Byłabym dobrą matką. Według swojej definicji.

30 Sty

Być dobrą matką – która z nas tego nie chce? Tylko, co to w ogóle znaczy? Od dwóch lat, czyli odkąd urodziła się moja córka, próbuję odnaleźć się w gąszczu dziesiątek oczekiwań i zaleceń (często sprzecznych), które sprawią, że zasłużę na ten tytuł, a moje dziecko zyska szansę na udane życie.

W pewnym momencie ta presja osiągnęła już we mnie takie natężenie, że groziła utratą jakiejkolwiek radości z bycia matką.

Ekologiczne warzywa – zorganizuj co tydzień i zarób na nie, codziennie musi jeść świeżo ugotowane potrawy, najlepiej w pełni zrównoważone, z mięsem (koniecznie – inaczej grozi jej anemia – to mój pediatra;  absolutnie – to zbyt obciążające dla małego organizmu – to mój pediatra homeopata), szczepienia – najlepiej wszystkie dostępne – to mój pediatra;  żadne, albo jak najmniej – bo to zupełnie zniszczy jej odporność – to kilku lekarzy holistycznych, także pediatrów. Potrzeby – najlepiej spełniać wszystkie (Rodzicielstwo bliskości); trzeba dążyć, by zawsze znaleźć rozwiązanie pozwalające wziąć jej potrzeby pod uwagę na równi ze swoimi (Nonviolent Communication), lepiej nie spełniać wszystkich potrzeb, szczególnie gdy nie mamy na to najmniejszej ochoty, bo straci poczucie bezpieczeństwa i stanie się egocentryczna (terapeutka). Dbaj, by nie było jej zimno, ale jednocześnie uważaj, bo przegrzanie jest równie groźne. Organizuj jej kontakty z innymi, ale chroń przed chorobami. Bądź cały czas blisko, ale nie poświęcaj się dla niej. Już teraz pomyśl o najlepszym przedszkolu i szkole. I tak dalej, i tak dalej…

Zagubiłam się i kompletnie ugięłam pod naporem tych żądań, które starałam się spełniać jak najlepiej umiałam.

W przypływie desperacji pomyślałam, że w zasadzie i tak już wszystko stracone, bo nie nosiłam córki w blisko ciała przez pierwszych sześć miesięcy – i choć było to zdrowotnie  uzasadnione – to według Jean Liedloff, autorki Continuum Concept, marne są jej szanse, aby być pełnym radości, spełnionym wewnętrznie człowiekiem.

Nie urodziłam jej naturalnie, piersią karmiłam tylko rok (a nie co najmniej dwa i pół), nie gotuję jej według diety 5 przemian, czasami pozwalam jej jeść cukier i gotowe słoiczki,  nie potrafię bawić się z nią godzinami, monotonia siedzenia w domu doprowadza mnie na skraj depresji. Ach, i jeszcze pozwalam jej na pocieszanie się smoczkiem.

To tylko niektóre z moich matczynych przewin, ale w obliczu obecnego dyktatu zaangażowanej w pełni w wychowanie dziecka eko-mamy już wystarczy abym zupełnie pozbawiła się szans na tytuł „dobrej matki”, a nawet tylko „wystarczająco dobrej matki”.

Jednak ostatnie doświadczenia (pobyt z małą w szpitalu) zainspirowały mnie, aby na nowo i dla siebie stworzyć definicję „dobrej matki”.

Kiedy moją córkę dopadł rotawirus i przez trzy dni nie jadła i nie piła, początkowo wyobrażałam sobie jak cierpi podłączona do kroplówek, przy zmianie wenflonów, wymiotując, itd, i sama fundowałam sobie nie lada ból. Ale potem mnie olśniło – przypomniałam sobie jak Byron Katie opowiadała o towarzyszeniu cierpiącej osobie. To nie mnie tym razem boli, więc zamiast na przeżywaniu jej wyobrażonego bólu w swojej głowie, mogę się w pełni skupić na byciu przy niej i wspieraniu. Nosiłam ją więc w ramionach całymi godzinami, kontemplując, że oto jestem tu i teraz – cała skoncentrowana na tym, aby jej ulżyć, że nie mam żadnego pomysłu, iz powinnam byc gdzieś indziej, robić coś innego; świętując, że moja obecności i ciepło choć trochę jej pomagają w trudnym czasie. I tak pokazał mi się pierwszy fragment mojej definicji: dobra matka koncentruje się na wspieraniu cierpiącego dziecka a nie na przeżywaniu jego wyobrażonego bólu. I jakkolwiek to trudne, wiem, że jestem w stanie to zrobić, i że daje mi to siłę.

Drugi fragment pojawił się po przeczytaniu książki Gordona Livingstona „Jeszcze nie jest za późno”, a konkretnie jej fragmentu:

„Podstawowym celem rodziców, oprócz zapewnienia dzieciom bezpieczeństwa i miłości, jest przekazanie im pewności, ze można być szczęśliwym w niepewnym świecie, danie im nadziei.”

Jak mogę dać mojej córce nadzieję? Na pewno nie poprzez poświęcanie się.

  • A może poprzez pokazanie jej, że warto iść za swoim głosem, że warto pytać się, czego pragnę i to realizować?
  • Że warto stawać za swoimi potrzebami, choćby w drobnych sprawach (ale stawiając je na równi z potrzebami innych, a nie spełniając je ich kosztem)?
  • Że warto jest mieć pasję i się jej oddawać?
  • Że oprócz realizowania marzeń, warto jak najczęściej być tu i teraz?
  • Że można realizować marzenia pomimo lęku: przed oceną, przed odrzuceniem?
  • Że odczuwania miłości nie trzeba uzależniać od tego, czy ktoś spełnia nasze oczekiwania?
  • Że zawsze można zakwestionować myśli, które przynoszą cierpienie?
  • Że w życiu ważne jest nie tylko aby myśleć, ale także, aby tańczyć, dając przestrzeń temu w nas, co chce się wyrazić tu i teraz?
  • Że warto stawiać na kontakt z innymi i budować dużą sieć powiązań z innymi, bo to daje sens, radość i siłę?
  • Pokazując jej, jak jej życie już jest splecione z życiem wielu innych osób?
  • Pokazując jej, że krytyka innych to prawie zawsze wołanie o pomoc?
  • Pokazując jej, że ma w sobie jakości, za którymi tęskni i że jej życiowe spełnienie zależy w dużym stopniu od niej samej?
  • Pokazując jej, że może wzbogacać życie innych poprzez to kim jest.
  • Pokazując jej, że może prosić bez strachu o to, na czym jej zależy.
  • Pokazując, że empatia – wysłuchanie kogo bez oceniania, analizowania i dawania rad to jedna z podstaw dobrych  relacji

I to wszystko na moim przykładzie…bo inaczej przecież się nie da:-)

Wreszcie trzeci fragment – dobra matka nie oczekuje, że jej dziecko musi być szczęśliwe. A już w najgorszym razie, że musi być szczęśliwe, bo to warunek konieczny szczęścia matki. To zbyt wielki ciężar dla dziecka. A może ma ono po prostu przeżyć swoje życie w różnych odcieniach? Może z trudnych doświadczeń wyłoni się jego ścieżka życiowa? Chciałabym przekazać mojej córce, że trudne i przyjemne uczucia to tylko dwie strony tej samej monety – bycia człowiekiem. I że nie musimy się z nimi utożsamiać, lecz spokojnie się im przyglądać. Chciałabym po prostu przy niej być gdy przeżywa coś trudnego, tworzyć przestrzeń, by mogła być w tym sobą – w pełni wysłuchaną.

I czwarta część – chciałabym patrzeć z otwartością jak manifestuje się przez nią życie – bez zakładania statycznych okularów,  że jet taka i taka (nawet pozytywnie). Pisałam już o tym w odcinku pt. Nie mówiłabym mojej córce, że jest grzeczną dziewczynką

I jeszcze chciałabym ufać sobie jako matce, swojemu instynktowi. Nie dopasowywać siebie do rodzicielskich teorii tylko sprawdzać na ile teoria pasuje do życia i korzystać z niej gdy mnie wspiera, a nie robić z niej bicza na siebie.

Nie wygląda to na łatwą macierzyńską drogę, ale jakoś daje mi głęboki spokój i pewność, że to właśnie nią chcę podążać. Z jakim skutkiem – zobaczymy…

A czy Wy też szukacie swojej drogi i swojej definicji dobrej matki?

Advertisements

komentarzy 7 to “Byłabym dobrą matką. Według swojej definicji.”

  1. domi Styczeń 31, 2012 @ 9:29 pm #

    Ja na teraz widzę to tak, że gdybym dorosła, zobaczyłabym siebie jako dobrą matkę, doceniłabym się – JA sama… i udaje mi się to czasem w „lepsze” dni.
    A moja osobista recepta, to szanować swoje Dziecko (jego odrębność, uczucia, potrzeby) i być go autentycznie ciekawym. Mam takie zaufanie, że wtedy będzie wzrastał nawet zajadając się czasem niezdrowym jedzeniem:) i lżej mi z tym…przynajmniej teraz.
    Dając mu prawo do bycia takim jaki jest, reagowania po swojemu, patrzenia na świat, odczuwania, chcę dać sobie prawo do bycia taką mamą jaką jestem. Nie poradnikową, wielofunkcyjną, nieomylną, super-mamą, ale sobą. Przecież to właśnie mnie, prawdziwej potrzebuje mój syn. W końcu mnie wybrał:)

  2. Dominika Luty 24, 2012 @ 8:11 am #

    Witaj. Ja chciałabym przede wszystkim nie przyglądać się sobie w kategoriach dobra – zła. Chciałabym po prostu być dla moich dzieci. To dla mnie najważniejsze, by przyglądać się sobie w tym aspekcie i akceptować siebie. To trudne.
    Cieszę się, że piszesz – ciekawie i inspirująco. Dziękuję 🙂

  3. Iris Luty 24, 2012 @ 9:26 am #

    Dziękuję za tekst – bardzo mnie zainspirował.

    Jestem najlepszą matką, jaką potrafię być na teraz. Z całym stosem błędów i rozdrażnieniem, z rozterkami i bezradnością, ze śmiechem i głupawkami, z przytulaniem i zabawami w kraksy samochodowe.
    Oczekiwania.
    Najcięższe jarzmo, jakie sami sobie nakładamy. Nie sposób spełnić wszystkich – swoich, swojego dziecka, rodziców, przyjaciół, męża, społeczeństwa…
    Jak się spod tego jarzma uwolnić – nie będę udawać, że wiem i że mam złotą radę dobrą dla wszystkich.
    Chyba każdemu z tym trzeba się samodzielnie zmierzyć i znaleźć patent na stworzenie równowagi między tym co „moje” a co „nie-moje”.

  4. Krysia Luty 25, 2012 @ 11:38 am #

    Fajny tekst, inspirujący…mogłam w nim się widzieć odzwierciedlona, mam podobne pytania i przeszłam parę podobnych sytuacji. Jestem Mamusią chłopczyka 3 latka. Nie jest łatwo być obecną, wspierającą Mamą i pracować, dbać o tym aby nic nie brakowało dziecku, odpowiadać na wszystkie presje z środowiskowe (dziecko musi pójść na basen, angielski, sport, itd) dbać o swoim własnym rozwoju i jeszcze o związku, mieć czas dla partnera…nie raz robi się trochę za dużo, dzień ma tylko 24 godzin. Ale oceniam się jako szczęśliwą mamusią, nie wiem czy jestem dobrą ale wiem, że robię to co najlepiej mogę aby być obecną mamusią i nie przegapić te niepowtarzalne chwile w życiu mojego dziecka ale również rozwijam się zawodowo i uczę dziecku, że własny rozwój to też ważna sprawa.

  5. patiimac Marzec 28, 2012 @ 11:04 am #

    Moje córki dorastają i jest nam ze sobą naprawdę ciężko. Skupiłam się zatem na kilku ważnych dla mnie sprawach. Po pierwsze odpowiedzialność. Za wszystko, co robimy, jakie jesteśmy oraz, co bardzo ważne, dokąd zmierzamy. Po drugie uwaga skierowana na sprawy bliskich i domu. Jesteśmy ze sobą, dla siebie i dbamy o to, jak żyjemy. Po trzecie praca i pasja. Bez tego ze szczęścia nici.
    Codziennie staczam bitwy i drobniejsze potyczki. Jestem bezwzględna i konsekwentna. Właściwie mogę się przyznać: jestem bezlitosna.

    Choć zasadniczo nie wtrącam się do nauki czy przyjaźni, coraz częściej włącza mi się odruch „węszenia”: badam, obserwuję, podpytuję.

    Powtarzam sobie „tylko nie histeryzuj” oraz „oddychaj, oddychaj…”

    Pozdrawiam!

  6. lovespatient Kwiecień 1, 2012 @ 1:01 pm #

    Tak… Myślę bardzo podobnie, choć nie umiałabym ująć tego tak pięknie jak Ty. Dzięki.
    Jeszcze gdy byłam w ciąży powiedziałam sobie, że zawsze mam się trzymać myśli: „Problemy mojej Córki nie są moją winą” – bo wiem, że moja Mama obciążona poczuciem winy nie była w stanie przyjąć jakichkolwiek (nawet potencjalnych) moich problemów… A towarzyszenie w bólu, cierpieniu, przyjmowanie do wiadomości, że ktoś, kogo kochamy, może nie być szczęśliwy, to wielkie zadanie, które wymaga sił, a nie osłabiania się samodręczeniem.

  7. abagra Kwiecień 24, 2013 @ 7:43 pm #

    Twoja definicja, Ewo jest bardzo wspierająca kobiety w tych zwariowanych czasach. Tyle gadających głów… Cieszę się, że to napisałaś. Bardzo pomocne. Pozdrawiam

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: