Byłabym w swoim życiu

13 List

Kilka dni temu moja niespełna trzyletnia córka zadała mi pytanie, które wgniotło mnie w fotel: „Mamo, czy jesteś w swoim życiu?„. Zaskoczyło mnie niewątpliwie, że trzylatka potrafi skonstruować takie zdanie, ale jeszcze większe wrażenie zrobiła na mnie próba odpowiedzenia jej i sobie na to pytanie.

Otóż córeczko, z przykrością muszę odpowiedzieć, że nie – nie za bardzo jestem w swoim życiu.

Po pierwsze: nie ma mnie tu i teraz

Większość czasu spędzam myśląc o tym, co może się wydarzyć w przyszłości – negatywnego i pozytywnego. Rozpamiętuję, co się nie wydarzyło, a powinno (bo wówczas moje życie byłoby spełnione), planuję rożne rzeczy, które chciałabym, żeby się wydarzyły (bo wówczas moje życie wreszcie będzie spełnione), dużo energii tracę na wypieranie trudnych uczuć, słowem – robię wiele, aby uciec od bieżącej chwili. Ronald D. Siegel w swojej książce „Uważność. Trening pokonywania codziennych trudności  (Wydawnictwo Czarna Owca) pokazuje jak bardzo mechanizm myślenia, przewidywania problemów i planowania  działań w calu zaspokajania potrzeb pomógł nam w ogóle przetrwać i jednocześnie, jak jest kosztowny – pozbawia nas prawie całego bogactwa doznań płynących z bycia w obecnej chwili. Kiedy myślimy o tym, co może się nie udać, płacimy także na poziomie fizjologii – włącza się system reakcji obronnych, powodując lęk, przygnębienie i zniechęcenie. Bardzo często także mózg wyolbrzymia to, co dobrego mogłoby się zdarzyć i jak przyjemnie wówczas byśmy się czuli – spędzamy więc wiele nieprzyjemnych chwil, frustrując się, że jeszcze tego nie mamy, albo  – gdy wymarzona sytuacja wreszcie się wydarzy – próbując sobie poradzić z rozczarowaniem, że wcale nie jest tak pięknie jak w naszych wcześniejszych wyobrażeniach.

Niemożliwe jest przestać myśleć, ale w naszym zasięgu leży to, co z myślami zrobimy – czy pozwolimy im przesłonić całą teraźniejszość, czy uwierzymy im i pozwolimy się zaciągnąć w rejony, które budzą zdenerwowanie, niepokój czy smutek; czy pozwolimy mózgowi na ruminowanie – nieustanne i nieefektywne powtarzanie sekwencji myślowych bazujące na złudzeniu, że znajdziemy rozwiązanie wszystkich wyobrażonych problemów. Tak, czy siak, przebywając nieustannie w myślach, tracimy chwila po chwili swoje życie, wydarzające się tylko tu i tylko teraz.

Praktyka: Bardzo ważną inspiracją ostatnich tygodni jest dla mnie metoda Mind-BodyBridging, ktorą proponują Stanley H. Block i Carolyn Bryant Block. W bardzo praktyczny sposób zachęcają do powrotu do zmysłów, twierdząc, że nasz układ tożsamości (odpowiednik ego, ale nie do końca) nieustannie odcina nas od większości bodźców i zmysłowych doznań, usiłując nas naprawić. „Układ tożsamości nie tylko wywołuje napięcie w ciele, ale także wyłącza twoje zmysły, tłumi intensywność, z jaką odbierasz ludzi i środowisko wokół ciebie. Pomyśl choćby o setkach przedmiotów i powierzchni, których dzisiaj dotknąłeś, które stały się dziś częścią twojego życia. Czy poczułeś jak dotykasz ubrania, kluczy, filiżanki, butów, wody, sztućców?” (…) „Twój układ tożsamości snuje wewnętrzne opowieści pozwalające rozkwitać złudzeniu uszkodzonej jaźni. „Moje życie powinno mieć sens”, „Powinienem ulepszać świat” – oto wymogi, z którymi może się wiązać następująca wewnętrzna opowieść: „Nie robię w życiu nic ważnego;  czemu nie wezmę się w garść; czego mi brakuje?””. (Powrót do zmysłów, Stanley H. Block i Carolyn Bryant Block, wyd. Czarna Owca).

Praktyka: Otrzeźwiające jest też dla mnie zauważenie, jak wiele z moich myśli kierowanych jest poczuciem braku i ogólnie rozumianą chciwością: Jon Kabat-Zinn tak to ujmuje w książce „Życie. Piękna katastrofa”(Wydawnictwo Czarna Owca 2009):  „Większość waszego myślenia i emocji pojawia się w postaci rozpoznawalnych schematów, wywoływanych taką czy inną niedogodnością. Może nią być niezadowolenie z obecnego stanu i pragnienie, by stało się coś jeszcze, żeby mieć coś, co by mnie uszczęśliwiło, dopełniło. (…) Jeśli przyjrzycie się temu bliżej, zapewne przekonacie się, że gdzieś głęboko odruchem tym rządzi – wstyd przyznać – pewien rodzaj chciwości, pragnienia „posiadania więcej”, by być szczęśliwym. Może chodzić o pieniądze, władzę, uznanie czy miłość. Niezależnie od tego, czego w tej chwili chcecie, uleganie takim impulsom oznacza, że gdzieś w głębi nie wierzycie, że jesteście pełnią.”

Praktyka: Zaczerpnięta z książki „Uważność. Trening pokonywania codziennych trudności” (Ronald. D. Siegel, Wydawnictwo Czarna Owca 2011). Kiedy w głowie pojawią się myśli, wyobrażaj je sobie jako chmury płynące po niebie. Zauważ, że „ty” nie jesteś tymi myślami. „Ty” jesteś świadomością, jesteś niebem, a myśli są chmurami pojawiającymi się na nim na chwilę. Niebo cały czas pozostaje niezmienne. Możesz tez wyobrażać sobie, że myśli są bąbelkami piany na rwącym potoku. W tym wypadku „ty” to brzeg strumienia, wzdłuż którego cały czas płynie woda, a bąbelki piany pękają i tworzą się na nowo.

Praktyka: Przypominanie sobie, że myśli są tylko myślami, pewnymi wyładowaniami w naszym mózgu i myśl „Kot jest szary” niczym nie rożni się na tym poziomie od myśli „Co się stanie, jeśli stracę pracę?”. Wyłapywanie momentów, w których pozwalam na to, aby układ tożsamości przechwycił myśl i uczynił z niej wymóg spełnionego życia. Pomocne może być, sugerowane przez autorów metody Mind-BodyBridging, nazywanie myśli. „Moje życie nie ma sensu” zmieni się na „Mam myśl: Moje życie nie mam sensu”. A to jest wielka różnica – pomaga zatrzymać negatywną spiralę myśli i pozwoli zyskać przestrzeń na bardziej neutralną, mniej nacechowaną emocjami reakcję na moje potrzeby.

Praktyka: W momentach cierpienia i dużych emocji wykonanie mapy umysłu zaczerpniętej ze wspomnianej już wyżej  metody Mind-BodyBridging na temat: Co się we mnie teraz dzieje  – przez pięć minut wypisywanie wszystkich myśli i skojarzeń, które są żywe w umyśle.

Praktyka: Udział w warsztacie ze Srikumarem Rao – autorem popularnego ostatnio kursu „Creativity and Personal Mastery” przypomniał mi o tym, że to dopiero nasza interpretacja zdarzeń decyduje o tym, czy zaczniemy cierpieć – a stanie się to, gdy dane wydarzenie oznaczymy jako „złe” i niekorzystne dla nas. tymczasem, zgodnie ze znaną przypowieścią o dzikim koniu, który przyłączył się do stada pewnego wieśniaka, nie jesteśmy w stanie ocenić jak dane wydarzenie wpłynie na nasze dalsze losy. Być może to, co wydaje nam się teraz złe, jest niezbędnym składnikiem łańcucha zdarzeń, które odmieni naszą rzeczywistość w bardzo pozytywny sposób? Takie stoickie podejście pozwala mi nie wkręcać się w spiralę negatywnych emocji, które nieuchronnie porwałaby mnie z istniejącej teraźniejszości w nieistniejącą przyszłość.

Praktyka: Kolejny raz pomocne w byciu tu i teraz okazuje się dla mnie pytanie zaczerpnięte z Zen-coachingu: ” Co się teraz we mnie dzieje?” Kare Landfald (twórca metody) zachęca do sprawdzania: “Czy mogę powiedzieć „TAK” temu, czego doświadczam w tej chwili? Czy mogę to przyjąć, bez robienia czegokolwiek, bez angażowania się, analizowania i komentowania, bez zatrzymywania się przy tym lub odpychania? Czy mogę pozwolić sobie powitać, uwzględnić i w pełni doświadczyć, a nawet uhonorować doświadczenie które wyraża to kim jestem? Jeśli nasza odpowiedź to „NIE”,  po prostu sprawdzamy czy możemy pozwolić, uwzględnić i w pełni doświadczyć opór, to „nie”, które mówimy temu co dzieje się teraz. „Nie” i „tak” są sobie równe i tak samo dobre. Sprawdzając co jest prawdziwe, nie staramy się zbliżyć do jakiegoś ideału. Staramy się uszanować prawdę danej chwili, a nie próbować tworzyć jakiś konkretny rezultat czy stan.”

Po  drugie: nie ma mnie w moim ciele

Uderzyło mnie, jak mało prawdziwej uwagi poświęcam swojemu ciału na co dzień – w zasadzie zauważam je tylko, jeśli nie spełnia potrzeb mojego umysłu, albo gdy pojawia się ból lub w kontekście dobrego wyglądu, który ma mi „załatwić” potrzebę uznania i akceptacji innych. Przez większość czasu nie mam kontaktu z ciałem i zachowuję się tak, jakby nie istniało. Moje myślenie maksymalnie ogranicza dopływ informacji, które mogłyby nieustannie płynąć ze zmysłów i powodować, że życie byłoby bogatsze i bardziej spełnione, w każdej chwili, a nie tylko w wyobrażonej przyszłości.

Praktyka: Stanley H. Block i Carolyn Bryant Block proponują bardzo prosty sposób powrót do ciała – wsłuchanie się w otaczające nas dźwięki (będziecie zaskoczeni, jak wielu z nich nie byliście świadomi) lub dotknięcie czegoś. To naprawdę działa. Kiedykolwiek zauważam napięcie w ciele, staram się przestawić na słuchanie otoczenia, a w kolejnym kroku na obserwowanie swojego oddechu (Ekchart Tolle twierdzi nawet, że taka praktyka kilka razy dziennie jest skuteczniejsza niż jakikolwiek warsztat rozwoju osobistego). Rezultatem jest natychmiastowy wzrost poczucia zakorzenienia w tu i teraz, a nawet odczucie, że moje życie jest połączone z życiem innych – słuchając tych wszystkich odgłosów uświadamiam sobie, że dzielimy wspólny czas na ziemi, czuję się mniej samotna i pojawia się we mnie czułość.

Praktyka: Inspirujące dla mnie jest też bycie świadomą siły grawitacji. Którejś letniej nocy po trudnej rozmowie z partnerem wybiegłam z domu. Aby się uspokoić,  starałam się wykonać medytację w marszu, stawiając bardzo uważnie kroki, patrzyłam na gwiazdy. W pewnym momencie dotarło do mnie jak uderzenie obuchem, że to siła grawitacji, której nie jestem kompletnie  świadoma na co dzień, trzyma mnie tu na ziemi, pozwalając na tak wiele działań. Postanowiłam, że będę zwracać na nią uwagę. To bardzo „ukorzeniająca” praktyka, pozwalająca jednocześnie skierować myśli na poczucie wdzięczności za rożne rodzaje wsparcia, którego bezrefleksyjnie doświadczamy w każdej chwili.

Praktyka: metoda skanowania ciała zaczerpnięta z programu Mindfullness Johna Kabat -Zinna. Polega na tym, aby po kolei, poczynając od małego palca u prawej stopy poprzez miednice, płuca, a na głowie i palcach rąk kończąc, poświęcić danej części ciała maksimum uwagi, przyglądając się wszystkim odczuciom, sygnałom, wrażeniom, które z tego miejsca płyną i nie próbując niczego zmieniać. Wdechy i wydechy kierujemy do przeglądanego właśnie obszaru. Jon Kabat-Zinn twierdzi, że dzięki temu odzyskamy chociaż na chwilę własne życie i ciało. Znika napięcie, możliwe, że taka uwaga intensyfikuje procesy zdrowienia w ciele, uczymy się wracać do tu i teraz. Najlepiej wykonywać to ćwiczenie przez 45 minut dziennie, 6 razy w tygodniu.

Praktyka: Ważną dla mnie praktyką jest też dostrzeganie związku pomiędzy emocjami wywoływanymi przez myśli a odczuciami w ciele. Pozwalając sobie na rozpamiętywanie i wyobrażanie negatywnych scenariuszy, dosłownie zalewam komórki mojego ciała kortyzolem – hormonem stresu. Zauważanie tego jest bardzo motywujące, aby przestać tak ślepo podążać za tego typu myślami.

Praktyka: W nawiązaniu kontaktu z ciałem pomocne będą różne ćwiczenia uważnej obecności – podczas jedzenia, chodzenia, wykonywania codziennych czynności oraz medytacja.

Po trzecie: zajmuję się życiem innych zamiast swoim

Od wielu lat bardzo inspirujące jest dla mnie spostrzeżenie  Byron Katie, twórczyni metody „The Work”: „We wszechświecie dostrzegam jedynie trzy rodzaje spraw: moje, twoje i Boga. (Słowo Bóg oznacza dla mnie „rzeczywistość”. Rzeczywistość jest Bogiem, ponieważ to ona rządzi. Wszystko to, co znajduje się poza moją i twoją kontrolą, nazywam sprawami Boga). Większość naszych stresów wynika stąd, że w myślach zajmujemy się cudzymi sprawami. Kiedy myślę: „Musisz sobie znaleźć pracę, chcę, żebyś był szczęśliwy, powinieneś być punktualny, powinieneś bardziej dbać o siebie”, to zajmuję się twoimi sprawami. Kiedy martwię się trzęsieniami ziemi, powodziami, wojną albo tym, kiedy umrę, zajmuję się sprawami Boga. Jeśli w myślach zajmuję się sprawami twoimi albo Boga, efektem jest poczucie oddzielenia. (…) Jeżeli ty żyjesz swoim życiem, a ja w myślach żyję twoim, to kto żyje moim? Oboje jesteśmy w twoim życiu. Zajmowanie się w myślach twoimi sprawami nie pozwala mi zajmować się swoimi. Jestem wtedy oddzielona od samej siebie i zastanawiam się, czemu moje życie znajduje się w rozsypce.”

Antidotum: kiedykolwiek przyłapię się na odczuwaniu cierpienia, zacznę od sprawdzenia, czy  w myślach nie upieram się, że ktoś lub coś nie powinno być inne niż jest. Jeśli tak, powoli przywołam się do swojego życia. Ostatnio wiele emocji wywołały we mnie decyzje mojego partnera dotyczące zarywania kolejnych nocy na pracę. Główną przyczyną mojego zdenerwowania było tak naprawdę przekonanie, że mój partner nie żyje w sposób świadomy. Kiedy je sobie uświadomiłam i odwróciłam jego kierunek, wyszło na to, że to ja nie żyję wystarczająco uważnie. Znalazłam na to aż nadto dowodów, a pierwszym był oczywiście ten, że zajmuję się jego życiem zamiast swoim, porzucając przy tym siebie i swoje ciało, karmiąc je co prawda ekologiczną żywnością, ale jednocześnie obciążając negatywnymi uczuciami, itp. Było to bardzo odświeżające spostrzeżenie i natychmiast zneutralizowało nakręcone emocje wobec mojego partnera. Pojawiła się przestrzeń i akceptacja.

Praktyka: Zauważanie, jak umysł jest uzależniony od walki z tym, co jest, czyli walki z rzeczywistością. Objęcie tej skłonności akceptującą życzliwością, bez ulegania jej.

Po czwarte: widzę tylko niespełnione potrzeby, nie zatrzymując się specjalnie przy tych zrealizowanych

Choć to naturalna skłonność mózgu, wynikająca z instynktu przetrwania, u mnie przybrała już monstrualne rozmiary. Jedna niezaspokojona potrzeba może mi przesłonić dziesięć spełnionych, kompulsywnie o niej wówczas rozmyślam, pozwalam trudnym uczuciom: smutkowi, frustracji, poczuciu niespełnienia,  całkowicie mnie zalewać i odbierać energię do życia.

Antidotum: regularna praktyka wdzięczności za to, co działa i wspiera mnie w życiu (chociażby to krzesło, na którym teraz siedzę). Któregoś dnia przyszło mi do głowy, żeby porównać jak bardzo moje życie rożni się in plus w stosunku do życia mojej mamy i babci. Już po chwili tej praktyki zalała mnie fala wdzięczności i zdumienia, jak mało zwracam uwagę na te wszystkie dobre rzeczy, które są moim udziałem. Począwszy od super komfortowych warunków życia (moja babcia często głodowała i nie miała co dać do jedzenia swoim dzieciom, ja mam raczej problem z tym, co wybrać), po dostęp do niesamowitej wiedzy, metod rozwoju osobistego, czy wsparcie tak wielu bliskich osób (moja babcia poznała dziadka podczas robót w Niemczech, po tym jak Niemcy wywieźli ja z Serbii, rozdzielając na całe życie z rodziną i krajem pochodzenia, przez kilka lat nie wychodziła prawie z domu, wstydząc się, że nie mówi biegle po polsku).
Praktyka: Ostatnio zainspirowana metodą Kai zen (małych kroków) zaproponowałam partnerowi, żebyśmy codziennie podczas mycia zębów koncentrowali się na tym, co nam się w sobie nawzajem podoba. Niewiarygodne, jak taka prosta rzecz zmieniła już po kilku dniach nastrój pomiędzy nami. Kwestia zwykłego przekierowania uwagi  – tym razem wyjątkowo na to, co działa. Pojawiło się wiele czułości, którą wcześniej blokował żal wynikający z przywiązania do niezaspokojonych potrzeb i konkretnych zachowań, których od siebie oczekiwaliśmy. Szczerze polecam!

Po piąte: Szufladkuję wszystko i wszystkich

Obserwuję jak moja prawie trzyletnia córka poznaje świat. Fascynujące jest to, że nie ma żadnych założeń na temat tego, co spotyka na swojej drodze. Porównuję swoje nastawienie do świata z jej podejściem i bardzo bym się chciała z nią zamienić. Mój mózg zaszufladkował większość rzeczy jako „normalne”, usuwając z ich postrzegania wszystko co niezwykłe, ciekawe, warte pochylenia się. W milisekundach nadaję odpowiednią etykietę i osąd – brudne, nieciekawe, nudne, groźne, miłe…Wszystko, czego nie postrzegam jako sposób na spełnienie moich potrzeb albo to, co nie zagraża potrzebom spełnionym, trafia do kategorii „neutralne” i znika z mojej świadomości, w ogromnym stopniu zubażając świat.

Praktyka: Jon Kabat-Zinn proponuje przez 10 minut skupić się na tym, jak umysł niczym jo-jo skacze na sznurku naszych osądów – co lubimy, a czego nie. I nie chodzi o to, by teraz zacząć osądzać nasze osądy – nie, po prostu bądźmy ich coraz bardziej świadomi, bo wówczas pojawi się wybór.

Praktyka: Zauważenie, jak wiele etykiet mamy na otaczających nas ludzi: ten znajomy jest natarczywy, ten nudny, a ten atrakcyjny, bo czujemy się przy nim bardziej docenieni czy zainspirowani. Cała wielka złożoność człowieka utknięta w jedną etykietę – ten filtr naprawdę nie pozwala nam ich zobaczyć, są tylko naszą nieustającą projekcją. Spróbujmy dziś wyobrazić sobie jak może wyglądać życie naszego nielubianego znajomego – co go ciekawi, co odpycha, za czym tęskni, czego się boi.

Praktyka: Podczas The School – 10 dniowego treningu z Byron Katie codziennie rano wyruszaliśmy na przebudzającą medytację – przez pół godziny przemierzaliśmy park i miasteczko po prostu nazywając napotkane rzeczy i ludzi – pies, drzewo, krzak, mrówka, powstrzymując się w dodawaniu osądu: wysokie drzewo, groźny pies, nieważna mrówka… Było to bardzo jednoczące ze światem doświadczenie. Chciałabym wprowadzić taki spacer do swojej codziennej rutyny.

Dawno temu ktoś ocenił nas zgodnie z tym, czy spełnialiśmy jego potrzeby czy nie. Często zdarza się, że w końcu zaczynamy wierzyć w te statyczne określenia i kierować się nimi w życiu, czyli mocno się ograniczać. Bo jeśli jestem nieśmiała, to przecież nie mogę na przykład zostać trenerką?

Albo przydarzyło się nam się trudne dzieciństwo w rodzinie alkoholowej. Bardzo łatwo przykleić sobie etykietkę „Jestem DDA – Dorosłe Dziecko Alkoholika” i mieć wrażenie, że pewne rzeczy z tego powodu nie są dla nas dostępne. Ale czy to prawda?

Etykiety przytrzymują nas  w miejscu, nie pozwalają na rozwój, wydaje nam się wówczas, że rezygnując z nich, musimy jednocześnie zrezygnować ze swojej tożsamości. A to tylko pewien filtr, przez który upieramy się siebie widzieć.

Antidotum: Przyjrzenie się jakie potrzeby spełnia, a jakich nie spełnia fakt, że wierzymy w jakąś etykietę? Ja na przykład przez długie lata wierzyłam, że jestem nieśmiała, przejawiało się to m. in. tym, że nigdy nie zabierałam głosu w grupie. Z jednej strony chroniło mnie to przed oceną i dawało poczucie bezpieczeństwa, a z drugiej nie dawało pełnego poczucia przynależności, bycia widzianą, równych szans w grupie, kontaktu z innymi, wniesienia swojego wkładu. W pewnym momencie zaryzykowałam wyrażenie swoich emocji i potrzeb na forum pewnej grupy. Feedback, jaki otrzymałam, przerósł moje oczekiwania – okazało się, że wiele osób odczuło bardzo dużą ulgę, kiedy wreszcie zabrałam głos – albo się niepokoili o mnie, albo też tęsknili za kontaktem ze mną, w dodatku emocje, które wyraziłam, oddawały, jak się okazało odczucia wielu osób w grupie. Doświadczenie, którego tak się bałam i którego unikałam przez długi czas, okazało się bardzo budujące i zachęcające do podobnych eksperymentów w przyszłości. Bardzo też wzmocniło moje poczucie wartości siebie i sprawczości. Aż w końcu  stało się tak, że z wielką przyjemnością i dużą swobodą prowadzę warsztaty nawet dla wielkich grup.

Teraz zmagam się z etykietą nadwrażliwca emocjonalnego. Co mi daje ta etykieta? Na pewno komfort nieangażowania się w sytuacje, które wymagają zaryzykowania, odsłonięcia siebie, przekroczenia swoich barier. Plus dużo wsparcia od przyjaciół i bliskich. Co zabiera? Swobodę życia, możliwość sprawdzenia się w trudnych sytuacjach, oraz wiele przyjemnych doświadczeń, (np. z powodu lęku przed lataniem, znacznie rzadziej decyduję się na dalekie podróże niż chciałabym), płacę również brakiem równowagi w relacji: to mój partner musi być cały czas „tym stabilnym”.

Stanley Block, twórca metody Mind-Body Bridging przypomina: „Kiedy stwarzasz sobie wyobrażenie tego, kim jesteś, i wierzysz, że jesteś taki, jak to wyobrażenie, doświadczasz przejawów działania uszkodzonej jaźni, czyli pewnego ograniczonego tworu złożonego z odczuć, doznań, myśli i wytworów fantazji. Prawdziwy ty jesteś niepodobny do jakichkolwiek wyobrażeń, cudownie rozległy, kompletny, połączony ze Źródłem i wszystkim, co istnieje. Jesteś w pełni obecny w każdej chwili, nieoddzielony od krzesła, na którym siedzisz, powietrza, którym oddychasz, jedzenia, którym się żywisz…” („Powrót do zmysłów”)

Po szóste: żyję na pół gwizdka, realizując w świecie tylko te cechy, które składają się na moją personę i tracąc wiele energii na wypieranie reszty mojego potencjału, ukrytego w cieniu.

Najprawdopodobniej w dzieciństwie odcięliśmy się od pełni swojego potencjału, ponieważ otoczenie akceptowało albo premiowało tylko niektóre cechy i emocje. W pewnych rodzinach dobrze było być przebojowym, ale w innych było to negatywnie postrzegane, bo ceniona była skromność i niezwracanie na siebie uwagi. Tak stworzyliśmy swoją personę – zestaw cech, które pokazujemy światu. Tymczasem wyparte przez nas jakości trafiły do strefy cienia. Życie ma jednak swoje prawa – te jakości nieustannie walczą one o nasza uwagę i ich zintegrowanie. Ponieważ są wyparte ze świadomości – najczęściej pokażą się nam za pomocą mechanizmu projekcji – przypiszemy je innym ludziom.

KEn Wilber pisze o tym tak („Spektrum świadomości”):

„(…) te cechy, które najbardziej nam przeszkadzają u innych, stanowią w istocie nierozpoznane aspekty nas samych. „<Zdrowie psychiczne> ego wymaga więc, abyśmy przyznali się do tych <złych>, negatywnych skłonności i ponownie je zintegrowali. Gdy to już zrobimy, wydarza się coś naprawdę zaskakującego – odkrywamy, ze te negatywne skłonności,  do których tak trudno nam się było przyznać, po reintegracji tworzą harmonijną równowagę z naszymi pozytywnymi skłonnościami i tracą swój rzekomo złowrogi charakter.”

„Poza projektowaniem emocji można też projektować cechy charakteru i właściwości – wtedy wydaje nam się, że nie ma w nas nawet śladu tych cech, natomiast inni są nimi obdarzeni aż w nadmiarze. Kiedy cechy są pozytywne i pożądane – jak piękno i mądrość – czujemy się oszołomieni liczbą otaczających nas nadludzi, bowiem oddaliśmy im to, co w nas najlepsze. Na tym właśnie opiera się romantyczna miłość, ale zdarza się to też często w małżeństwie i przyjaźni, pomiędzy lekarzem i pacjentem, profesorem i studentem.

Praktyka: Można z powodzeniem założyć, że wszystkie cechy, które dostrzegamy u innych i które budzą w nas emocje, takie jak: gniew, pogardę, potępienie, uwielbienie, ekscytację, itp., należą do nas, ale z nich nie korzystamy. Bardzo skuteczną metodą jest praktyka zaproponowana przez Byron Katie – odwracania kierunku porad i zaleceń, które kierujemy do innych – w nasza stronę. We mnie duże emocje budziły pewne zachowania partnera, które oceniałam jako „nieodpowiedzialne”, „lekkomyślne”. Kiedy zaczęłam się tym emocjom bliżej przyglądać i odważyłam się odwrócić kierunek moich oskarżeń, okazało się, że te właśnie cechy znalazły się w moim cieniu i aż krzyczą, abym skorzystała z ich potencjału: mam bowiem tendencję do nadodpowiedzialności i kontrolowania, i często zabiera to mojemu życiu całą lekkość. Zaczęłam się zastanawiać, jak mogę więcej lekkomyślności (w pozytywnym sensie) wprowadzić do moich działań i podejścia do życia? To złożony proces, ale już samo to działanie wygasiło emocje wobec partnera.

Praktyka: Bardzo przyjemne ćwiczenie na integrację „złotego cienia”, czyli pozytywnych jakości, które wyparliśmy. Vivianne i Christopher Crowley w książce „Twoja ciemna strona” podają listę pozytywnych cech, a ja posiłkując się nią, stworzyłam swoją listę rzeczy, które cenię u innych, m. in.: ciepło, dojrzałość, energia, mądrość, elokwencja, odwaga, wspieranie innych, seksowność, swoboda, pewność siebie, wesołość, wiara w siebie, zaangażowanie w życie, empatia, zaufanie do życia, podekscytowanie, sprawność fizyczna  i dodałam przewrotne polecenie: podaj trzy przykłady ze swojego, że taki/a jesteś….

————————————————————————————————————————————————————–

Wczoraj moja córka zaatakowała z drugiej flanki: „Mamo, a co robisz w swoim życiu? Cieszysz się?”, przypominając mi o przekonaniu Srikumara Rao, że jeśli nie wstaję codziennie z radością i entuzjazmem, ciesząc się na to, co oferuje mi życie, po prostu je marnuję… Ale to już temat na zupełnie inny wpis:-)

Advertisements

komentarzy 8 to “Byłabym w swoim życiu”

  1. kasia Listopad 13, 2012 @ 9:44 pm #

    z zachwytem przeczytałam kolejny wpis do bloga i jestem oszołomiona – inspiracjami, wskazówkami, wielką intuicją i mądrością autorki:) siedzę wbita w krzesło, porażona i z chaosem myśli…

  2. mojajoga Listopad 14, 2012 @ 9:00 am #

    Naprawdę świetny wpis, ale jak samo życie, bardzo obszerny. Podzielę go sobie na kawałeczki i powolutku posmakuję każdy kęsik. Jest co smakować 🙂 Dziękuję że podzieliłaś się z nami swoją wiedzą, doświadczeniem i czasem. Narka 🙂 .

    • meggie Listopad 14, 2012 @ 10:29 am #

      no właśnie! ja też podzieliłabym to na 5 części by powolutku smakować każdą z praktyk 😀

  3. jolka Listopad 14, 2012 @ 2:30 pm #

    ojej – jaka ja jestem nieuważna – tyle tego, że nie dam rady przeczytać, nie dam rady zrozumieć. Dla mnie – matki trzech żwawych synków – która już sama nie wie, co jest nią, a co nie jest oraz czy jest w swoim życiu…znośna jest krótka, lekka strawa w postaci zdjęcia lub krótkich form, jak piesek przydrożny lub odrodzona sontag…ale jeszcze tu wrócę, jak zdoędę umysł i ciało i zmierzę się z tym tekściorem!jolka

  4. Paulina Roszak Listopad 15, 2012 @ 4:42 pm #

    Bardzo ciekawe i prawdziwe. Niby to wiem, ale przeczytanie o tym i do tego tak inspirująco napisane, pozwoliło mi przyjrzeć się i ucieszyć, że tyle jeszcze ciekawego do odkrywania. Dziękuję za wiedzę 🙂

  5. Ewa Listopad 15, 2012 @ 10:13 pm #

    fantastycznie opisane, wszystkie moje inspiracje i kilka nowych. dziękuję!

  6. Kinga Styczeń 5, 2013 @ 5:18 pm #

    nie ma mnie tu i teraz – zmagam się z tym od dłuższego czasu, i związanym z tym ogromnym poczuciem winy wobec moich dzieci i męża
    nikomu się z tego nie zwierzam, ale czuję, jak mnie to zjada od środka
    dziękuję za podzielenie się wskazówkami

Trackbacks/Pingbacks

  1. Zadawałabym właściwe pytania « Gdybym dorosła - Styczeń 8, 2013

    […] poście “Byłabym w swoim życiu” wspominałam o super prostej praktyce, która odmieniła relację z moim partnerem – […]

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: