Usunęłabym ze swojego słownika etykietę „dziecko”

18 Lip

Dyskryminacja ze względu na płeć, rasę czy pochodzenie wciąż istnieje, ale przynajmniej  nie jest poprawna politycznie, a czasami jest ścigana przez prawo. Tymczasem dyskryminacja ze względu na młody wiek jest stosowana i akceptowana jak świat długi i szeroki. Wystarczy, że myślę o kimś jako o „dziecku”, a  już nie obowiązują mnie zasady, które stosowałabym/stosowałbym  z innymi ludźmi. Dotarło to do mnie bardzo mocno, kiedy dziś rano mój partner wyjął naszą śpiącą córkę z łóżeczka i zaniósł do niani. Cóż, z pewnego punktu widzenia sprawa wydaje się oczywista – tak się przecież robi z dzieckiem. Ale mnie na ten widok aż rozbolał brzuch, a ponieważ to jest to dla mnie zawsze sygnał, że ważne dla mnie wartości nie są respektowane, postanowiłam się temu bliżej przyjrzeć.

Wyobraziłam sobie, jak sama bym się czuła, gdyby słodko śpiącą ktoś nagle poderwał mnie z łóżka i wyniósł do innego pokoju – szok, prawda? Czy ktoś odważyłby się to zrobić (pomijając różnicę wagi między mną a moją córką;-)? Raczej nie – trudno nie poczuć, że byłoby to naruszenie moich granic i początek wielkiej afery, gdy stanęłabym w swojej obronie. Tymczasem gdy dziecko zaczyna w takiej sytuacji płakać – co jest dla niego jedyną dostępną formą wyrażenia szoku, oburzenia i niezgody – staramy się jeszcze spacyfikować ten płacz, mówiąc mu, że nic się przecież nie stało i jest przewrażliwione, niegrzeczne, itp. Tyle objawów braku podstawowego szacunku jednocześnie, a nikt – oprócz dziecka oczywiście – nie zauważa, że dzieje się coś złego. Jaki przekaz dostaje od nas mały człowiek? Nie jesteś na tyle ważny, aby szanować twoje potrzeby i granice. Ktoś, kto jest od ciebie silniejszy, może zrobić z tobą co mu się podoba. To dla mnie ewidentny przykład nieuświadomionych rang w działaniu – bezrefleksyjnie korzystamy ze swojej siły i przywilejów kosztem innego człowieka, który ma bardzo ograniczone sposoby, aby się przed tym bronić. Pisałam o tym dużo w odcinku „Byłabym świadoma swoich rang”

Marshall Rosenberg, twórca metody Nonviolent Communication (Porozumienie Bez Przemocy), twierdzi, że etykieta „dziecko” jest jedną z gorszych, którą można innemu człowiekowi przykleić. Dla niego dziecko tylko tym różni się od dorosłego, że ma mniej wiedzy i doświadczenia. Ale wszystkie inne prawa jak najbardziej. Proponuje prosty test – czy zachowałbyś się podobnie w tej samej sytuacji, gdyby chodziło o twojego sąsiada? Bardzo często odpowiedź będzie oczywista – „nie”.

Czy wyobrażacie sobie, że na siłę wkładacie sąsiadowi/partnerowi czy jakiemukolwiek dorosłemu łyżkę zupy, choć zdecydowanie odmawia, że na siłę myjecie mu zęby? że wkładacie mu sweter choć krzyczy, że tego nie chce? że przypinacie go w wózku, choć się wyrywa? zamykacie w pokoju na tyle minut ile ma lat, bo powiedział niecenzuralne słowo albo głośno płacze, domagając się czegoś? wyłączacie nagle i bez negocjacji telewizor, choć chce dalej oglądać program, i tak dalej, itp. Wszystko to wydałoby się oczywistym naruszeniem jego wolności i nietykalności, po prostu nieakceptowalną przemocą. Dlaczego nie wydaje nam się tak w stosunku do dzieci?

Agnieszka Stein w książce „Dziecko z bliska” pisze o potrzebie autonomii jako jednej z najważniejszych potrzeb rozwojowych małego człowieka (tak, jak i dorosłego). Każdy chce czuć, że ma wpływ na otaczającą go rzeczywistość i może podejmować decyzje, które go dotyczą. Dopiero jej lektura naprawdę pomogła mi się wczuć w sytuację dziecka i w to, jak niewiele ma ono możliwości zaspokajania tej kluczowej potrzeby: „Jak wiele decyzji zapada poza dzieckiem, niejako ponad jego głową. Jak mało ma wpływu na to, co się z nim dzieje, gdzie ma iść, co może zjeść, z kim będzie przebywać.” Tymczasem możliwość takiego decydowania sprzyja też zaspokojeniu potrzeby bezpieczeństwa małego człowieka – jak pisze Agnieszka Stein: „Próbuje doświadczyć, tego że może samo budować sobie bezpieczeństwo wewnętrzne w oparciu o poczucie własnej skuteczności i wpływu na rzeczywistość, a niekoniecznie w oparciu o bliskość i zachowanie opiekuna. (…) Zaczyna od wprowadzania porządku w sposób, który samo jest w stanie zrozumieć. Domaga się decydowania o tym, którą drogą pójdzie na spacer albo kto pomoże mu przy zakładaniu butów. Chce naciskać guziki w windzie i denerwuje się, gdy mama nie po kolei odkłada zabawki na półkę. I jeszcze chce wybierać krzesło, na którym usiądzie i kubek, z którego się napije.” Gdy to sobie uświadamiam, budzi się we mnie autentyczne współczucie i chęć udzielenia córce jak największego wsparcia w zaspokajaniu tej potrzeby.

I boli mnie, kiedy słyszę, gdy inni w odpowiedzi na naturalną chęć dziecka do decydowania o sobie, nazywają to „chęcią rządzenia”, którą trzeba jak najszybciej ukrócić. Lekarka pediatra, u której byliśmy ostatnio z wizytą zasugerowała nam tonem nieznoszącym sprzeciwu, że konieczna będzie wizyta u psychologa dziecięcego, bo dziecko „nami rządzi”. A chodziło o to, że moja córka nie dawała sobie zdjąć bluzeczki do badania i próbowaliśmy dać jej empatię i powiedzieć dlaczego to ważne (co zadziałało).

Tymczasem respektowanie granic dziecka ma olbrzymie konsekwencje. Jak  pisze Agnieszka Stein: „Dziecko, którego granice są poważnie traktowane od samego początku uczy się:

  • rozpoznawać swoją odrębność
  • dbać o siebie w zdrowy sposób
  • współpracować i rezygnować z niektórych swoich potrzeb w imię równowagi i potrzeb innych ludzi
  • protestować za każdym razem, kiedy czuje, że ktoś narusza jego granice

Praktyka

Jak najczęściej sprawdzać, czy nie narzucam córce pewnych rozwiązań tylko dla swojej wygody, bez uwzględniania jej potrzeb. Zaangażować się w empatyczny dialog, gdy nasze strategie się różnią i kreatywne szukanie satysfakcjonujących dla nas obu rozwiązań.

Praktyka

Rzucać wyzwanie swoim granicom. Jasne, że wolę, żeby było czysto, ale czy czasem nie będzie frajdą dać dziecku porozrzucać okruszki albo pomalować stolik? Albo razem zrobić twórczy bałagan, wyrywając się z ograniczających przekonań, że tego się nie robi?

Praktyka

Organizować córce jak najwięcej okazji do wyboru tego, co będzie dla niej odpowiednie. I świętować jak korzysta z tych okazji, budując swoje poczucie mocy. Agnieszka Stein pisze, iż „warto przyjąć zasadę, że zakazy powinny obejmować absolutne minimum. Tak naprawdę to, co jest konieczne, żeby dziecko przeżyło, nie zrobiło nikomu krzywdy i nie zdemolowało otoczenia. A także to, co wynika z potrzeb rodziców”. Unikać tzw. pozornego wyboru, który jest niczym więcej niż techniką manipulacji („Chcesz te spodnie czy te?”, gdy nie chce założyć spodni)

Praktyka

Wziąć odpowiedzialność za swoje potrzeby w relacjach z córką. Świetny artykuł na ten temat napisała niedawno Joanna Berendt (Co znaczy „Nie wolno”?).  Zamiast „nie wolno”, „nie można”, chciałabym mówić o tym, dlaczego czegoś nie chcę. Albo dlaczego czegoś chcę. Granice budować w oparciu o swoje potrzeby: „Nie chcę, nie podoba mi się, nie lubię, ważne jest dla mnie bezpieczeństwo innych (gdy np. nie działa prośba o zaniechanie rzucania klockami i je chwilowo zabierzemy poza zasięg dziecka)”.  To działa. Kiedy naprawdę głęboko czuję, że nie chcę zrobić czegoś, na co namawia mnie córka, powiedzenie „nie” jest proste i nie buduje napięcia ani we mnie, ani w niej. Dużo łatwiej jest wówczas opowiedzieć mi, z czego to we mnie wynika. I szukać na spokojnie rozwiązania, które będzie dobre dla niej i dla mnie. Tak samo, gdy zależy mi na tym, aby ona czegoś nie robiła w konkretny sposób, albo coś zrobiła. Mogę przeznaczyć energię na wielokrotne zmuszanie jej do czegoś, czego nie chce, ryzykując jakość naszej relacji i jej zaufania do mnie albo tę samą energię przeznaczyć na rozmowę, w której opowiem o swoich potrzebach i pomogę córce wyrazić swoje. A potem uruchomić kreatywność i czasem zmienić strategię na taką, która połączy nasze potrzeby.

Scott Noelle, autor www.enjoyparenting.com  i Daily Groove, inspirującego serwisu dla rodziców, pisał ostatnio o tym, by szukać głębiej, i przywoływał przykład, gdy dziecko chce skakać po kanapie przyjaciela, a my chcielibyśmy uszanować jego własność i jej nie zniszczyć. Możemy wówczas zastanowić się, jakiego doznania szuka mały człowiek – może chodzi o doświadczenie w nowy sposób grawitacji? A jeśli tak, to czy możemy pokazać mu, gdzie indziej może skakać bezpiecznie dla siebie i dla rzeczy przyjaciela?

Praktyka

Czasami wiadomo: nie da się ustrzec działania wbrew woli małego człowieka – choćby gdy wyrywa się na ulicy i na siłę bierzemy go za rękę, przytrzymując wbrew woli na chodniku. W Nonviolent Communication nazywamy to „ochronnym użyciem siły”. Ale i wówczas bardzo ważny jest szacunek – kiedy minie zagrożenie opowiadamy dziecku, dlaczego zdecydowaliśmy się na takie działanie i wysłuchujemy empatycznie jakie były jego emocje i potrzeby w tej sytuacji przymusu.

Praktyka

Jak najczęściej stawiać się w sytuacji mojej córki, gdy o niej decyduję. Jak ja bym się czuła na jej miejscu? Jeśli źle, to czy mogę znaleźć rozwiązanie, przy którym uszanuję jej granice i jej potrzeby, nie zapominając o swoich?

Praktyka

Przestać myśleć o mojej córce jako o moim dziecku, a zacząć postrzegać ją jako samodzielną istotę ludzką, która ma takie same prawa jak ja i inni dorośli. Także do decydowania co jest dla niej dobre (poza sytuacjami z zagrożeniem życia), kiedy i co ma zjeść, jak się ubrać, itp. Oczywiście nie pozbawia mnie to możliwości wyrażania swojego zdania i przekonywania jej do zmiany decyzji – jeśli widzę dodatkowe aspekty sytuacji, których ona nie dostrzega (tak, jak z każdym innym człowiekiem).

Praktyka

Uważać na niewidoczną przemoc, która wynika z nadawania dziecku etykiet: grzeczna, posłuszna, łobuz, leniwa, niewdzięczny, mało bystry – te wszystkie określenia wyrażają na ile dziecko spełnia nasze oczekiwania i jednocześnie mogą stać się wielkim życiowym bagażem. Pozbawiają małego człowieka kontaktu ze swoją potrzebą wzbogacania życia innych i programują go na zenątrzsterowność  – zależność od pochwał i krytyki innych. Więcej na ten temat pisałam w odcinku „Nie mówiłabym swojej córce, że jest grzeczną dziewczynką”. 

Jestem bardzo ciekawa, czy macie jeszcze inne pomysły na taki rodzicielski rozwój.

Advertisements

komentarzy 16 to “Usunęłabym ze swojego słownika etykietę „dziecko””

  1. kasia Lipiec 19, 2012 @ 12:40 pm #

    piękne to, co piszesz. wiele sytuacji jest mi bliskich (moja córeczka ma 3 lata). staram się traktować ją już od urodzenia jak odrębny, indywidualny byt (sama noszę w sobie dużą potrzebę wolności i decydowania o sobie, więc naturalne mi się wydało – co oczywiście szokuje rodzinę i niektórych znajomych – że będę pozwalać swojemu dziecku na budowanie swojej autonomii od pierwszych dni urodzenia). muszę przyznać, że w wielu sytuacjach udaje nam się znaleźć rozwiązanie, które zaspokają jej i moje potrzeby (np. w kwestii mycia zębów). ale Twój artykuł uświadomił mi, że są sytuacje, kiedy tego nie dostrzegam – kiedy szybko chcę coś zrobić, nie zważam na zdanie mojego dziecka. dziękuję. z ciekawością przyglądnę się tym moim sytuacjom, w których zapominam o empatii i poszanowania granic mojej córeczki. pozdrawiam ciepło. kasia

  2. DzielnicaRodzica Lipiec 19, 2012 @ 3:55 pm #

    Świetny tekst. Tak łatwo wpaść w pułapkę pośpiechu i codzienności i zapomnieć, że dziecko jest człowiekiem!

  3. Elara Lipiec 19, 2012 @ 6:16 pm #

    Może dlatego, że dziecko chcemy wychowywać, a dorosły człowiek potrafi samodzielnie ocenić co jest dla niego dobre, a co nie. Stosujemy również system kar i nagród (czyli np. wyłącznie telewizora), by pokierować swoją pociechą. Myślę, że najważniejsza jest umiejętność znalezienia granicy pomiędzy wychowywaniem, a znęcaniem się nad dzieckiem. Nie zapominajmy także, że za młode osoby odpowiedzialni są ich opiekunowie. Przed pełnoletnością dziecka to oni mogą zostać ukarani za jego postępowanie.

    • Poldekk Lipiec 24, 2012 @ 12:11 pm #

      Założenie, że „dorosły człowiek potrafi samodzielnie ocenić, co jest dla niego dobre, a co złe”, jest dla mnie trochę na wyrost. Kierowanie moim synem poprzez system kar i nagród nie wydaje mi się ani możliwe, ani potrzebne, ani zwyczajnie nie chcę tego. Ryzyko ukarania przez to, że człowiek będzie dorastał niepełny, często wręcz okaleczony poprzez wychowanie w systemie „kar i nagród” wydaje mi się znacznie większe niż ryzyko związane z karą za szkody wyrządzone przez mojego syna.

  4. kwokagorska Lipiec 20, 2012 @ 5:26 pm #

    „Proponuje prosty test – czy zachowałbyś się podobnie w tej samej sytuacji, gdyby chodziło o twojego sąsiada?”
    Bardzo często korzystam z tego testu.

  5. Remek Lipiec 20, 2012 @ 8:27 pm #

    Witam,

    Odnosząc się do:
    Chwilami czuję się bezradna. Czy znacie jakieś strategie, które działają?

    W kontekście mycia zębów.

    Przychodzi mi do głowy pytanie kto u Was w domu ustala granice zachowań – jeżeli Rodzice i dziecko, to należy przygotować się na takie konsekwencje jakie opisujesz (dziecko stawia na niemycie zębów nie bacząc na konsekwencje).

    Może warto wprowadzić kategorię granic czy zachowań które wyznaczają tylko rodzice? Chodzi mi tu o sprawy, które mogą mieć konsekwencje w przyszłości (jak zęby czy komplikacje po infekcjach).

    Być może przyda się tutaj Metoda Gordona – niby podobna do opisywanych przez Ciebie zasad, niemniej ja znalazłem w niej coś wiecej: pracę z emocjami własnymi i dziecka w kontekście sytuacji bieżącej, oraz – chyba najważniejsze tutaj – czy mamy problem z sytuacją, czy jest to tylko widzimisię rodziców lub ich obawa o coś. I kluczowy aspekt – pracujecie aby rozwiązać problem a nie objaw (co zrobić, aby Jaśmina nie borykała się z konsekwencjach zaniedbań o ząbki, drogi moczowe itp. zamiast „co zrobić aby Jaśmina nosiła kapcie).

    Dajcie znać czy to coś pomogło, nasunęło jakieś rozwiązania?
    Pozdrowienia i pozdrawiam ciepło 🙂

    PS. Metoda Gordona przez wspólne rozwiązywanie problemu pozwala dziecku na zgłaszanie propozycji JAK wykonać nałożony przez rodzica wymóg. To często prowadzi do bardzo ciekawych uatrakcyjnień nudnych czynności jak mycie zębów 🙂

    • kwokagorska Lipiec 21, 2012 @ 10:40 am #

      My też z tym myciem się borykamy. Synek ma 20 miesięcy. Dużo rozumie, ale nie na tyle, żeby go przekonały konsekwencje w postaci dziur w zębach. Nie na tyle, żeby zaproponował inny sposób mycia zębów (?). Możemy zmienić pastę, szczoteczkę, zatańczyć i zaśpiewać 😉 Możemy nie dawać mu słodyczy. Możemy często odwiedzać dentystę, żeby w razie czego szybko powstrzymać rozwijającą się próchnicę (tak, bierzemy to też po uwagę).

      Czy kilka zalapisowanych zębów to konsekwencja poważniejsza niż posunięcie się do przemocy? Bo w końcu te wiele możliwości pomiędzy skrajnościami też w końcu się wyczerpuje…

      • Remek Lipiec 25, 2012 @ 9:45 am #

        Piszesz, że „nie na tyle, żeby przekonały go…” – podajesz argumenty, które dziecko traktuje jak z kosmosu (zakładamy, że zrozumiał czym jest próchnica i dziury w zębach).

        Kilka przemyśleń:
        1. Wcielmy się w rolę rodzic – dziecko, jako rodzic mówię Tobie (dziecku): musisz robić 30 skłonów dziennie, bo jak nie to będziesz miała skrupowatola nakrośnego. To bardzo boli i nie wygląda dobrze. Czy to Ciebie przekonuje? Przez ten przykład zobacz co może zrozumieć Twoje dziecko, które jeszcze nie miało (tak zakładam) dziur, a słowo „boli” kojarzy mu się z jego doświadczeniem: czym dla Ciebie jest „bardzo” boli – a czym dla niego? Np. ból rodzenia do bólu stłuczonego kolanka? Oba „bardzo” bolą 😉

        2. Dajesz dziecku konsekwencje z przyszłości – dla dziecka w tym wieku nie ma „jutro”, a jedynie „teraz”. Ciężko mu pojąć „kiedyś będziesz mieć dziury” lub podobne sformułowania.

        3. Zobacz, że Twój synek nie ma problemu – macie go Wy, rodzice. Czy narzucanie rozwiązania osobie, która nie ma problemu – nawet idealnych rozwiązań! – jakkolwiek zainteresuje człowieka który czuje się szczęśliwy bez tego, co próbuje się mu wcisnąć (mycie zębów)?

        4. Masz wiele pomysłów na rozwiązanie sprawy – a gdyby pobawić się (zabawa oczywiście jest tłem „poważnej rozmowy” dla dziecka) w taką zabawę:

        Siadacie z dzieckiem i mówicie mu, że jesteście . Prosisz go o pomoc w rozwiązaniu problemu – robicie burzę mózgów – wypisujecie pomysły co można zrobić, żeby Wasz (rodziców) problem rozwiązać. Piszecie wszystko, co powie dziecko i co myślicie Wy.

        Mając taką listę wybieracie od czego zaczniecie działania – zaznaczacie które rozwiązania podobają się Waszemu synkowi, a które Wam. Być może będą jakieś wspólne. Być może Wasz synek zaproponuje np. „wycieram zęby chusteczką, albo inne, które wydadzą się dziwne lub nie rozwiązujące problemu. Zacznijcie od czegokolwiek, co da kroczek naprzód.

        Proponuję spisać „umowę” na to co ustaliliście i „podpiszcie się” np. odciskiem rąk w farbie. Zróbcie z tego fajną zabawę – może się trochę pobrudzicie, ale efekt będzie świetny – zabawa z rodzicami (a przy okazji kroczek do tych zębów).

        Pilnujcie realizacji ustalenia (uwaga: jeżeli dziecko zaproponuje, żebyście też się włączyli – np. stali przy nim lub czytali książkę itp. – umowa obowiązuje Was nawet bardziej! – dajecie przykład).

        Po jakimś czasie wróćcie do problemu, opisz go ponownie, itd.

        To prosta procedura z Gordona – działa cuda, jeżeli założy się:
        a) dziecko jest genialne – każde rozwiązanie można spożytkować
        b) uczy cierpliwości – nie zawsze daje rozwiązanie od razu
        c) czasem nie działa – zacznij jeszcze raz, porozmawiaj z mężem czy kimkolwiek co możesz zrobić inaczej żeby – być może – tym razem się udało
        d) pokazuje na czym Ci zależy – czy na zdrowiu dziecka kosztem Twojego czasu i cierpliwości – czy na wygodzie (dzieciak myje zęby i mam spokój)

        Powodzenia! 🙂

        PS. Daj znać jak poszło – trzymam kciuki!

      • kwokagorska Lipiec 25, 2012 @ 11:03 am #

        „zakładamy, że zrozumiał czym jest próchnica i dziury w zębach”, „wycieram zęby chusteczką”.. to jest ten kosmos, o którym piszesz.

  6. surrealistka Lipiec 25, 2012 @ 1:58 pm #

    bardzo ciekawy post!

  7. Ewa Lipiec 25, 2012 @ 9:48 pm #

    Ten przykład z sąsiadem już dawno słyszałam i zrobił na mnie kiedyś wrażenie. Natomiast teraz pomyślałam, że sąsiada nie wychowuję. A dziecko wychowuję i uczę go również pewnych zachowań. I to jest moja rola jako rodzica, co nie oznacza, że mam się siłować z dzieckiem. Przykład z sąsiadem jest bardzo dobry i staram się o nim pamiętać, w kontekście szacunku do własnego dziecka. Dużo tłumaczę mojemu dziecku i w jego przypadku to daje spore efekty, chociaż nie zawsze. To nie zawsze ma różne powody, ale czasem również to, że nie trafiam z argumentami do dziecka.

    I zgadzam się, że 2-3 letnie dzieci, a nawet starsze, zwykle żyją tu i teraz. Często czytałam, że dzieci potrzebują granic. Kiedyś czytałam wypowiedź osoby wychowywanej bez stawiania żadnych granic w hipisowskim domu i ona miała z tym problem, potrzebowała drogowskazu, którego nikt jej nie dawał i mówiła o tym już jako osoba dorosła.

    Uważam też, że moim obowiązkiem jest takie wychowanie dziecka, żeby nie krzywdziło innych, w tym mnie.

    W miarę „lekko” podchodzę do tematu niejedzenia – moje dziecko wielu potraw nie lubi, ale nie jest chudziutkie i gdyby miało jakieś problemy zdrowotne związane z niedożywienie, to musiałabym się „pogimnastykować” szukając skutecznych rozwiązań., ale nie jest to na szczęście mój problem.

    Procedura, którą za Gordonem podaje Remek wygląda dla mnie sensownie, też zdarzało mi się ją stosować, chociaż więcej tuż po jakimś szkoleniu.;) Mam za sobą też lekturę „Jak mówić, żeby dzieci nas słuchały. Jak słuchać, żeby dzieci do nas mówiły” Jest to książka, do której będę wracać.

  8. madziulek80 Sierpień 1, 2012 @ 10:50 am #

    Bardzo fajne przemyślenia. Dają do myślenia. Moja córka ma dopiero 2 latka, ale już zaczyna podejmować wybory, zwłaszcza na spacerze (wszystkie drogi prowadzą na plac zabaw ). Pewnie jeszcze dużo przed nami, ale teraz chociaż wiem, że nie rozpuszczam jej, tak jak mowią inni, tylko dokonujemy wspólnie wyboru który ona świadomie akceptuje (i jej się podoba).
    Z myciem zębów też mamy problem, a oprócz tego z myciem włosów i obcinaniem paznokci u stóp… Macie jakieś pomysły jak sobie z tym poradzić?

  9. patiimac Sierpień 2, 2012 @ 10:33 am #

    Problem wspierania dziecięcej autonomii jest mi bardzo bliski, ponieważ sama cenię sobie indywidualizm i wolność. Jednak wypracowałam też mechanizm sprawdzania w konkretnych sytuacjach społecznych, czy moja chęć swobody nie ogranicza innych. Uczę tego także swoje córki (16 i 13 lat). Drugi zwyczaj, jaki w sobie wykształciłam, to otwieranie się na inną od mojej perspektywę dzieci i konfrontowanie się ze swoimi przyzwyczajeniami i przesądami na różne tematy. Przy podejmowaniu decyzji czy sporach skupiamy się na krótko- i długoterminowych konsekwencjach naszych wyborów. Uczę jej w ten sposób myślenia strategicznego i przede wszystkim odpowiedzialności. Czasem bywam apodyktyczna w ważnych sprawach, t.j. kwestie zdrowotne, np. mycie zębów. Wierzę, że dzieci mi kiedyś za to podziękują. Tymczasem nie zależy mi na tym byśmy zawsze „jadły sobie z dzióbków”, nie na tym – moim zdaniem – polega rola rodzica. Wierzę także w to, że w życiu ważne jest, by być silnym i dawać sobie radę z problemami lęgnących wokół nas i w nas samych. Poszukiwanie wciąż idealnych warunków do życia, rozwoju, pracy, nauki, miłości itd., jest drogą prowadzącą wprost na kozetkę psychoterapeuty i ucieczką od dojrzałości. Nie chcę się wymądrzać, ale wierz mi – życie bardzo ostro weryfikuje poglądy młodych rodziców. Jeśli chcesz przeczytać, jak to wyglądało u mnie, kontynuuj lekturę. Jeśli czujesz opór, odpuść sobie….

    Opowiem Ci o kilku sytuacjach z mojego życia, które natychmiast przyszły mi do głowy, gdy czytałam Twój tekst:

    1. Moja starsza córka miała totalną swobodę jako małe dziecko w paru obszarach, m.in. jedzeniowym. Z reguły działało to cudownie, ale wywróciłam się właśnie przy kwestiach żywieniowych. Dotarło to do mnie, gdy zorientowałam się, że Marta przestała jeść. No chyba że była to landryneczka lub ciasteczko od czułego dziadka 🙂 Postanowiłam zacząć namawiać ją do jedzenia i karmić. To była mało efektywna mordęga! Po kilku dniach sięgnęłam po mało etyczną metodę. Oświadczyłam, że jeśli zje pół porcji obiadu, zabiorę ją na lody. Córka wypaliła od razu, że nie chce lodów. Upewniałam się trzy razy, czy na pewno. Po czym pozwoliłam jej nie zjeść, a po obiedzie poszłyśmy na spacer, na którym kupiłam sobie największą porcję lodów, jaką byłam w stanie zjeść. Jadłam ją bardzo, bardzo powoli, z wyrazem zachwytu na twarzy. Marta obserwowała moją bezduszną demonstrację z wytrzeszczem, ale nic nie powiedziała. Od tego czasu wprawdzie nie rzuca się na jedzenie, ale nie jest już tadkiem-niejadkiem. Brutalne, co?

    2. Kiedyś córka prosiła mnie o pozwolenie zrobienia czegoś, już nie pamiętam, o co chodziło. Pomysł mnie nie zachwycił, więc zaczęłam na okrągło: o konsekwencjach i swoich odczuciach. Marta przerwała mi zniecierpliwiona, mówiąc: „Mamo, daj spokój. Jestem matką, więc wyduś z siebie krótkie: tak czy nie!”
    Czasem – paradoksalnie – pozostawiając zwłaszcza małemu dziecku wybór i chcąc żeby koniecznie rozumiało wszystko, co jest ważne w danym momencie, nieprawdopodobnie obciążamy je wyzwaniami, na które nie są gotowe. Jak np. wytłumaczyć dwulatkowi potrzebę szczepienia? Przecież to się wiążę z bólem, z krwią… Ja całe życie unikam wszelkiego nakłuwania i robię badania krwi, dopiero gdy mi lekarz albo kadry w firmie każą, a zbliżam się do czterdziestki…

    3. Również popieram porozumiewanie się bez przemocy, to bardzo mądre i żałuję, że tak słabo rozpowszechnione w Polsce. Niemniej jednak gdy opowiedziałam o teorii Marshalla znajomemu, który służył w wojskach specjalnych, mało nie popłakał się ze śmiechu, a potem dodał sarkastycznie, że żałuje iż nie znając tej filozofii wcześniej, nie mógł jej zastosować podczas jednej z misji w krajach, zgadnij jakich… To brutalne uproszczenie, ale czasem okoliczności, w jakich żyjemy, zmieniają się tak radykalnie, że bez równie radykalnej zmiany postawy, można wiele stracić. Wyobrażam sobie, że gdyby Twoja córka wybiegła nagle na jezdnię, po której pędzą samochody, nie podjęłabyś z nią łagodnej dyskusji…

    4. Pewnego razu byliśmy na przyjęciu. Robiło się późno, więc „odtrąbiłam” wymarsz, bo przecież dzieci trzeba położyć… Wówczas jedna z cioć mojego męża opowiedziała mi coś. Pochodzi z wielodzietnej rodziny i jest najmłodsza. Kiedyś wraz z rodzicami zasiedzieli się u znajomych, wracali bardzo późno i niestety mieli do przejścia spory kawałek. Okropnie bolały ją nóżki, więc nieżyjący już tata wziął ją na ręce i mocno przytulił. Choć prawie natychmiast zasnęła, wyznała mi, że świetnie pamięta ową nocną wędrówkę do domu i że jest to jej najpiękniejsze wspomnienie z dzieciństwa. Dało mi to do myślenia, naturalnie…

    Nie da się nie popełnić błędów, wychowując dziecko. Na każdego też działa co innego. Wiedzą to ci, którzy mają więcej niż jedno dziecko. Jako matka nie jestem z siebie w ogóle zadowolona, ale uczę się ostatnio z tego rozgrzeszać. Najważniejsze, to wiedzieć, co chcesz przekazać swojej córce i być konsekwentną. No i oczywiście otworzyć się na to, co niesie każdy nowy dzień, bo wierz mi, jest to totalnie nie do przewidzenia. Gdybym była lekarzem, którego odwiedziłaś z córką, poprosiłabym Cię, żebyś wróciła, gdy Twoje dziecko będzie gotowe rozebrać się do badania. Zastanów się, co mogłabyś Ty i Twoja córka zrobić, by nie blokować kolejki w przychodni i nie frustrować ludzi, którzy pojawiają się w Waszym otoczeniu.

    Świetny blog – gratuluję. Przepraszam, jeśli odniesiesz wrażenie, że nie wszystko dobrze zrozumiałam z Twych rozważań. Każdy „wyhacza się” na swoje 😉
    Pozdrawiam,
    pm

  10. Bartek Listopad 7, 2012 @ 10:36 am #

    Ciekawe co piszesz i zgadzam się z ideą ale dostrzegam poważny problem w Twoim toku rozumowania. Dorosły człowiek nie robi tylko tych rzeczy, na które ma ochotę. W tym poście było dużo o „chceniu”, dziecko chce albo nie chce. Otóż czasami mi rano też nie chce się wstac z łóżka ale jednak wstaję np. z poczucia obowiązku. To, że dziecko nie chce czegoś zrobić nie jest powodem dla którego miałoby tego nie zrobić. Przede wszystkim musi się nauczyć, że jego prywatne odczucia i emocje muszą rezonować z otoczeniem i że są sprawy wyjęte poza nawias „chcę albo nie”. Zatem zgadzam się, że trzeba rozmawiać, tłumaczyc, prezentować przyczyny a nie tylko oczekiwać, że coś zostanie zrobione. Trzeba jednak pamiętać, że o ile nasze osobiste potrzeby mamy od urodzenia i „chcieć” potrafimy od razu to poczucie obowiązku, zobowiązania, reagowania na sytuację przymusu musimy poznać w procesie socjalizacji.
    Jeśli problem u pani doktor polegał tylko na tym, że zamiast na siłę ściagac koszulkę poświęciliście 2 minuty żeby dziecko do tego przekonać to jestem z wami. Ale jeśli nie udało się ściągnąc tej koszulki to widze poważny problem.

  11. Aleksandra Styczeń 14, 2013 @ 2:43 pm #

    ciekawy blog, ale dlaczego autorka nie odpowiada na komentarze?Wypadaloby sie odniesc do opinii czytelnikow

    • Ewa Styczeń 25, 2013 @ 1:58 pm #

      no właśnie? czas to zmienić, pozdrawiam
      Ewa

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: