Archive | Październik, 2011

Przestałabym wierzyć, że moje szczęście zależy od mojego partnera

28 Paźdź

To naprawdę niezłe kłamstwo, które przysparza mnie, a pewnie i wielu innym kobietom sporo cierpienia.  Bo gdyby był bardziej czuły, gdyby lubił rozmawiać, gdyby mnie bardziej doceniał, słowem –  robił to, czego oczekuję, wtedy, tak wtedy wreszcie mogłabym być szczęśliwa. Cóż, a skoro on nie współpracuje, jestem skazana na bycie nieszczęśliwą. To rodzaj współuzależnienia – gdy moje samopoczucie uzależniam od jego humoru, umiejętności, działań. Tłumaczę, namawiam, obwiniam, kontroluję, szantażuję, krytykuję, chwalę to, czego chciałabym od niego więcej – czyli manipuluję na wszystkie możliwe sposoby, a on wciąż jest jaki jest. Chyba już czas uwierzyć, że się nie zmieni. A moje szczęście zależy tylko ode mnie. O ile łatwiej było przerzucać tę odpowiedzialność  na niego. Jesli przestanę wierzyć, że moje szczęscie to jego sprawa (i obowiązek!), będę musiała coś zrobić ze swoim życiem. Na przykład zobaczyć jakie są moje najważniejsze potrzeby i co robię, żeby je zaspokoić. Oprócz już wspomnianej niefektywniej pracy nad partnerem, żeby to on się tym zajął:-)

Robin Norwood w książce „Kobiety, które kochają za bardzo” pięknie to podsumowuje: „Prawdziwa akceptacja drugiego człowieka, zaprzestanie wszelkich prób, by go zmienić, stosując zachetę, manipulację bądź przymus, to bardzo wysoka forma miłości i, dla większości z nas, bardzo trudna. U podstaw wszystkich naszych dążeń do przeobrażenia drugiej osoby leży zasadniczo egoistyczny motyw: przeświadczenie, że dokonawszy transformacji w partnerze, staniemy się szczęśliwe. W pragnieniu szczęścia nie ma nic złego, lecz szukając źródeł tego szczęścia poza nami, w drugim człowieku, unikamy odpowiedzialności  za ulepszenie naszego życia. (…) Wiekszośc z nas potrafi zaznawać szczęścia i pełni życia w stopniu większym niż nam sie zdaje. Często jednak nie sięgamy po szczęście, gdyż wierzymy, że to czyjeś zachowanie nam nie pozwala. Ignorujemy obowiązek rozwijania i ulepszania samych siebie, bo uparcie próbujemy przeobrażać innych – knujemy, manewrujemy, manipulujemy, a gdy poniesiemy klęskę, ogarnia nas złość, zniechęcenie i depresja. Próby odmienienia drugiego człowieka zawsze powodują frustrację i przygnębienie, lecz jeśli właściwie wykorzystamy swoją moc i postaramy się ulepszyć własne życie, czeka nas radość.”

Myślę sobie coraz częściej,  że uzależnianie własnego szczęścia od zachowania innego czlowieka, to strategia szalona, wręcz samobójcza-  pozbawia możliwości życia w pełni. To ciągłe czekanie aż partner pozwoli mi rozpocząć prawdziwe życie – kiedy tylko się zmieni – jest wielkim samooszukiwaniem siebie.

Podoba mi się koncepcja szkła powiększającego i lustra przedstawiona przez Susan Jeffers. Szkło powiekszające to symbol obwiniania parnera za nasze poczucie bycia nieszczęśliwą, co przyczynia się do odczucia bezsilności i braku mocy. Susan proponuje by zamienić szkło powiększające na lustro – aby patrzeć wgłąb siebie i wziąc odpowiedzialność za nasze działania i reakcje na to co dzieje się w relacji. Przyglądam się zatem nie temu, co robi mój partner, ale co ja robię lub nie robię, co czyni mnie nieszczęśliwą. I nie chodzi o to, by teraz zacząć obwiniać siebie, ale by wreszcie coś zrobić. Podnosząc lustro, sięgasz po swoją siłę, mówi Susan.

Praktyka

Szkło powiększające:  On za mało opiekuje się naszym dzieckiem, przerzucając na mnie odpowiedzialnosć za nie

Lustro: On naprawdę ciężko pracuje, a prawie cały czas poza pracą poświęca na opiekę nad małą. Co mogę zrobić, żeby opieka nad nią była mniejszym obciążeniem dla mnie? Co możemy zrobić razem? Czy nie jest tak, że chcę się nią opiekować perfekcyjnie, może potrzeba mi w tym więcej luzu? Może z większą determinacją powinnam korzystać z czasu, kiedy małą opiekuje się niania lub partner? Trudno mi też odpuścic kontrolę nad większością spraw jej dotyczących – więc sama dźwigam ten ciężar. Może mój partner może jeden dzień w tygodniu wrócić wcześniej z pracy?

Praktyka

Odpowiedzialność za jakie swoje potrzeby przerzucam na partnera? Potrzebę docenienia. Potrzebę bezpieczeństwa. Potrzebę przygody, oczuwania namiętności, radości życia, kontaktu. Poczucia własnej wartości. Intymnosci i bliskości. Sporo tego jak na jednego mężczyznę.

Co mogę zrobić sama?


Praktyka

Przez tydzień będę żyła tak, jakbym nie mogła na nikim, a szczególnie na moim  partnerze polegać. Zobaczę jak to jest – wykorzystywać swoje talenty do załatwiania spraw, na których mi zależy i dbania o swoje potrzeby.

Praktyka

Ta afirmacja ma mi przypominać, że:

ABY BYĆ SZCZĘŚLIWĄ, POTRZEBUJĘ TYLKO SIEBIE.

Odnalazłabym swoje plemię

28 Paźdź

Poczucie wspólnoty, poczucie bycia częścią grupy, która podziela moje wartości, docenia mnie i wspiera, to jeden z najważniejszych składników mojego poczucia sensu życia i szczęścia.
Bez miejsca, w którym mogę się dzielić sobą w pełni – swoimi uczuciami, swoimi problemami, rzeczami, które świętuję, swoimi talentami – tracę energię do życia. Poczucie przynależności do grupy ładuje moje akumulatory.

M.J. Ryan w książce „Be happy. Szkoła szczęścia” cytuje wyniki badań, które wykazały, że udane kontakty społeczne powodują wzrost poczucia szczęścia o 30% .

Dorastałam w małym mieście, gdzie więzi społeczne potrafiły były mocne, każde działanie miało swoich świadków i zainteresowanie. Czasami było to męczące, ale z perspektywy anonimowości wielkiego miasta widzę, że dawało poczucie zakorzenienia i przekonanie, że się liczę, że jestem częścią społeczności.

Po studiach trafiłam do podwarszawskiej malutkiej miejscowości, gdzie przez wiele lat brakowało mi wrażenia, że jestem we wspólnocie. Czasami czułam, jakby mnie nie było.

Coraz bardziej swoim życiem zaprzeczamy temu ważnemu biologicznemu popędowi – kiedyś bycie częścią grupy było jedyną opcją, która pozwalała przeżyć. Dzisiaj wydaje nam się, że możemy sobie dać radę sami, a jednak wewnętrznie obumieramy bez prawdziwego kontaktu z innymi, poczucia więzi, poczucia wspólnoty. Dalajlama ( w książce „Myśli płynące z serca”) przywołuje sondaż, który mówił o tym, że większość Amerykanów cierpi z powodu samotności.

Kiedy powstała Dojrzewalnia Róż, nagle okazało się, że grupa osób, z którymi czuję się blisko związana jest bardzo szeroka. To było jednocześnie ekscytujące i kojące doświadczenie – odnaleźć ludzi, którzy dzielą ze mną wspólną rzeczywistość – podobnie widzą świat, ekscytują ich rzeczy z podobnego obszaru, moje działania wzbogacały ich życie. Sama Dojrzewalnia wykiełkowała przecież ze spotkań w grupie kobiet, które dawały mi i Lucynie (mojej partnerce biznesowej) dużo wsparcia i dodawały odwagi, żeby ruszyć w świat i dzielić się tym, co nas inspirowało. Chciałyśmy, aby to doświadczenie – bycia akceptowaną, czerpania siły ze wspólnoty – poznało więcej kobiet. W tej chwili mija 9 rok naszej działalności i do tej pory kilkadziesiąt tysięcy kobiet przede wszystkim dzięki Festiwalowi PROGRESSteron miało okazję posmakować jak karmiące i dodające siły może być odnalezienie „swojego plemienia”. Zaczynamy wówczas pomału wierzyć, że nasze talenty mogą być potrzebne w świecie, że nasze pragnienia są ważne, że to, co nas ekscytuje i daje radość może być życiowym drogowskazem. Często jedyne, czego nam brakuje, to żeby po prostu ktoś w odpowiedzi na opowieść o naszych marzeniach powiedział – tak, musisz to zrobić, świat nie będzie pełny jeśli się na to nie odważysz. A jeśli powie tak grupa bliskich ludzi – nic już nas nie może powstrzymać.

Clarissa Pinkola Estes w książce „Biegnąca z wilkami” pisze: „(…) jeśli niepowtarzalna duchowa wrażliwość jednostki , która zarazem tworzy jej instynktowną i duchową tożsamość, znajdzie się w otoczeniu rozumiejącym i akceptującym, to człowiek czuje niezwykły przypływ sił życiowych. Odnalezienie własnej psychicznej rodziny daje człowiekowi siłę witalną i poczucie przynależności.”

Pamiętam jak żywo moment, kiedy usłyszałam o Europejskim Festiwalu Nonviolent Communication (Porozumienie Bez Przemocy). Zaintrygowana, zajrzałam na jego stronę www i to, co tam przeczytałam, wprawiło moje serce w ekscytujące drżenie. Nie mogłam uwierzyć, że istnieje w świecie duża grupa ludzi, która chce się kierować takimi wartościami jak: budowanie kontaktu w oparciu o potrzeby, empatia, wspólnota, akceptacja dla wszystkich uczuć i potrzeb. Chociaż na festiwalu nie było już miejsc, zrobiłam wszystko, żeby móc pojechać do Danii i doświadczyć tego, o czym przeczytałam. To było jak przybycie po wielu latach tułaczki do prawdziwego domu, haust orzeźwiającego powietrza. Od tamtej pory (a mija już 7 lat), międzynarodowe środowisko NVC to moje plemię, miejsce, w którym czuję się istotna, w którym kontakty z innymi przynoszą ogromną radość, a wspólne działania – podstawowe poczucie sensu. To dla mnie tak ważne, że przez wiele lat kilka razy w roku podróżowałam po Europie na kolejne spotkania i treningi (np. w niemieckie Alpy – samolot plus 4 przesiadki pociągowe), żadna odległość nie była zbyt duża, żeby potrzymać mnie od wyjazdu i cieszenia się spotkaniami tej mojej duchowej rodziny. W Dojrzewalni stworzyłyśmy Szkołę Komunikacji opartej na empatii oraz Studium Nonviolent Communication – w ten sposób mogłam mieć kontakt z trenerami NVC, a m. in. dzięki temu stopniowo i w Polsce zaczęła rosnąć grupa ludzi, która podziela te wartości, więc buduje się „lokalne plemię”. To daje mi dużo radości.

Kiedy w moim życiu pojawiła się córeczka – chociaż stworzyła mi się w ten sposób rodzina – paradoksalnie ogromnie wzrosło poczucie izolacji. Współczesny model opieki nad dziećmi postrzegam jako niezwykle ułomny – zarówno matka, jak i dziecko tracą możliwość przebywania w ważnej dla siebie grupie, spędzając nudny i frustrujący czas w domu. To dla mnie naprawdę trudne i próbuje różnych sposobów, aby zbudować swoje nowe plemię w tych warunkach. W mojej miejscowości próbowałyśmy rozkręcić grupę wsparcia dla mam małych dzieci – chociaż mam mieszka tutaj zatrzęsienie, na spotkania przychodziło 3-4. Trudno mi było to zrozumieć, bo dla mnie były one bardzo wspierające. Nie mogę już tak łatwo podróżować, więc tęsknota za przynależnością jest coraz większa – wygląda na to, że muszę w jakiś inny sposób wziąć sprawy w swoje ręce.

A czy wy macie swoją grupę, swoje plemię? A jeśli nie, to czy nosicie w sobie tęsknotę za poczuciem wspólnoty, byciem w swoim prawdziwym domu, wśród swoich? Czy macie wówczas pomysł jak zadbać o jej spełnienie?

Praktyka

a. Zorganizowanie rozwojowej grupy: ”Gdybym dorosła”.

Ubolewam, że tak rzadko mam okazję widywać i cieszyć się towarzystwem bliskich mi kobiet. To mogłaby być okazja to tego. Wybranie swoich praktyk rozwojowych miesiąca – na spotkaniu bezpośrednim, a potem co tydzień spotkanie na Skypie według formuły coachingowej (co jest teraz, co miałoby być, co mi przeszkadza to zrobić  – tutaj empatia od grupy, co  zrobię w następnym tygodniu ), wsparcie innych cotygodniowe dla swojego mini-projektu.

b. Prowadzenie tego bloga jest próbą zbudowania nowej grupy, postrzegającej podobnie świat.

c. Prowadzenie Programu  „Ambasadorzy Empatii” – daje duże poczucie działania w grupie, którą łączą podobne wartości, może jakaś akcja dla absolwentów albo przyszłych liderów grup empatii?

d. Powrót do lokalnej grupy kobiecej „Uwolnij moc” – poczucie osadzenia, przynależności do lokalnej społeczności

e. Od jakiegoś czasu tęsknię za tańcem, może przyłączenie się do jakiejś tańczącej grupy (warsztaty tańca, spotkania taneczne) połączyłoby dwie potrzeby – ekspresji poprzez ciało i poczucia wspólnoty?

f. Projekt pod roboczym tytułem „Dobra zmiana dla świata”, zaproszenie do udziału znajomych osób, o których wiem, że mają duży potencjał do przeprowadzenia takiej zmiany i chęć, by to zrobić.

Byłabym w kontakcie ze swoją miednicą

21 Paźdź

Wybrałam się ostatnio na warsztat „Medytacja miednicy”, który podczas Festiwalu PROGRESSteron prowadziła Joanna Kot. Choć krótki,  okazał się dla mnie dużą inspiracją.  Od dawna przeczuwam, że  miednica to miejsce szczególne, które ukrywa dużo skarbów.  Psychoterapeutka Joanna Kot potwierdzała to swoim doświadczeniem, przekonując, że regularny kontakt z tym obszarem poszerza granice osobiste i granice świata. Podczas medytacji naprawdę poczułam, jakby moje możliwości nagle się poszerzały, jakbym miała więcej dostępu do osobistej mocy. Fragment opisu tego warsztatu dobrze podsumowuje to, co przeżyłam: Ćwiczenia otwierające obszar miednicy są bardzo proste. Odczuwane skutki – zarówno natychmiastowe, jak i długofalowe (…) W miarę praktykowania zakres ruchów w obszarze miednicy poszerza się, a wewnątrz nas tworzy sie coraz więcej przestrzeni, aby żyć, tworzyć i kochać.

Zainspirowana i zaintrygowana postanowiłam praktykować tę medytację na co dzień – także dlatego, że taki kontakt ze sobą jest niesamowicie przyjemny. Stajemy na lekko ugiętych kolanach, tak, aby miednica zajęła centralne miejsce wzdłuż osi kręgosłupa (często zazwyczaj przyjmujemy inne ustawienie, które nie daje płynąć energii)., kręcimy lekko biodrami albo wykonujemy nimi ósemki w prawo i w lewo. Dla mnie najbardziej „płodna” okazała się medytacja ze świetlista kulą w miednicy, której robimy coraz więcej miejsca. W jej trakcie poczułam nagle jak wiele w życiu zależy ode mnie (i jak wiele z tego się pozbawiam przyjmując ograniczające przekonania innych np. na mój temat), a także zalała mnie fala miłości do mojego partnera i bliskich, a nawet do wszystkich ludzi.

Joanna twierdzi, że regularny kontakt z miednicą poszerza świadomość, pomaga nawet znajdować nieoczywiste odpowiedzi na frapujące nas życiowe kwestie czy decyzje, pomaga uwierzyć, że mamy prawo do spełnionego, tówrczego, pełnego miłości życia.

Oj, coś czuję, że będzie to moja ulubiona codzienna medytacja.


							

Przeprowadziłabym się ze świata braku do świata obfitości

21 Paźdź

Dlaczego? Bo koncentracja na braku sprawia, że nie mogę docenić tego, co już jest w moim życiu, więc żyję w ciągłym poczuciu niespełnenia, zarażając tą negatywną energią bliskich. Wciąż przebywam w przyszłości, pozwalając umysłowi łudzić się, że dopiero gdy zdarzy się to i to, będę mogła się ucieszyć, żyć w pełni, być ustasfakcjonowana. Oczywiście, jeśli to się zdarzy, umysł wykreuje kolejny warunek konieczny do szczęścia – tak to działa. Z jednej strony to naturalna tendencja umysłu, która pozwoliła nam jako gatunkowi przeżyć – bo jeśli potrzeba jest spełniona, to nie ma sensu biologicznego, aby poświęcać jej uwagę, czyli tracić na nią więcej energii niż to konieczne (więcej na ten temat znajdziecie w książce Ricka Hansona „Budda’s Brain”). Z drugiej jednak została w ten sposób naruszona jakaś ważna równowaga, ta tendencja nie pozwala kwitnąć naszym relacjom i nam samym.

Liv Larsson w swojej książce „Wdzięczność. Najtańszy bilet do szczęścia”  pisze o badanich naukowych, ktore pokazały, że gdy skupiamy się na pragnieniach, tęsknotach i potrzebach, procesy w naszym ciele przebiegają ineczej niz wówczas gdy koncentujemy sie na tym, czego nie chcemy lub z czego nie jesteśmy zadowoleni.

„Gdy skupiamy sie na wdzięczności i uznaniu, nasz mózg wysyła ciału zakodowane w tych substancjach życzenie, prosząc o wytworzenie hormonów dobrego samopoczucia. (…) Możemy zatem spojrzeć na uczucia jak na modlitwę o dobre samopoczucie i miłość, modlitwę, która stale nam towarzyszy. ”

Podczas kursu Ambasadorzy Empatii, proszę uczestników o przyjrzenie się swoim odczuciom, kiedy czytają dwa poniższe przykłady ujęcia tego samego pragnienia, raz w kontekście braku, a raz w kontekście obfitości. Pytania, kótre mają sobie zadać to: Przy którym ujęciu pojawia się w tobie wieksza motywacja, żeby dzialac w kierunku spełnienia potrzeby? A przy kórym spada twoja energia?

Jestem znudzona, bo moja potrzeba lekkości i humoru nie jest spełniona.

versus

Jestem znudzona bo tęsknię za lekkością i humorem.

Czuję się naprawdę przygnębiony, bo mojemu życiu brak poczucia sensu.

versus

Czuję się naprawdę przygnębiony, bo tęsknię za poczuciem sensu w moim życiu.

Niezmiennie mnie zadziwia jak takie proste przeformułowanie działa na motywację i poziom życiowej energii. Nada Ignjatovic, trenerka Nonviolent Communication wciąż i wciąż zwracała na to uwagę uczestników swoich warsztatów, ponieważ głęboko wierzyła, że orientacja na obfitość („tęsknię za…”, „pragnę takiej i takiej jakości”) pozwala mózgowi aktywnie szukać sposobów na zrealizowanie tęsknoty w naszym życiu, gdy tymczasem użalanie się nad tym czego mi brakuje („nie mam tego i tego”, „brakuje mi…”), pozbawia nas energii i utrwala niezadowalający stan rzeczy. Już samo to wystarczy mi jako motywacja aby jak najczęściej koncentrować się na jasnej stronie potrzeby. Oprócz zwiększonej szansy, że dana rzecz zaistnieje w moim życiu, dodatkowo takie stawianie sprawy naprawdę daje poczucie osobistej mocy, realnie czuję że biorę za siebie odpowiedzialność.

Kolejnym przyczynkiem, który zwiększa moje zaangażowanie w zmianę mojego nawyku koncentrowania się na braku jest spostrzeżenie Macieja Bennewicza z książki „Miłość toksyczna, miłość dojrzała. Coaching relacji „:  Osoba dojrzała komunikuje swojemu partnerowi: – Jestem bogaty. – Mam zasoby i umiejętności, żeby cię obdarowywać  – Chętnie się z tobą podzielę. – Wyrażam zgodę i chętnie zgadzam się na twoją odmienność. – Jak mogę cię wesprzeć? – Co mogę Ci ofiarować? – Czego potrzebujesz ode mnie?  Wówczas zmienia się także kierunek przepływu energii w relacji. Narcyz niemal wyłącznie chce brać, jest głodny, niezaspokojony, sfrustrowany brakiem. Obwinia  innych o swój  głód. Osoba dojrzała natomiast czuje się bogata. Wie, w jaki sposób bogactwo zdobyć i pomnożyć, jest gotowa dawać i nie oczekuje wdzięczności ani wynagrodzenia, gdyż przeżywa siebie jako osobę siedzącą u źródła. Zdaje sobie sprawę, że tym źródłem jest ona sama.”

Osoba siedząca u źródła, Mniam. Jak stać się taką osobą?

Praktyka

Bardzo inspirujace są dla mnie słowa Eckharta Tolle – Cokolwiek wydaje ci się, że świat ci odmawia – to ty odmawiasz tego światu. Nie wierzysz bowiem, że masz coś do dania, nie jesteś świadoma, że te rzeczy są już w tobie, tylko nie pozwalasz im zaistnieć na zewnąrz. Zachęcona przez Tolle, zamierzam skorzystac z jego propozycji i przez kilka tygodni dawać światu, to za czym tęsknię:  miłość, docenienie, spokój. Jeśli nie czujesz że masz te jakości w sobie – po prostu działaj jakbyś miał. Dopiero wówczas może przyjśc podobna odpowiedź ze świata. I przyjdzie, zapewnia Eckhart.

Praktyka

W Dojrzewalni Róż od dłuższego czasu promujemy wdzięczność jako sposób na szczęście. Elementem tej kampanii są „Kartki wdzięczności”, które można rozesłać do osób, którym jesteśmy za coś wdzięczne. Kiedy sama otrzymałam taką kartkę, było to bardzo karmiące doświadczenie, dodające energii i nadziei, wyobrażam sobie, jak ich przygotowywanie może wzmóc moje przekonanie, że żyję w świecie obfitości.

Praktyka

Zdałam sobie sprawę jak mało dzielę się z innymi tym, co mnie zachwyca w moim partnerze – a głównie opowiadam o rzeczach, które w jego zachowaniu są dla mnie wyzwaniem. Przez następny tydzień zamierzam opowiadać tylko o tym, co dobrego wnosi w moje życie, a tak w ogóle zadbać o to, by bardziej to doceniać na co dzień.

Tu przypomina mi się historia przytoczona przez Susan Jeffers w książce „The Feel the Fear Guide to Lasting Love”  o tym, jak zaczęła być prawie wdzięczna mężowi, że nie opuszcza deski sedesowej (wcześniej doprowadzało to do ciągłych spięć między nimi), gdy uświadomiła sobie jak wiele wnosi jego obecność w jej życie i że woli mieć to wszystko i podniesioną deskę niż odwrotnie.

Praktyka

I moje ulubione ćwiczenie, pochodzące z książki Susan Jeffers „End the Struggle and dance with Life” – policzenie „na ilu ramionach opiera się nasze życie”. Susan zwraca uwagę, że bardzo często wydaje nam się, że nasze sukcesy życiowe wypracowaliśmy sobie sami i proponuje zrobienie listy osób, które sprawiają/sprawiły, że nasze życie stało się łatwiejsze/bogatsze: poczynając od naszych rodziców, którzy nas wykarmili, opiekowali, ubierali; nauczycieli, którzy nas uczyli; pracodawców, którzy nas zatrudnili; naszych współpracowników; klientów, którzy kupili produkty naszej firmy; partnera, dzieci, przyjaciół, a kończąc na listonoszu, śmieciarzu, rolnikach, którzy wyprodukowali nasze jedzenie; kierowcach, którzy przywieźli je do naszego sklepu, itd., itp… Kiedy urodziłam córkę i zobaczyłam ile energii wymaga opieka nad takim małym człowiekiem, otworzyło się we mnie morze wdzięczności do mojej mamy, jednocześnie ta wdzięczność pozwala mi z radością służyć swoją energią córeczce – czuję się częścią większego łańcucha.

Przestałabym się poświęcać

3 Paźdź

Dla nikogo i dla niczego. Bo byłabym świadoma, że to wybór, za który ktoś musi zapłacić. Od 19 miesięcy opiekuję się moją córką. Wcześniej przez 5 miesięcy ciąży nie mogłam wstawać z łóżka. Zdałam sobie sprawę, że w sumie daje to dwa lata, podczas których możliwości swobodnego zaspokajania moich potrzeb były bardzo ograniczone. Z jednej strony to moja decyzja, z drugiej zmęczenie, obniżony nastrój i brak energii dały mi ostatnio do myślenia. Wybieram bycie z córką w domu – rezygnując z wielu ważnych potrzeb – ale płacimy za to obie – ona ma przy sobie nieszczęśliwą mamę (a w przyszłości ciężki bagaż, że matka poświęciła dla niej sporo radości), ja tracę poczucie, że żyję pełnią życia. Mój partner płaci poczuciem winy, moje przyjaciółki czasem, który poświęcają na słuchanie o mojej frustracji. Gdybym dorosła zadbałabym, aby lepiej to wszystko wyważyć. Dałabym sobie prawo aby zadbać o siebie. Przestałabym stosować wobec siebie oczekiwanie, że będę mamą idealną. Bo lepiej być mamą szczęśliwą. Jakby to mogło wyglądać w codziennym życiu? Na przykład tak, że dwa razy w tygodniu po powrocie mojego partnera z pracy zrobiłabym sobie wychodne, realizując w ten sposób potrzebę kontaktu z innymi (to jedna z moich najważniejszych potrzeb). Albo przestałabym gotować specjalnie dla niej. Zapisałabym się na kurs tańca. Częściej odwiedzałabym znajomych razem z córką. Raz w miesiącu zrobiłabym sobie weekend tylko dla siebie. Zadbałabym o czas na wypoczynek i relaks. Czasem prosiłabym koleżanki żeby posiedziały z małą. Wynegocjowałabym z partnerem, że chociaż 2 razy w tygodniu wraca wcześniej niż o 19 z pracy (no i co z tego, że stoi w korkach?), przestałabym kupować stwierdzenie, że mój partner „pomaga mi” w opiece nad dzieckiem – a bardziej forsowałabym stanowisko, że oboje jesteśmy za nie tak samo odpowiedzialni i konsekwencje takiego postawienia sprawy.

Czy Wy też macie takie obszary, gdzie się poświęcacie? W imię czego to robicie? Co mogłoby się zmienić gdybyście „dorosły”?