pracy, której celem było odzyskanie poczucia mocy, sensu i satysfakcji, otworzenie się na radość, docenienie siebie, mocne stanięcie na nogach i poczucie się dobrze we własnej skórze. A także pogłębienie relacji i bliskości, lepsze rozeznanie się tym, co jest dla nas w życiu najważniejsze i stanięcie za tym. Dużo się wydarzyło, ale dla mnie najważniejsze było to, iż mogłam się z innymi kobietami dzielić tym, co naprawdę przetestowałam na sobie i co zmieniło moje życie na lepsze. I patrzeć na to, jak ich życie także się powoli zmienia w satysfakcjonującym dla nich kierunku. Dlatego ogromnie się cieszę, że dzięki nowym możliwościom technicznym mogę zaprosić także i Ciebie do dołączenia do grona „Dorastających”

W tej edycji „Gdybym Dorosła” możesz:

  • rozwijać się w ulubionym miejscu, z filiżanką dobrej herbaty, w czasie, który najbardziej Ci pasuje
  • pracować w dowolnym tempie,
  • zdecydować się na udział w całym projekcie,
  • albo wybrać jeden lub kilka interesujących Cię modułów tematycznych.

Jeśli chcesz doświadczyć, jak wzięcie odpowiedzialności za swoje życie doda mu sensu, smaku, radości i głębi; wzmocni Twoje relacje oraz pozwoli Ci cieszyć się w pełni sobą, wyrusz na głęboko transformującą wyprawę z kobietami, które są w podobnym miejscu – będziesz mogła dzielić się z nimi swoimi odkryciami, omawiać trudności i prosić je o wsparcie na forum dyskusyjnym.

 

Więcej informacji, zapisy

 

Podczas programu będziemy pracować z przekonaniami, wykorzystamy metodę „The Work” autorstwa Byron Katie, Nonviolent Communication, narzędzia z metody Zen Coaching, filozofię małych kroków – Kaizen, metodę Mind-Body Bridging, pracę z cieniem, narzędzia pracy z procesem, Living Dance Form oraz wiele innych inspiracji. Plan naszej pracy jest tak zaprojektowany, abyś po zakończeniu programu mogła:

  • poczuć, że mocno stoisz na swoich nogach, a Twoje poczucie dobrostanu nie jest zależne od innych ludzi
  • otworzyć swoje serce i przekroczyć poczucie oddzielenia od innych
  • wieść zintegrowane, pełne sensu i ekscytacji życie, w którym jest wiele radości, głębokich, bliskich relacji i spokojnego poczucia szczęścia
  • wykorzystywać swoje talenty i potencjał, aby służyć innym i inicjować w świecie zmianę, którą chciałabyś zobaczyć
  • czuć, że żyjesz w świecie obfitości, a świat Cię wspiera
  • czuć, że rozkwitasz

W ramach szkolenia online zajmiemy się tematami:

  • Gdybym dorosła… budowanie osobistej mocy,
  • Gdybym dorosła… w związku,
  • Gdybym dorosła… ciało i seksualność,
  • Gdybym dorosła… w rodzicielstwie,
  • 
Gdybym dorosła… w pracy,
  • Gdybym dorosła… w świecie.

Moduł pierwszy: Gdybym dorosła… budowanie osobistej mocy

  • samoakceptacja i empatia dla siebie
  • radzenie sobie ze złością, frustracją, cierpieniem, poczuciem winy
  • świat obfitości, wdzięczność
  • jak zwiększyć wskaźnik „pozytywności” w swoim życiu i zacząć rozkwitać
  • odzyskiwanie wyboru, branie odpowiedzialności za swoje życie
  • moje najważniejsze potrzeby
  • jak „nie zdradzać siebie”
  • stworzenie projektu osobistej zmiany

Moduł drugi: Gdybym dorosła… w związku

  • empatia – podstawa udanego związku, budowanie empatycznego potencjału, empatyczne narzędzia
  • stworzenie misji związku/rodziny
  • akceptacja i rozwijanie miłości bezwarunkowej
  • branie odpowiedzialności za swoją potrzebę miłości, m. in. teoria języków miłości
  • celebrowanie związku i partnera
  • praca z przekonaniami na temat związku
  • praca z oczekiwaniami wobec partnera

Moduł trzeci: Gdybym dorosła… ciało i seksualność

  • mind-body bridging – jak być w ciele tu i teraz
  • współczesne mity i oczekiwania na temat kobiecego ciała: jak się z nimi rozprawić
  • jak docenić swoje ciało
  • jak zakończyć wojnę ze swoim ciałem i dzięki metodzie kai zen (metoda małych kroków) bezboleśnie i skutecznie przestawić się na zdrowe odżywianie, dobre myśli, jak zacząć ćwiczyć
  • odkrywanie, co znaczy dla mnie seksualność
  • seks – strategia na jakie moje potrzeby?

Moduł czwarty: Gdybym dorosła… w rodzicielstwie

  • stworzenie własnej definicji „dobrej matki”, odpuszczenie sobie nierealistycznych oczekiwań
  • godzenie potrzeb: swoich, partnera, rodziny i dzieci
  • jak postawić granice
  • jak przestać się martwić, czy moje dziecko będzie szczęśliwe
  • pożegnanie z etykietą „dziecko”
  • co zamiast kar i nagród
  • radzenie sobie z „nie”
  • empatia dla dzieci, główne dziecięce potrzeby, wspieranie emocji dziecka
  • najważniejsza wiadomość dla naszego dziecka: „Masz znaczenie”

Moduł piąty: Gdybym dorosła… w świecie

  • rozpoznanie swoich rang – jak mogę ich użyć do budowania lepszego świata
  • jak moje wybory wpływają na świat – ekologia, sprawiedliwość społeczna
  • ja w mojej społeczności – jak ją tworzyć i wspierać
  • jak odnaleźć swoje plemię
  • przekraczanie poczucia oddzielenia od innych i budowanie poczucia łączności
  • dzielenie się swoimi darami i talentami – co mogę wnieść do świata, czego nie może wnieść nikt inny

Moduł szósty: Gdybym dorosła… w pracy

  • stworzenie swojej osobistej misji życiowej
  • empatyczna komunikacja w pracy
  • budowanie harmonii między życiem zawodowym a osobistym
  • inteligencja duchowa w pracy
  • budowanie tzw. „ważnego życia”: praca jako służba na rzecz innych
  • jak budować finansową niezależność
  • podsumowanie projektu osobistej zmiany ze spotkania pierwszego, plan na przyszłość

Zapraszam ciepło! Ewa Panufnik

Więcej informacji, zapisy: http://www.dojrzewalnia.pl/wirtualna_dojrzewalnia/

Przestałabym walczyć o miłość, aprobatę i przynależność

22 Maj

niemiesci„Głębokie poczucie miłości i przynależności stanowią nieusuwalną potrzebę wszystkich ludzi w każdym wieku. Zarówno na poziomie biologicznym, kognitywnym, fizycznym, jak i duchowym jesteśmy zaprogramowani na to, by kochać, być kochanym i przynależeć. Kiedy nie udaje nam się zaspokoić tych potrzeb, nie funkcjonujemy tak, jak powinniśmy. Załamujemy się. Rozpada nam się osobowość. Pogrążamy w odrętwieniu. Cierpimy. Krzywdzimy innych. Chorujemy. ” – twierdzi Brene Brown, badaczka wstydu, wrażliwości i autentyczności, autorka „Darów niedoskonałości. Jak przestać się przejmować tym, kim powinniśmy być, i zaakceptować to, kim jesteśmy”. A ja się z nią zgadzam. I postanawiam, że koniec z gonieniem za miłością, staraniem się o nią, zasługiwaniem, walczeniem o aprobatę i przynależność. Wbrew pozorom ma to sens i wcale się nie wyklucza.

Po prostu w ostatnim czasie naprawdę dotarło do mnie to, co wielokrotnie powtarza Byron Katie – że życie polegające na odgadywaniu i spełnianiu oczekiwań innych nigdy nie zapewni nam poczucia, że jesteśmy kochani: „Będziesz próbował stać się kimś innym niż jesteś, a gdy powiedzą: <<Kocham cię>>, nie uwierzysz, ponieważ w rzeczywistości kochają sztuczną atrapę. Zabieganie o miłość innych jest bardzo trudne, a nawet śmiertelnie niebezpieczne. Dążąc do tego, można utracić swoje prawdziwe ja.” A także radość życia, poczucie osadzenia w sobie, życiową energię – dodam z własnego doświadczenia. Brene Brown twierdzi nawet, że powinniśmy rodzić się z ostrzeżeniem, podobnym do tych na paczkach papierosów: „Uwaga, jeśli ze względu na bezpieczeństwo zrezygnujemy z naszej prawdziwości, możemy ucierpieć z powodu lęku, depresji, zaburzeń jedzenia, nałogów, napadów złości, poczucia winy, resentymentów i niewyjaśnionego żalu.”

Szukamy tam, gdzie nie mamy szansy znaleźć – wkładamy ogromnie dużo wysiłku w prezentację swojego wizerunku – w złudzeniu, że podziw innych dla tej wykreowanej, nieistniejącej w rzeczywistości postaci, naszego avatara – da nam społeczną akceptację oraz poczucie, że jesteśmy kochani. Stajemy się ulepszoną, poddaną edycji fasadą na Facebooku, zadowalając się namiastką prawdziwej więzi. Problem w także i w tym, że myli nam się dopasowywanie się z przynależnością. Tymczasem bycie kameleonem tak naprawdę ograbia nas z możliwości poczucia prawdziwego poczucia przynależności. Jeśli ubieram się tak, aby zdobyć akceptację innych; dzielę się z innymi tylko tym, co będzie dobrze tolerowane, a przemilczam rzeczy, które są dla mnie ważne; nie pokazuję swoich lęków i słabości, to uznanie dla tej zmodyfikowanej wersji mnie nigdy nie nakarmi wersji prawdziwej, spragnionej miłości. Według Brene Brown rozróżnienie jest bardzo proste: „Jeśli się dopasowujemy do jakiegoś środowiska, to musimy je najpierw właściwie ocenić, a następnie tak zmodyfikować siebie, aby nas zaakceptowano. Natomiast jeśli przynależymy do jakiegoś środowiska, to nie musimy siebie zmieniać – powinniśmy po prostu pozostać sobą.”

Nie, dziękuję, dłużej nie zamierzam grać w tę nieracjonalną, wyczerpującą grę w zabieganie o miłość i aprobatę, w której nie da się wygrać, a stracić można tak wiele.

Oto mój dzisiejszy manifest: Chcę być kochana dokładnie taka jaka jestem, bez starania się, zmieniania siebie, wysiłków mających na celu przypodobanie się i spełnienie oczekiwań innych, ukrywania tego, co jest dla mnie ważne. Chcę przynależeć bez konieczności ucinania kawałków siebie, zaprzeczania swojemu wewnętrznemu głosowi i nie za cenę rezygnacji z autentyczności.

I podejmuję ryzyko, że to się może nigdy nie wydarzyć. Oraz to, że mogę zostać odrzucona. Niezrozumiana. Niedoceniona. I nawet jeśli, to jest lepsza opcja niż nieustanne wydatkowanie energii na przykrawanie i dostosowywanie siebie do wymagań i pomysłów innych, jaka powinnam być, żeby zasłużyć na ich miłość. W najgorszym wypadku zostanę z satysfakcjonującym poczuciem wewnętrznej integralności i wierności sobie, bycia sobą w pełni. Całkiem przyzwoicie.

Od dzisiaj zatem nie chcę więcej:

– mówić „tak”, jeśli tak naprawdę czuję, że chcę powiedzieć „nie”, tylko po to, by ktoś nic złego o mnie nie pomyślał

– tłumaczyć się

– uzasadniać swojego istnienia

– przepraszać i kajać się, jeśli będzie to tylko wymogiem dobrych manier, a nie mojej głębokiej potrzeby

Chcę za to:

– prosić innych o pomoc w spełnianiu moich potrzeb

– ufać swojemu wewnętrznemu głosowi i go wyrażać

– troszczyć się jednocześnie o innych i o siebie – szukając w miarę możliwości takich rozwiązań, które sprawią, że nikt nie będzie musiał rezygnować z czegoś ważnego dla siebie, aby zaspokoić potrzeby drugiej strony.

Brzmi nieźle, prawda? Tylko, że może wcale nie okazać się takie proste do zrealizowania. Przekonanie, że musimy zasłużyć na miłość zostaje w nas zaszczepione najczęściej we wczesnym dzieciństwie i postępowanie zgodnie z nim staje się swojego rodzaju wieloletnim uzależnieniem. I mimo swej wyczerpującej natury, daje nam też sporo benefitów. Gonienie za miłością może kusić szansą, żeby oddalić się od towarzyszącego nam wciąż niepokoju, pomieszania, wewnętrznej pustki, braku celu i motywacji. W skończeniu z nałogiem nie pomaga nam też kultura, w której żyjemy. Dzięki przekazom w niej obecnym wierzymy, że im bardziej cierpimy, tym większa miłość. Robin Norwood, znana terapeutka rodzinna Z USA, autorka książki „Kobiety, które kochają za bardzo”, dużo pisze o tym, jak bardzo uwodzące może być dla nas spotkanie partnera czy innych osób, z którymi możemy powrócić do odgrywania schematu z dzieciństwa, w którym czułyśmy się niekochane lub niechciane. Pojawia się pokusa uwierzenia, że właśnie z takim partnerem i w związku dostarczającym nam podobnych sygnałów o tym, że na miłość musimy zasłużyć, wreszcie „przepracujemy” nieudane relacje z rodzicami. Ponownie odgrywając role z dzieciństwa, wierzymy, że tym razem uda nam się zapanować nad cierpieniem i bólem wynikającym z poczucia bycia niekochaną. Że zmienimy stosunek partnera do nas i wreszcie dostaniemy to, czego tak bardzo od lat pragniemy. Że wreszcie pokonamy dawne lęki i poczujemy ulgę. Tak jednak się nie stanie.

Po pierwsze – ponieważ wybrałyśmy takiego, a nie innego partnera do tych swoistych potyczek, a po drugie, bo nawet jeśli jakimś cudem uda nam się wygrać i zasłużymy na jego uczucie, tak jak już wspomniałam wcześniej, nie będzie to miłość skierowana do nas, tylko do jakiejś sztucznego tworu, który udało nam się stworzyć wielkim wysiłkiem i dzięki staraniu się, aby doskoczyć do oczekiwań.

Oto zatem mój plan wsparcia w wychodzeniu z uzależnienia od zasługiwania na miłość i przynależność.

Praktyka pierwsza

Świetną odtrutką okazuje się dla mnie sporządzenie listy wyrzeczeń i dostosowań koniecznych do tego, aby otaczający mnie ludzie obdarzyli mnie warunkową miłością i aprobatą:

Żeby zasłużyć na miłość i aprobatę powinnam m. in.: polubić górską wspinaczkę, pozbyć się wszelkich lęków, porzucić zdrowe odżywianie, szybko odpowiadać na maile, przejąć wszystkie przekonania o życiu pewnej osoby i postępować według nich, zawsze mieć przestrzeń na wysłuchanie zwierzeń, być miłą, wyglądać zgodnie z kulturowym ideałem kobiety, ułatwiać życie, przejąć na siebie większość obowiązków, nie potrzebować bliskości, zawsze odbierać telefony, a przynajmniej oddzwaniać, nie wyrażać swoich frustracji, nie mieć żalu, pomagać finansowo, być zawsze uśmiechnięta, nie marznąć, przestać być taka wrażliwa, być bardziej wysportowana, nigdy się nie złościć, przestać mieć swoje potrzeby, itp., itd….

Przebudzające jest uświadomienie sobie, że ta absurdalna lista może być nieskończenie długa, w dodatku niektóre warunki konieczne do zaakceptowania mnie wciąż się zmieniają w zależności od humoru, okoliczności i potrzeb zainteresowanych. To dokładnie syzyfowa praca.

Praktyka druga

Rozprawienie się z przekonaniami mówiącymi o tym, do czego konieczna jest mi aprobata i miłość innych.

Byron Katie twierdzi, że przyczyną naszego uzależnienia od spełniania potrzeb innych w ramach walczenia o ich uznanie i miłość są nieprawdziwe myśli, w które wierzymy bezrefleksyjnie, podobne do poniższych:

Potrzebuję twojej miłości, aby czuć się dobrze, żyć w pełni, potwierdzić swoją wartość, rozkwitnąć.

Jeśli zaniecham starań, nikt nie będzie mnie wspierał.

Jeśli nie będę się starać przykroić do wymagań innych, nigdy nie będę kochana.

Nie mogę być kochana taka jaka jestem.

Bez miłości będę samotna i niepełna.

Tylko miłość zapewni mi dobre samopoczucie, da spokój i bezpieczeństwo oraz sens życia.

Kochać to znaczy potrzebować.

Jeśli muszę się zmienić, by zdobyć cudzą miłość i aprobatę, to musi być we mnie coś złego.

Dobrym sposobem pracy z takimi przekonaniami jest zaproponowana przez Byron Katie metoda czterech pytań:

Czy to prawda?

Czy jestem absolutnie pewna, że to prawda?

Jak się czuję i reaguję, jak traktuję innych, gdy wierzę w taką myśl?

Kim mogłabym być, gdybym w nią nie wierzyła?

Uwielbiam jak tym sposobem Byron rozprawia się na przykład z myślą: Jeśli zaniecham starań, nikt nie będzie mnie wspierał., pokazując jak bez żadnego wysiłku z naszej strony jesteśmy wspierani. Na przykład: wszystkie niesamowite warunki konieczne, abyśmy zaistnieli zostały w nieprawdopodobny sposób spełnione, w naszej drużynie wsparcia są między innymi ci, którzy wzięli udział w procesie przygotowywania jedzenia na naszym stole; ci, którzy nas nauczyli; a nawet siła grawitacji, która sprawia, że możemy funkcjonować na Ziemi. Zachęcam do lektury książki Byron Katie: „Kłamstwa o miłości”, aby w pełni poczuć jak metoda czterech pytań może nas wpierać w transformowaniu bólu związanego z uzależnieniem od miłości.

Lubię czasami pomedytować nad poniższymi pytaniami, proponowanymi przez Byron – pojawia się wówczas we mnie więcej swobody do tego, żeby spróbować jak to jest po prostu być sobą:

  • Jaka jestem, gdy rezygnuję z próby zdobycia miłości aprobaty innych?

  • Kim mogłabym być, gdybym nie wierzyła myśli, że muszę wywierać na innych dobre wrażenie?

  • Kim mogłabym być, gdybym nie wierzyła w myśl, że moje szczęście zależy od kogoś innego?

Praktyka trzecia

Warto przyjrzeć się jednemu szczególnemu przekonaniu, które po bliższej analizie okazuje się propozycją handlową skierowaną do bliskiej osoby:

Jeśli zmienię się dostosowując do twoich oczekiwań, uszczęśliwię Cię, a w konsekwencji ty zmienisz się i uszczęśliwisz w ten sposób mnie.

Cóż, to że w nie głęboko wierzymy ma prostą przyczynę. Jak to podsumowuje Robin Norwood:„Znacznie łatwiejsze i bliższe wydaje się poszukiwanie źródła szczęścia poza sobą niż poddanie się wewnętrznej dyscyplinie, odkrycie własnych zasobów, uczenie się jak wypełnić pustkę wewnątrz, a nie na zewnątrz.” Norwood proponuje, aby przestać się łudzić, że ta transakcja kiedyś dojdzie do skutku i postarać się żyć tak, jakbyśmy nie mogły na nikim polegać. Całkowita samodzielność to dla niej sposób na wykorzystywanie wszystkich naszych talentów oraz na dbanie o te, które trzeba w sobie rozwinąć, aby wieść życie spełnione i pełne satysfakcji, bez nieproduktywnego oglądania się na innych, na których chciałoby się ten obowiązek scedować. „Póki nie rozwiniesz własnych zdolności, nie uwolnisz się od uczucia frustracji. I o tę frustrację będziesz miała żal do swojego partnera, a powodem jest to, że w rzeczywistości nie radzisz sobie z życiem.” Jedną z zalecanych przez nią praktyk jest robienie codziennie dwóch rzeczy, na które nie ma się ochoty: choćby to było zwrócenie wadliwego produktu, czy wykonanie nieprzyjemnego telefonu. Nie tak dawno, nie miałam ochoty pojechać na badanie techniczne samochodu i próbowałam zrzucić ten obowiązek na partnera – poświęciłam wiele energii, by go do tego przekonać. W końcu jednak zdecydowałam się zrobić to sama i była to spora satysfakcja wynikająca z tego, że jestem samowystarczalna.

Kolejnym wpierającym nas działaniem może być według Norwood nauczenie się dawania sobie – czasu, uwagi, rzeczy, na które mamy ochoty. Pytamy siebie, na co mamy dziś ochotę, a potem doświadczamy jednocześnie, co znaczy dawać i otrzymywać. Ostatnio to pytanie wsparło mnie podczas pewnego koncertu. Mimo cudownej muzyki i widowni pełnej zachwyconych widzów, jakoś nie mogłam się zaangażować i cieszyć się słuchaniem. Subtelne sygnały ciała, że nie chcę już tam być udawało mi się najpierw pacyfikować mało racjonalnymi lub dość egocentrycznymi (ponieważ prawdopodobnie błędnie zakładałam, że moje działanie ma znaczenie dla innych) myślami, iż tak nie wypada, nie wychodzi się w środku koncertu, że świadczy to o moim złym guście, że narażę się na coś w rodzaju ostracyzmu, nie dzieląc z innymi pełnego uwielbienia zaangażowania w to wydarzenie (na widowni było sporo dalszych i bliższych znajomych). W pewnym momencie przypomniałam sobie jednak o pytaniu: „Czego ja naprawdę teraz chcę?” – i kiedy je sobie zadałam, jednoznacznie okazało się, że chciałam wyjść, zdążyć na pociąg i wrócić do domu. Więc tak właśnie zrobiłam, przeszłam przez całą widownię i wyszłam. Nie było to zbyt przyjemne, ale z pewnością większy dyskomfort sprawiłoby mi pozostanie na siłę na sali ze strachu przed tym, co pomyślą inni.

Praktyka czwarta

Zmierzenie się z wewnętrzną pustką. Ten etap na pewno się pojawi, jeśli zdecydujemy się pożegnać z uzależnieniem od walczenia o miłość i aprobatę. Dotychczas ta pustka była wypełniana koncentrowaniem się na innych, których należało przekonać, że zasługujemy na miłość. Dobrze byłoby przyjąć ja w pełni, nie starać się jej zapełnić czymś z zewnątrz. Nie zawsze tam będzie, pociesza Robin Norwood: „Odczuwanie jej i zachowanie spokoju umożliwi z czasem wypełnienie tej pustki ciepłem samoakceptacji.” W takim przyjmowaniu może pomóc nam kolejna praktyka.

Praktyka piąta

Jak to trafnie podsumowuje Brene Brown: „Teraz rozumiem, że by naprawdę czuć przynależność muszę być prawdziwa, a do tego jest mi potrzebne ćwiczenie miłości do samej siebie. Przez wiele lat myślałam, że jest odwrotnie: Muszę robić wszystko, co w mojej mocy, by się dopasować, a wówczas poczuję się akceptowana, a przez to polubię siebie. (Męczy mnie już samo myślenie o tym, ile lat tak żyłam. Nic dziwnego, że byłam zupełnie wyczerpana!)”.

W związku z powyższym moją ważną praktyką stanie się więc współczucie i empatia dla siebie samej. Pomocą w tym może być polecany przez Brown serwis http://www.self-compassion.org, gdzie zacząć możemy od wykonania testu, na ile jesteśmy współczujący wobec samych siebie. Ja zdobyłam mało punktów, więc sporo praktykowania przede mną zanim stanie się to moim nawykiem.

Empatia dla siebie nie rożni się w praktyce od empatii, która oferujemy innym w trudnych chwilach.

  1. Najpierw konieczne jest zauważenie, że cierpimy, a potem wczucie się w to wrażenie (co dokładnie odczuwam? Czy to cierpienie wynikające z lęku, frustracji, smutku, żalu, zazdrości, zawiści, desperacji, braku nadziei? Gdzie i jak odczuwam te uczucia w ciele? Jak mogę chwilę z nimi pobyć? Z jakiej niespełnionej potrzeby wynikają?). Nie ignoruję swojego bólu, mogę za to powiedzieć sobie: to naprawdę boli, to trudny czas dla mnie. Jak mogę sobie ulżyć, pocieszyć się, co mogę zrobić, żeby poczuć się lepiej?

  2. Współczucie oznacza również otwarte, pozytywne nastawienie do cierpiącej osoby – w tym przypadku nas samych i oferowanie zrozumienia, a nie osądzanie siebie i krytykę.

  3. Niezwykle ważne jest porzucenie iluzji o tym, że należy i można by perfekcyjnym, oraz uznanie, że cierpienie, porażki i niedoskonałość to nieodłączne części ludzkiego istnienia. Tym sposobem możemy także „załatwić sobie” szybko także swoiste poczucie przynależności – gdy uświadomimy sobie, że dzielimy trudne uczucia i okoliczności, które nam się przytrafiły z całą rzeszą innych ludzi.

  4. Dla mnie pomocne jest także przypominanie sobie, że uczucia, także te mało komfortowe, to tylko nośniki informacji, że jakaś nasza potrzeba nie jest spełniona lub nie i w jakim stopniu.

Praktyka szósta

Kiedy decydujemy się przestać walczyć o miłość, jednym z obszarów, który okaże się wówczas sporym wyzwaniem będzie prawdopodobnie mówienie „nie” – w sytuacjach, kiedy autentycznie czujemy, iż nie chcemy się na coś zgodzić w odpowiedzi na czyjąś prośbę o pomoc, wsparcie, itp.

Przydać się nam wówczas może przypominanie sobie, że moje „nie” oznacza „tak” dla mnie, dla jakieś mojej ważnej potrzeby, której spełnienie byłoby zagrożone, gdybym osobie proszącej nie odmówiła. Czemu więc mówię „tak”?

Odmawianie kojarzy nam się z sytuacją, w której możemy zostać odrzuceni za brak chęci wyjścia komuś naprzeciw, ale jest trudne także i dlatego, że przeważnie szczerze się troszczymy o drugą stronę i wczuwamy się w to, jak nasza odmowa na nią wpłynie, może będzie bolesna, może skojarzy się z kolei z odrzuceniem jej przez nas.

Jak więc mówić „nie” z troską?

  1. Pierwszy krok to przyznanie i wyrażenie tego głośno, że widzę, iż drugiej stronie naprawdę na czymś bardzo zależy i jestem jej pierwszą, może najważniejszą strategią, aby to się mogło dla niego/niej wydarzyć.

  2. Szczere podzielenie się informacją, że z pewnego powodu/ów nie chcę, nie mogę, nie mam ochoty tego zrobić. Najlepiej, gdybyśmy mogli się też podzielić tymi powodami z drugą stroną.

  3. Zaproponowanie innej strategii, która włącza także moje potrzeby pod uwagę i spełnia jednocześnie potrzeby drugiej strony (często jeśli zejdziemy głębiej do potrzeb, okazuje się że taka inna strategia jest jak najbardziej możliwa, choć gdy koncentrowaliśmy się wcześniej na rozwiązaniu, nie było to takie oczywiste).

    W moim związku przez długi czas sprawa sporną i bardzo podgrzewającą negatywne emocje była kwestia wygodnej kanapy przed telewizorem. Dla mnie była idealnym miejscem do cichego relaksu, gdy tymczasem mój partner czasami w takich sytuacjach chciał oglądać telewizję. Wówczas dla mnie kończył się czas odpoczynku. Na jego prośbę, abym przeniosła się gdzieś indziej, nie było we mnie często autentycznego „tak”, więc albo robiłam to ze złością, albo zaczynaliśmy kłótnię, kto ma większe prawo do kanapy – ktoś, kto przyszedł pierwszy, czy ktoś kto chce oglądać telewizję, bo to jedyne miejsce do tego? Wiele kłótni później, sprawa skończyła się szybko, gdy poznałam metodę Nonviolent Communication i kiedy okazało się, że oboje byliśmy przyklejeni do jedynego możliwego według nas rozwiązania. Kiedy zeszliśmy na poziom potrzeb i okazało się, że w moim przypadku nie chodzi tylko o wygodę, ale także o cichy relaks, wpadliśmy na pomysł, że przecież telewizję można oglądać korzystając ze słuchawek. Więc moje autentyczne „nie, nie chcę przenieść się gdzieś indziej” wygenerowało sposób, który w nikim nie buduje poczucia żalu i nadużywania się w imię powiedzenia tak drugiej stronie. Równie dobrze mogło okazać się, że mój partner chce tak desperacko oglądać telewizję, bo potrzebuje oderwania od stresu, a może mieć na to także inne, może nawet bardziej wspierające w tym metody – przejażdżkę na rowerze, czy rozmowę z przyjacielem – patrz następny punkt.

  4. Zaproponowanie pomocy w burzy mózgów, aby pomóc znaleźć strategię, która mnie nie angażuje w sposób, którego nie chcę, a odpowiada na potrzeby drugiej strony.

Praktyka siódma

Poproszenie kogoś bliskiego, komu ufamy, żeby powiedział:

Nie musisz się starać. Możesz być sobą i być kochana. Jesteś wystarczająca taka, jaka jesteś.”

I zauważenie, co nam to robi. Jakie uczucia budzi, jakie myśli przychodzą nam do głowy, gdy to słyszymy? Mnie osobiście usłyszenie tych zdań przynosi duże wzruszenie i poczucie prawdziwej ulgi. Mam wrażenie, jakby nagle świat się powiększał, a moje możliwości rosły.

Praktyka siódma

Uświadamianie sobie jak manipuluję innymi, żeby dostać od nich miłość i aprobatę, i że kosztuje to mnie poczucie oddzielenia od nich – widzę ich wówczas tylko przedmiotowo, jako dostarczycieli „narkotyku”. Oraz poczucie oddzielenia od samej siebie: płacę za to swoją integralnością, rezygnacją z ważnych dla mnie wartości: troski o innych, brania ich pod uwagę, itp.

Praktyka ósma

Nie zawadzi też zauważyć, że gra w walczenie o miłość, aprobatę i przynależność ma zawsze dwie strony. I że często jesteśmy również tą z nich, która określa warunki dla innych. Może odświeżę sobie dawny wpis na ten temat: „Przestałabym kolonizować ludzi”, aby mieć więcej świadomości wokół tego, jak wykorzystuję naturalną potrzebę miłości, głęboko obecną też przecież w innych innych, do stawiania im żądań?

Praktyka dziewiąta

A poniższy cytat przykleję sobie na lustro, żeby łatwiej było mi pozostać na obranym dziś kursie autentyczności i bycia sobą:

Prawdziwą miłością możemy zostać obdarzone dopiero wtedy, gdy odsłonimy się całkowicie. Kiedy odkryjemy, jakie naprawdę jesteśmy, kiedy ujawnimy swoją najprawdziwszą istotę. To ona zostanie pokochana.”, Robin Norwood

Hough