Archive | Lipiec, 2012

Przestałabym udawać, że głód na świecie to nie moja sprawa

27 Lip

Czy gdybyś mógł z łatwością uratować tonące dziecko, zrobiłbyś to? – pyta profesor Peter Singer,  bioetyk, autor książki „Życie, które możesz ocalić”. Z pewnością prawie każdy odpowie na to pytanie „tak”. A jednak codziennie 24 tysiące dzieci umiera z powodu przyczyn związanych z głodem, którym można było zapobiec (dane UNICEF). W tym samym czasie ponad miliard ludzi żyjących w luksusie wydaje pieniądze na rzeczy, których tak naprawdę nie potrzebują.

Jeśli wydaje nam się, że cieszenie się luksusowym życiem to nie nasz przypadek, to warto zadać sobie kilka pytań: czy w ostatnich kilku dniach kupiłeś/łaś coś do picia, mimo, że w twoim kranie płynie woda zdatna do picia? Czy w ostatnich tygodniach wyrzuciłeś/łaś jaki produkt spożywczy, mimo że nie był jeszcze zepsuty? Czy kupiłeś/łaś ubranie, które miało tylko sprawić, że poczujesz się lepiej emocjonalnie? Cóż, jesli odpowiedziałeś/łaś „tak” przynajmniej raz, to oznacza, że masz się czym podzielić z tymi, kórzy nie mają dostępu nawet do podstawowych dóbr.

Kiedy czytamy doniesienia jak to Bill Gates czy Mark Zuckenberg przekazują połowę swoich dochodów na pomoc dobroczynną, często budzi to tylko poczucie własnej bezsilości i powoduje wzruszenie ramionami „No tak, ale oni mają z czego oddawać, a tylko wtedy taka pomoc ma sens.”

Wzdychamy nad losem głodujących mieszkańców Afryki, czasem nawet wzdrygniemy się i zapłaczemy nad zdjęciem afrykańskiej matki z wychudzonym synkiem na skraju śmierci głodowej w ramionach.  To straszne, a my nie możemy przecież nic zrobić. A potem idziemy do sklepu, żeby kupić nową sukienkę czy nową płytę, która ma sprawić, że poczujemy się choć odrobinę lepiej ze sobą. I robi to. Przez 10 minut.

Znacie to? Ja znam to dobrze. Często chciałabym pomóc, wesprzeć innych, którzy nie dzielą ze mną przywileju dostatniego, zachodniego życia, ale czuje się bezradna. Co ja jedna mogę zrobić? Jakie to miałoby znaczenie? To zmarnowane pieniadze. Przecież to nic nie zmieni, bo chodzi o rozwiązania systemowe, na które nie mam wpływu. A jednak to wielkie kłamstwo, które powtarzam sobie od lat. I dojrzałam do tego, żeby przestać w nie z wygodnictwa wierzyć.

Bo kiedy ja z zadowoleniem robię nadmiarowe zakupy w supermarkecie, ktoś w tej właśnie chwili naprawdę umiera z głodu. I to nie dlatego, że „nie chce mu się pracować”, ale dlatego, że takiej ani żadnej innej opcji poprawienia swojego życia po prostu nie ma.

Często trudno nam zobaczyć i uznać tę naszą wyższą rangę.

Według Arnolda Mindell’a, twórcy psychologii zorientowanej na proces (POP), rangi to zestaw przywilejów, odziedziczonych lub nabytych, których najczęściej nie jesteśmy świadomi. A brak tej świadomości sprawia, że patrzymy z góry na tych, którzy mają mniejsze możliwości, marginalizujemy ich frustrację, wyzwania i cierpienie.

W wywiadzie dla Gazety Wyborczej (21-22 Lipca 2012) Peter Singer mówi o tym, że według niego „ludzie z bogatych narodów mają mocne moralne zobowiązanie żeby zrobić coś, co poprawi życie ludzi w krajach bardzo biednych”. Opowiada o tym, że dzieje się to na poziomie pomocy rządowej, ale często jeszcze skuteczniejsza jest pomoc indywidualna. (!) Szczególnie, gdy przyjmuje formę wsparcia finansowego dla organizacji, kóre skutecznie, omijając rządowe biurokracje, pomagają w miejscach, które tego najbardziej potrzebują: tam, gdzie nie ma dostępu do wody pitnej, do opieki zdrowotnej, do edukacji. Singer napisał na ten temat książkę „Życie, które możesz ocalić” i stworzył stronę internetową (www.thelifeyoucansave.com), gdzie każdy może zobowiązać się, ile ze swojego dochodu przeznaczy na wsparcie tych, którzy cierpią z powodu skrajnej nędzy czy braku dostepu do innych zasobów. Do tej pory ponad 13 tysięcy osób zadeklarowało około 66 mln dolarów. Singer podaje na stronie organizacje, które uważa za najbardziej efektywne w zmienianiu rzeczywistości potrzebujących. To dla mnie inspirujące. Zdecydowanie zmniejsza moje poczucie bezradności w tej sprawie i pokazuje jasne ścieżki działania.

Gdy mamy do czynienia z grupą w potrzebie zbyt liczną, aby nasza pomoc mogła pomóc jej jako całości, włącza się w nas psychologiczny mechanizm, który ocenia taką pomoc jako daremną. Dodatkowo wchodzą tu w grę nasze przekonania: bieda na świecie jest nieuleczalna, bezdenna, bedzie zawsze, moja pomoc byłaby tylko niewidzialną kroplą w ogromnym morzu potrzeb. Na stronie www.thelifeyoucansave.com obejrzałam 3-minutowy filmik (bardzo, bardzo polecam), który rozprawia sie z tymi mitami. Otóż liczbę osób żyjących w skrajnej biedzie na całym świecie można zmniejszyć o połowę  przy budżecie rzędu 125 mld dolarów rocznie. Czy to dużo? Cóż, Amerykanie wydają rocznie 116 mld dolarów tylko na napoje alkoholowe…  Aby pomóc, nie musimy przekazać 50% swoich dochodów: wystarczy 5, a nawet 1%. A jeśli myślisz, że to kropla w morzu, wyobraź sobie, że to życie twojej córki czy syna jest tą kroplą… Dla ludzi, którzy dzieki pomocy donatorów uratowali życie swoich dzieci ta kropla ma kluczowe znaczenie.

Rok temu na zaproszenie Dojrzewalni przyjechała do Polski Miki Kashtan z USA, trenerka metody Nonviolent Communication. Niezwykle bliska jej sercu jest idea, aby potrzeby wszystkich ludzi mogły być brane pod uwagę i zaspokajane. Po warsztacie, który prowadziła w Warszawie pojechałyśmy odpocząć do Konstancina, miejscowości uzdrowiskowej pod stolicą. Spacerowałyśmy wśród wykwintnych rezydencji, z których wiele ma pewnie ponad 1000 metrów kwadratowych, niektóre korty tenisowe czy prywatne stawy. W pewnym momencie Miki podzieliła się swoją refleksją: zastanawiało ją jak bardzo trzeba się znieczulić i czuć się oderwanym od innych ludzi, żeby nie widzieć, że korzystanie z tego bogactwa w pewnym sensie odbywa sie kosztem kogoś, kto nie ma dostępu do zaspokajania podstawowych potrzeb. I nie ma znaczenia, że ktoś doszedł do swojego majątku ciężką pracą.

Nie dajmy się też zwieść złudzeniu, że rzecz dotyczy tylko najbogatszych. Jeśli mieszkam w państwie, w którym panuje pokój, mam codziennie co jeść, w moim kranie płynie zdatna do picia woda, moje dzieci uczą się w czytać i pisać,  w perspektywie mają bezpłatne studia, a moim salonie stoi telewizor, to dostał mi się  przywilej, jaki milionom ludzi na świecie się nie trafił. Uznanie tego jest chyba pierwszym krokiem, aby poczuć, ze chcę się tym podzielić z innymi, kórzy tego szczęścia nie mieli. To wyzwanie w Polsce, gdzie skupiamy się raczej na tym, czego nam brakuje i lubimy sie czuć ofiarami sytuacji.

A co z przekonaniem, że moje jednostkowe wysiłki nie mają wpływu na zmianę świata? Coż, wystarczy chyba zdać sobie sprawe, że większość z nas, jednostkowo korzystając z Facebooka, przyczyniła się do zbudowania wielomilardowego majątku Marka Zuckenberga. Tak samo, każda złotówka, którą mądrze przekażemy organizacjom, posiadajacym do dokonania takiej zmiany kompetencje i doświadczenie, łączy się koronami, euro czy dolarami i  naprawdę przebudowuje świat. Jak proponuje Peter Singer – „zapomnij o kropli, razem tworzymy falę!”. Wspólnie możemy ocalić niejedno życie.

Praktyka

Zobowiązuję się, że 5% swoich rocznych dochodów przekażę na pomoc najbardziej potrzebującym na świecie. Warto takie zobowiązanie podjąć publicznie, np.  za pośrednictwem strony www.thelifeyoucansave.com. Badania nad psychologicznymi aspektami dobroczynności wskazują bowiem, że mamy o wiele silniejszą motywację do dzielenia sie swoimi zasobami, gdy widzimy, że czynią to inni. Dlatego też dzielę się tą informacją z Wami. Skorzystałam ze wspomnianej strony, żeby złożyć zobowiązanie i od razu przejrzałam listę organizacji pomocowych rekomendowanych przez Petera Singera jako najbardziej skuteczne. Moją uwagę zwrociła ta o nazwie Jolkona, ponieważ tutaj zawsze dostajemy informację jak nasza dotacja została wykorzystana – np. nazwiska osób, które nasza dotacja pomogła żywić przez 3 tygodnie albo nazwisko i historię kobiety z Sudanu, która dzięki naszej wpłacie otrzymała ziarno na obsianie pola, z którego plony wystarczą na wyżywienie jej rodziny przez pół roku.

Dla mnie to bardzo motywujące. Działa co najmniej potrójnie – jest remedium na naszą psychologiczną niechęć do pomagania ogólnie zdefiniowanym grupom; buduje połączenie z ludźmi, którym pomagamy oraz daje poczucie prawdziwego sensu naszej wpłaty – widzimy różnicę, jaką ona wnosi w czyjeś życie. Wow. Krótko po dokonaniu dotacji na wybrane przeze mnie projekty poszłam na zakupy i nie nie byłam w stanie kupić połowy zaplanowanych rzeczy. Od razu przeliczałam je na dolary i na to jak bardzo mogłyby one wesprzeć potrzebujące osoby. Opcje są najróżniejsze: od wpłaty na żywność dla głodujących w Somalii (150$ dla 6-osobowej rodziny na 3 tygodnie), zakup narzędzia potrzebnego do skonstruowania systemu dostarczającego wodę w Kenii (45$) czy kupienia kawałka ziemi farmerce z Sudanu (500$), przez ufundowanie miesięcznego czynszu mlodzieży urodzonej w slamsach w Boliwii (125$), która zakłada sieć kafejek internetowych,  po opłacenie nauki zdrowego zbilansowanego odżywiania dzieci przy istniejących ograniczeniach w Nepalu (45$). I wiele, wiele innych palących potrzeb. Bardzo zachęcam do przejrzenia bazy potencjalnych dotacji w serwisie Jolkona – działa na wyobraźnię! Bardzo też sobie cenię działalność Polskiej Akcji Humanitarnej – na pewno niesie bardzo wymierna pomoc potrzebującym.

Praktyka

Co roku przekazuję pieniądze Wojtkowi Pęczkowi z City Bum Bum, który na trzy miesiące wyrusza z ekipą entuzjastów gry na djembe do Afryki, dostarczając przy okazji mieszkańcom wioski, która ich gości potrzebnych leków i innych niezbędnych rzeczy. Tutaj też czuję wymierny sens takiej pomocy. Jest też w tym wiele lekkości – Wojtek przekazał mi ostatnio informację, że kilku mieszkańców chętnie by się ze mną ożeniło 🙂 I sporo wzruszenia – bliskością, którą czuję gdy Wojtek opowiada o radości  z podarunków i życiu wioski.

Chciałabym praktykować dalej to wsparcie i mam nadzieję, że Wojtek będzie kontynuował swoje wyprawy. Gdyby ktoś chciałby się włączyć: www.citybumbum.pl

Praktyka

Rozwijać w sobie chęć do dzielenia się z innymi i poczucie, że jesteśmy współzależni – my, wszyscy ludzie. Miki Kashtan zwraca uwagę, iż to, że posługujemy się pieniędzmi zasłania nam fakt, że bez innych byśmy nie przeżyli albo nie mogli zaspokajać podstawowych nawet potrzeb. To dobry punkt wyjscia w tej refleksji.

W naszej kulturze wiele uwagi poświęca sie temu ile przyjemności niesie ze sobą otrzymanie lub skonsumowanie czegoś, tymczasem jest to satysfakcja krótkotrwała, ulegająca szybkiemu zobojętnieniu wskutek efektu hedonistycznej adaptacji (szybko przyzwyczajamy sie do tego, co dobre, nawet jeśli długi czas o tym marzyliśmy). Biorąc to pod uwagę, satysfakcja płynąca z dawania i wspierania innych jest naprawdę niedoceniania – trwa o wiele dłużej, daje poczucie sensu, buduje nasze poczucie wartości i sprawczości.

Przypomina mi się historia przytoczona w jednej z książek przez Susan Jeffers – kiedy syn jej przyjaciółki zapytał o radę, co mógłby podarować swojej dziewczynie z okazji Walentynek, ta zasugerowała, że mógłby wraz z sympatią pojść do domu starców i wręczyć każdemu mieszkańcowi różę. Kiedy to zrobili –  poruszona dziewczyna zakochała sie w nim po uszy – było to dla nich niezwykle inspirujące doświadczenie jak to jest dawać. Czy nie byłoby warto stać się przykładem dla naszych wychowywanych w kulturze konsumpcji dzieci, ile radości może przynieść dzielenie się z innymi i wzbogacanie ich życia?

Wczoraj byłam na spotkaniu założycielskim lokalnego systemu wymiany w Warszawie i okolicach. W pewnym momencie prowadzący poprosili o zadeklarowanie (w ramach ćwiczenia), co chcielibyśmy zaoferować innym, a czego moglibyśmy potrzebować. To doświadczenie pokazało mi jak wiele jako społeczność mamy do zaoferowania, i poczułam jak bardzo taki system mógłby budować siłę i więzi międzyludzkie w lokalnej wspólnocie.

Praktyka

W zwiększaniu chęci dzielenia się pomocne może być praktykowanie współczucia, a nawet współodczuwania. Dalajlama powiedzial:  „Jeśli chcesz, by inni byli szczęśliwi, praktykuj współczucie. Jesli chcesz byc szczęśliwy, praktykuj współczucie.”

Warto pytać się: „Jakbym się czuł/a, gdybym nie mogła nakarmić mojego głodującego dziecka, gdybym nie miał/a dostępu do pitnej wody? Gyby moje podstawowe potrzeby nie mogły być spełnione, a przy okazji wiedziałbym, że inni ludzie mają zasobów w nadmiarze?

Warto też praktykować zaczerpniętą z buddyzmu medytację miłującej dobroci – naprawdę otwiera serce, pozwala przekorczyć poczucie oddzielenia od innych.

Praktyka

Budowanie swojego poczucia wartości, siły i ukorzenienia.

Dlaczego to ważne w tym kontekście? Wiele naszych zasobów, które mogłyby skutecznie zwalczać skrajną nędzę i głód na świecie jest przeznaczanych na nieudolne podbudowywanie naszych ego – ale żadne protezy w rodzaju nowego luksusowego samochodu czy nowych olśniewających kolczyków i tak nie zbudują w nas miłości do siebie, a dodatkowo przyczynią się do zniszczenia środowiska. Warto zdać sobie z tego sprawę od czasu do czasu i zapytać siebie – czy teraz wydaję pieniądze w sposób, który służy mnie i innym? A jeśli nie, to czy mogę je wydać w lepszy sposób, ku długoterminowej satysfakcji mojej i wielu ludzi?

Czy łatwo się Wam jest dzielić z innymi? Czy widzicie w tym sens? Podzielcie sie prosze swoimi pomyslami i odczuciami na ten temat.

Usunęłabym ze swojego słownika etykietę „dziecko”

18 Lip

Dyskryminacja ze względu na płeć, rasę czy pochodzenie wciąż istnieje, ale przynajmniej  nie jest poprawna politycznie, a czasami jest ścigana przez prawo. Tymczasem dyskryminacja ze względu na młody wiek jest stosowana i akceptowana jak świat długi i szeroki. Wystarczy, że myślę o kimś jako o „dziecku”, a  już nie obowiązują mnie zasady, które stosowałabym/stosowałbym  z innymi ludźmi. Dotarło to do mnie bardzo mocno, kiedy dziś rano mój partner wyjął naszą śpiącą córkę z łóżeczka i zaniósł do niani. Cóż, z pewnego punktu widzenia sprawa wydaje się oczywista – tak się przecież robi z dzieckiem. Ale mnie na ten widok aż rozbolał brzuch, a ponieważ to jest to dla mnie zawsze sygnał, że ważne dla mnie wartości nie są respektowane, postanowiłam się temu bliżej przyjrzeć.

Wyobraziłam sobie, jak sama bym się czuła, gdyby słodko śpiącą ktoś nagle poderwał mnie z łóżka i wyniósł do innego pokoju – szok, prawda? Czy ktoś odważyłby się to zrobić (pomijając różnicę wagi między mną a moją córką;-)? Raczej nie – trudno nie poczuć, że byłoby to naruszenie moich granic i początek wielkiej afery, gdy stanęłabym w swojej obronie. Tymczasem gdy dziecko zaczyna w takiej sytuacji płakać – co jest dla niego jedyną dostępną formą wyrażenia szoku, oburzenia i niezgody – staramy się jeszcze spacyfikować ten płacz, mówiąc mu, że nic się przecież nie stało i jest przewrażliwione, niegrzeczne, itp. Tyle objawów braku podstawowego szacunku jednocześnie, a nikt – oprócz dziecka oczywiście – nie zauważa, że dzieje się coś złego. Jaki przekaz dostaje od nas mały człowiek? Nie jesteś na tyle ważny, aby szanować twoje potrzeby i granice. Ktoś, kto jest od ciebie silniejszy, może zrobić z tobą co mu się podoba. To dla mnie ewidentny przykład nieuświadomionych rang w działaniu – bezrefleksyjnie korzystamy ze swojej siły i przywilejów kosztem innego człowieka, który ma bardzo ograniczone sposoby, aby się przed tym bronić. Pisałam o tym dużo w odcinku „Byłabym świadoma swoich rang”

Marshall Rosenberg, twórca metody Nonviolent Communication (Porozumienie Bez Przemocy), twierdzi, że etykieta „dziecko” jest jedną z gorszych, którą można innemu człowiekowi przykleić. Dla niego dziecko tylko tym różni się od dorosłego, że ma mniej wiedzy i doświadczenia. Ale wszystkie inne prawa jak najbardziej. Proponuje prosty test – czy zachowałbyś się podobnie w tej samej sytuacji, gdyby chodziło o twojego sąsiada? Bardzo często odpowiedź będzie oczywista – „nie”.

Czy wyobrażacie sobie, że na siłę wkładacie sąsiadowi/partnerowi czy jakiemukolwiek dorosłemu łyżkę zupy, choć zdecydowanie odmawia, że na siłę myjecie mu zęby? że wkładacie mu sweter choć krzyczy, że tego nie chce? że przypinacie go w wózku, choć się wyrywa? zamykacie w pokoju na tyle minut ile ma lat, bo powiedział niecenzuralne słowo albo głośno płacze, domagając się czegoś? wyłączacie nagle i bez negocjacji telewizor, choć chce dalej oglądać program, i tak dalej, itp. Wszystko to wydałoby się oczywistym naruszeniem jego wolności i nietykalności, po prostu nieakceptowalną przemocą. Dlaczego nie wydaje nam się tak w stosunku do dzieci?

Agnieszka Stein w książce „Dziecko z bliska” pisze o potrzebie autonomii jako jednej z najważniejszych potrzeb rozwojowych małego człowieka (tak, jak i dorosłego). Każdy chce czuć, że ma wpływ na otaczającą go rzeczywistość i może podejmować decyzje, które go dotyczą. Dopiero jej lektura naprawdę pomogła mi się wczuć w sytuację dziecka i w to, jak niewiele ma ono możliwości zaspokajania tej kluczowej potrzeby: „Jak wiele decyzji zapada poza dzieckiem, niejako ponad jego głową. Jak mało ma wpływu na to, co się z nim dzieje, gdzie ma iść, co może zjeść, z kim będzie przebywać.” Tymczasem możliwość takiego decydowania sprzyja też zaspokojeniu potrzeby bezpieczeństwa małego człowieka – jak pisze Agnieszka Stein: „Próbuje doświadczyć, tego że może samo budować sobie bezpieczeństwo wewnętrzne w oparciu o poczucie własnej skuteczności i wpływu na rzeczywistość, a niekoniecznie w oparciu o bliskość i zachowanie opiekuna. (…) Zaczyna od wprowadzania porządku w sposób, który samo jest w stanie zrozumieć. Domaga się decydowania o tym, którą drogą pójdzie na spacer albo kto pomoże mu przy zakładaniu butów. Chce naciskać guziki w windzie i denerwuje się, gdy mama nie po kolei odkłada zabawki na półkę. I jeszcze chce wybierać krzesło, na którym usiądzie i kubek, z którego się napije.” Gdy to sobie uświadamiam, budzi się we mnie autentyczne współczucie i chęć udzielenia córce jak największego wsparcia w zaspokajaniu tej potrzeby.

I boli mnie, kiedy słyszę, gdy inni w odpowiedzi na naturalną chęć dziecka do decydowania o sobie, nazywają to „chęcią rządzenia”, którą trzeba jak najszybciej ukrócić. Lekarka pediatra, u której byliśmy ostatnio z wizytą zasugerowała nam tonem nieznoszącym sprzeciwu, że konieczna będzie wizyta u psychologa dziecięcego, bo dziecko „nami rządzi”. A chodziło o to, że moja córka nie dawała sobie zdjąć bluzeczki do badania i próbowaliśmy dać jej empatię i powiedzieć dlaczego to ważne (co zadziałało).

Tymczasem respektowanie granic dziecka ma olbrzymie konsekwencje. Jak  pisze Agnieszka Stein: „Dziecko, którego granice są poważnie traktowane od samego początku uczy się:

  • rozpoznawać swoją odrębność
  • dbać o siebie w zdrowy sposób
  • współpracować i rezygnować z niektórych swoich potrzeb w imię równowagi i potrzeb innych ludzi
  • protestować za każdym razem, kiedy czuje, że ktoś narusza jego granice

Praktyka

Jak najczęściej sprawdzać, czy nie narzucam córce pewnych rozwiązań tylko dla swojej wygody, bez uwzględniania jej potrzeb. Zaangażować się w empatyczny dialog, gdy nasze strategie się różnią i kreatywne szukanie satysfakcjonujących dla nas obu rozwiązań.

Praktyka

Rzucać wyzwanie swoim granicom. Jasne, że wolę, żeby było czysto, ale czy czasem nie będzie frajdą dać dziecku porozrzucać okruszki albo pomalować stolik? Albo razem zrobić twórczy bałagan, wyrywając się z ograniczających przekonań, że tego się nie robi?

Praktyka

Organizować córce jak najwięcej okazji do wyboru tego, co będzie dla niej odpowiednie. I świętować jak korzysta z tych okazji, budując swoje poczucie mocy. Agnieszka Stein pisze, iż „warto przyjąć zasadę, że zakazy powinny obejmować absolutne minimum. Tak naprawdę to, co jest konieczne, żeby dziecko przeżyło, nie zrobiło nikomu krzywdy i nie zdemolowało otoczenia. A także to, co wynika z potrzeb rodziców”. Unikać tzw. pozornego wyboru, który jest niczym więcej niż techniką manipulacji („Chcesz te spodnie czy te?”, gdy nie chce założyć spodni)

Praktyka

Wziąć odpowiedzialność za swoje potrzeby w relacjach z córką. Świetny artykuł na ten temat napisała niedawno Joanna Berendt (Co znaczy „Nie wolno”?).  Zamiast „nie wolno”, „nie można”, chciałabym mówić o tym, dlaczego czegoś nie chcę. Albo dlaczego czegoś chcę. Granice budować w oparciu o swoje potrzeby: „Nie chcę, nie podoba mi się, nie lubię, ważne jest dla mnie bezpieczeństwo innych (gdy np. nie działa prośba o zaniechanie rzucania klockami i je chwilowo zabierzemy poza zasięg dziecka)”.  To działa. Kiedy naprawdę głęboko czuję, że nie chcę zrobić czegoś, na co namawia mnie córka, powiedzenie „nie” jest proste i nie buduje napięcia ani we mnie, ani w niej. Dużo łatwiej jest wówczas opowiedzieć mi, z czego to we mnie wynika. I szukać na spokojnie rozwiązania, które będzie dobre dla niej i dla mnie. Tak samo, gdy zależy mi na tym, aby ona czegoś nie robiła w konkretny sposób, albo coś zrobiła. Mogę przeznaczyć energię na wielokrotne zmuszanie jej do czegoś, czego nie chce, ryzykując jakość naszej relacji i jej zaufania do mnie albo tę samą energię przeznaczyć na rozmowę, w której opowiem o swoich potrzebach i pomogę córce wyrazić swoje. A potem uruchomić kreatywność i czasem zmienić strategię na taką, która połączy nasze potrzeby.

Scott Noelle, autor www.enjoyparenting.com  i Daily Groove, inspirującego serwisu dla rodziców, pisał ostatnio o tym, by szukać głębiej, i przywoływał przykład, gdy dziecko chce skakać po kanapie przyjaciela, a my chcielibyśmy uszanować jego własność i jej nie zniszczyć. Możemy wówczas zastanowić się, jakiego doznania szuka mały człowiek – może chodzi o doświadczenie w nowy sposób grawitacji? A jeśli tak, to czy możemy pokazać mu, gdzie indziej może skakać bezpiecznie dla siebie i dla rzeczy przyjaciela?

Praktyka

Czasami wiadomo: nie da się ustrzec działania wbrew woli małego człowieka – choćby gdy wyrywa się na ulicy i na siłę bierzemy go za rękę, przytrzymując wbrew woli na chodniku. W Nonviolent Communication nazywamy to „ochronnym użyciem siły”. Ale i wówczas bardzo ważny jest szacunek – kiedy minie zagrożenie opowiadamy dziecku, dlaczego zdecydowaliśmy się na takie działanie i wysłuchujemy empatycznie jakie były jego emocje i potrzeby w tej sytuacji przymusu.

Praktyka

Jak najczęściej stawiać się w sytuacji mojej córki, gdy o niej decyduję. Jak ja bym się czuła na jej miejscu? Jeśli źle, to czy mogę znaleźć rozwiązanie, przy którym uszanuję jej granice i jej potrzeby, nie zapominając o swoich?

Praktyka

Przestać myśleć o mojej córce jako o moim dziecku, a zacząć postrzegać ją jako samodzielną istotę ludzką, która ma takie same prawa jak ja i inni dorośli. Także do decydowania co jest dla niej dobre (poza sytuacjami z zagrożeniem życia), kiedy i co ma zjeść, jak się ubrać, itp. Oczywiście nie pozbawia mnie to możliwości wyrażania swojego zdania i przekonywania jej do zmiany decyzji – jeśli widzę dodatkowe aspekty sytuacji, których ona nie dostrzega (tak, jak z każdym innym człowiekiem).

Praktyka

Uważać na niewidoczną przemoc, która wynika z nadawania dziecku etykiet: grzeczna, posłuszna, łobuz, leniwa, niewdzięczny, mało bystry – te wszystkie określenia wyrażają na ile dziecko spełnia nasze oczekiwania i jednocześnie mogą stać się wielkim życiowym bagażem. Pozbawiają małego człowieka kontaktu ze swoją potrzebą wzbogacania życia innych i programują go na zenątrzsterowność  – zależność od pochwał i krytyki innych. Więcej na ten temat pisałam w odcinku „Nie mówiłabym swojej córce, że jest grzeczną dziewczynką”. 

Jestem bardzo ciekawa, czy macie jeszcze inne pomysły na taki rodzicielski rozwój.