Wychodziłabym poza linię

15 Lu

limitsKilka dni temu moja córka, która zazwyczaj bardzo lubi rysować, wyrzuciła ofiarowaną jej przez kogoś kolorowankę. Po krótkim śledztwie udało się ustalić, że straciła cały zapał do rysowania i kolorowania ponieważ „wychodzi poza linie”. Zrobiło mi się smutno, od jej urodzenia starałam się być bardzo uważna, jeśli chodzi o komentarze, że coś powinna robić w jeden konkretny sposób. Niestety, świat ma swoje sposoby, żeby przemycić nam tę wiadomość – jak się okazało bardzo wcześnie. Mojej córce pewnie przekazała ją niania, a córce mojej znajomej panie w przedszkolu (wydało się, gdy któregoś dnia mała z płaczem zaparła się, że do przedszkola nie pójdzie). I tak to się toczy.

Prosta, wydawałoby się, informacja często formatuje całe nasze życie, wpływa na wybory, których dokonujemy i decyduje o tym, jak bardzo się umniejszamy, żeby tylko nie przekroczyć rożnego rodzaju wytyczonych nam przez innych „linii”.

Czego się tak boimy? Co najgorszego mogłoby się nam wówczas przydarzyć? Komuś może się nie spodobać to, co powiemy. Zrobimy. Narysujemy. Zaśpiewamy. Wyrazimy opinię. Może nas wówczas odrzucić. Ocenić. Skrytykować. Uznać, że nie zasługujemy na akceptację, przynależność, szacunek, uznanie. Nie, nie zamierzam tu dawać złudzeń, że tak nie będzie. Choć świat z niecierpliwością czeka na to, aż zdecydujemy się ujawnić nasze najbardziej wrażliwe, kreatywne i najbardziej nasze części, jednocześnie stanie się to wielkim wyzwaniem dla tych, którzy nie są gotowi na taki krok. Bo zakwestionuje ich pozostawanie w ramach wytyczonych linii jako jedyną sensowną opcję.

Jakiś czas temu miałam okazję doświadczyć takiej właśnie reakcji. Któregoś dnia ze zdziwieniem zauważyłam, że do mojej skrzynki mailowej zaczynają spływać setki bardzo napastliwych w tonie i treści komentarzy dotyczących mojego wcześniejszego postu na tym blogu – „Usunęłabym ze słownika etykietę dziecko„. Jeszcze większym zaskoczeniem była informacja, że w ciągu kilku godzin wpis przeczytało ponad dziesięć tysięcy osób. Okazało się, że ktoś postanowił umieścić link do niego w popularnym serwisie, w którym internauci dzielą się swoimi znaleziskami z rożnych miejsc w sieci. Oczywiście link został opatrzony bardzo negatywnym komentarzem, który sformatował dyskusję – to było dość przerażające, a jednocześnie fascynujące – obserwować ten festiwal nienawiści zupełnie obcych mi ludzi, którzy poczuli się urażeni, dotknięci, zniesmaczeni, oburzeni, itp. moimi poglądem i filozofią wychowania mojego dziecka. W setkach komentarzy w owym serwisie krytykowano moje podejście, życzono mi tego, co najgorsze, proponowano, co powinno się ze mną zrobić, nie przebierając w epitetach przewidywano jak źle skończy moja córka wychowywana w taki właśnie sposób, wyszydzano i obrażano mnie na rożne sposoby. Słowem – gdyby to było możliwe, pewnie domagano by się publicznego linczu. A wszystko z powodu tego, że podzieliłam się z innymi tym, w co naprawdę żywo wierzę – aby dzieci traktować z z takim samym szacunkiem jak dorosłych.

Cóż, nie byłam na to przygotowana i w pierwszej chwili przeżyłam swego rodzaju szok. Nie chodziło o krytykę – trudno mi było potraktować większość anonimowych komentarzy poważnie z powodu ich formy, a także braku merytorycznych argumentów. Po prostu przeraziło mnie z lekka jak mało trzeba „wyjść poza linię”, żeby wywołać taki poziom cynizmu i agresji w innych. I to jest mój moment wyboru – mogłabym uznać to wydarzenie za dobrą nauczkę na przyszłość – zostałam przywołana do porządku – lepiej nie mówić niczego, co nie jest zgodne z obowiązującym przekonaniem większości na jakiś temat. Lepiej się nie wychylać. To przecież tylko moje prywatne zdanie, nie muszę się nim dzielić z innymi. Zgoda. Ale jestem też świadoma, że zamilknięcie z powodu takiego doświadczenia byłoby pewnego rodzaju duchowym samobójstwem – uznaniem, że moja wewnętrzna prawda jest mniej ważna niż prawda, w którą wierzy większość (a może jednak – mam nadzieję – mniejszość, ale ta bardziej „walcząca”).

Z wypiekami na twarzy przeczytałam wywiad z Marią Peszek dla Gazety Wyborczej (z 14 lutego 2014), która opowiada, że mimo doświadczeń z różnorodnymi komentarzami po jej poprzednich płytach, skala reakcji po utworze „Jezus Maria Peszek” zaskoczyła ją i przerosła. Mimo świadomości, że mówi o rzeczach kontrowersyjnych dla wielu osób w naszym kraju, agresywne komentarze i ich skala ją bolały. Chcąc w jakiś sposób wyjść temu naprzeciw, umożliwiła wszystkim dorysowywanie do klatek z jej klipu dowolnych treści. Opowiada: „Odzew – trzydzieści tysięcy odpowiedzi w trzy tygodnie. A nich cała Polska. Wszystko, co w nas kipi. Fobie i furie – ta fala okrucieństwa dokonującego się na moje twarzy była obezwładniająca. Penisy, swastyki, pejsy. Pogrupowaliśmy to i zmontowaliśmy, zachowując proporcje. I gdy patrzysz na ten klip, widzisz głownie fiuta w ustach i noże podrzynające mi gardło.” Peszek mówi, że to było dewastujące doświadczenie i można się po takim rozsypać, a jednocześnie można to potraktować jako kawałek wiedzy o Polsce i dalej robić swoje; mówić o prawie do inności i wyrażania swojego światopoglądu (co nie jest równoznaczne z narzucaniem go innym).

Hmmm, pozostawanie w ramach mainstreamowych granic na pewno jest bezpieczne, a szczerość co do swoich wewnętrznych światów na pewno może niektórych maksymalnie prowokować. Ja jednak nie wyobrażam sobie, że mogłabym kupić sobie bezpieczeństwo za taką ogromną cenę.

Dlatego postanowiłam stworzyć sobie Program wspierający wychodzenie poza linię.

Krok pierwszy. Rozpoznanie skąd biorą się nasze lęki.

Bardzo mnie ciekawi, dlaczego tak bardzo boimy się odrzucenia, że czasami jesteśmy gotowi sprzedać własną duszę?

Na trop odpowiedzi wpadłam czytając książkę Brene Brown, badaczki wrażliwości, zatytułowaną „Z wielką odwagą”. Brene, opierając się na wynikach między innymi swoich badań pisze: „Jesteśmy psychologicznie, emocjonalnie, kognitywnie i duchowo zaprogramowani na odczuwanie więzi, przynależności i miłości. (…) To właśnie one nadają sens i znaczenie naszemu życiu. Wstyd to strach przed zerwaniem więzi – to lęk, że coś, co zrobiliśmy lub to, czego zaniechaliśmy, ideał którego nie udało nam się zrealizować, bądź cel, którego nie osiągnęliśmy czynią nas niegodnymi więzi z innymi ludźmi.”

To dlatego tak bardzo chronimy się przed odczuwaniem wstydu„ dlatego często decydujemy się nie wychylać. Co więcej – gdy nie umiemy się przeciwstawić wstydowi, z dużym prawdopodobieństwem zdecydujemy się na niszczące nas zachowania lub atakowanie i zawstydzanie innych.

Brene Brow przestrzega: „Jeśli chcemy radzić sobie z rozczarowaniami, bolesnymi doświadczeniami i zranionymi uczuciami, które są nieuniknione w życiu przeżywanym w pełni, to nie możemy utożsamiać porażki z byciem niegodnym miłości, przynależności i radości. Jeśli tak zrobimy, to nigdy się nie odsłonimy i nie spróbujemy ponownie.” Dzięki Brene łatwiej mi zobaczyć, że moje działania, to co powiedziałam, stworzyłam, zaprezentowałam oraz ich odbiór, nie mają nic wspólnego z moim poczuciem wartości. Nie są ich żadnym wyznacznikiem. Pokazują czym się zajmuję, ale nie kim naprawdę jestem.

Krok drugi: Rozpoznanie co tracimy nie decydując się na wyrażanie siebie

Warto jak najczęściej przypominać sobie drugą stronę medalu – co tracimy chroniąc się przed odczuwaniem wstydu – możemy wówczas dosłownie zmarnować życie – nie nawiązać głębokich relacji, nie wnieść do świata naszego unikalnego wkładu. Jak pisze Pam Grot, autorka książki „Living Big”: może okazać się, że zamiast biegać z wilkami, wiosłujemy na skraj przepaści z lemingami. Nawołuje ona do tego, żeby tworzyć i wyrażać siebie, ponieważ jeśli tego nie zrobimy, będziemy skazani na tęsknotę, niespełnienie, stracimy szansę doświadczenia swojego wewnętrznego bogactwa i piękna.

Głęboko przemawia do mnie to, co pisze Julia Cameron, autorka kultowej książki „Droga artysty. Jak wyzwolić w sobie twórcę”: „Twórczość to naturalny porządek życia. Życie jest energią – czystą energią twórczą.”, „Wyrzekanie się twórczości jest samowolą, sprzeczną z naszą prawdziwą naturą.” I jeszcze: „Nasze twórcze marzenia i tęsknoty pochodzą z boskiego źródła. Podążając za nimi, przybliżamy się do boskości.”

Zinternalizowanie przykazania, że nie można w kolorowance wychodzić poza naszkicowane kontury wydaje się banalne i niegroźne, ale prostą drogą prowadzi do tego, by już zawsze tych ram wszędzie szukać i się do nich dopasowywać. Do oglądania się zawsze, zanim się wypowiemy, na innych i przewidywania, czy nasza wypowiedź zyska ich aprobatę. Do rezygnowania z wyrażenia siebie, jeśli przewidujemy, że nie. Do całkowitego zamilknięcia w końcu, bo lepiej nie ryzykować, bo a nuż. Do pozostawienia człowieka, który potrzebuje pomocy leżącego na ulicy, bo nikt inny nie zdecydował się pomóc, więc i my nie wyjdziemy przed szereg. Do pasywnego zgadzania się na bezduszne, krzywdzące nas lub innych propozycje polityków, bo protestując zawsze się komuś narazimy.

Sześcioletnie dziecko mojej znajomej uczęszcza do klasy, w której uczniowie tak boją się swoje nauczycielki, że znerwicowane, co dziesięć minut muszą chodzić do toalety. Rodzice są bardzo zaniepokojeni i oburzeni, ale nikt jeszcze nie odważył się zareagować, bo „co jeśli tylko ja to zrobię i nauczycielka zemści się na moim dziecku? Wolą więc zostawić dzieci same z problemem i dużym emocjonalnym dyskomfortem, bo a nuż… Tak, nie wolno przekraczać linii, bo pani będzie zła. To wciąż w nas żywy przekaz.

Pam Grot zachęca do buntu: ” Nasi nauczyciele rysunku objawiają nam zasady: ” Trawa jest zielona, a niebo niebieskie.” Dlaczego posłuchaliśmy? Jak ktoś inny może wiedzieć, jakiego koloru jest twoja trawa? Jak ktoś inny może wiedzieć, jakie nuty masz zaśpiewać? Wiedzą, co jest właściwe dla nich, ale nie mają żadnego pojęcia, co jest dobre dla ciebie.”

Chcę, aby moje życie było większe niż strach. Kiedy nie wyrażam tego, co dla mnie ważne, w co wierzę, czego pragnę dla świata, przede wszystkim zdradzam siebie. Mimo ryzyka decyduję się zatem, że będę wychodzić poza linię i przed szereg. To niezbędny warunek, żeby czuć, że żyję.

Krok trzeci. Nauczenie radzenia sobie z sobie z niekonstruktywną krytyką (skierowana do mnie i ode mnie)

Dziesiątki komentarzy pod wspomnianym wcześniej postem poświęconym szacunkowi należnemu także dzieciom, zawierały wyłącznie niewybredną i czasami wulgarną ocenę mojej poczytalności z powodu imienia jakie nosi moja córka. Brene Brown z kolei wspomina jak po wystąpieniu na TED wiele nienawistnych komentarzy poświęconych było jej wyglądowi, wadze, itp. Dla mnie ogromne pomocne byłoby zrozumienie skąd ta miażdżąca, niemerytoryczna krytyka się bierze? Brene z wielkim zaangażowaniem analizuje i opisuje tarcze, które sprawiamy sobie, żeby nie odczuwać bolesnego poczucia wstydu. Na jedną z nich składają się cynizm, krytycyzm, tumiwisizm i okrucieństwo. To tarcza, która może stać się jednocześnie bronią – dzięki której można spróbować „zadawać rany ludziom, którzy są wrażliwi i sprawiają, że czujemy się niekomfortowo. Jeśli należymy do osób, które „nie praktykują wrażliwości”, nic nie wywoła w nas większego poczucia zagrożenia, chęci podjęcia ataku i zawstydzania innych osób, niż widok kogoś, kto wykazuje się wielką odwagą. Odważne zmagania drugiego człowieka są dla nas jak niepokojąca tafla lustra, która odbija nasze własne lęki związane z wyjściem do ludzi, bycie twórczym i odsłonięciem się. Dlatego właśnie tak się miotamy. Gdy jesteśmy świadkami okrucieństwa, możemy być niemal pewni, że zostało sprowokowane czyjąś wrażliwością.”

Wspomniana wcześniej Julia Cameron przypomina, że wstyd jest narzędziem kontroli. Zawstydzamy kogoś, by powstrzymać go przed zachowaniem, które wprawia nas w zakłopotanie. Klasyczne zabijanie posłańca z niekorzystną wiadomością w nadziei, że magicznie zlikwiduje to samą wiadomość.

Może być też tak, że cyniczne i napastliwe krytykowanie to dla niektórych jedyny sposób, jaki znaleźli, aby ktoś ich zobaczył i usłyszał. Albo żeby poczuć przez chwilę ulgę projektując swoje poczucie zawstydzenia na innych. To podejście bardzo pomogło mi nabrać dystansu – ale nie w sensie, że czuję się lepsza od krytykujących mnie w ten sposób. Pozwoliło zobaczyć w tym działaniu wyraz ogólnoludzkiego, dotyczącego także mnie, bólu związanego ze wstydem. A jednocześnie stać się bardziej świadomą, kiedy ja wpadam w taki mechanizm i umożliwić sobie wówczas wybór, czy chcę zdecydować się na taką krótkoterminową i mało skuteczną strategię podnoszenia sobie poczucia własnej wartości.

Brene przestrzega, by nie przestać się całkowicie troszczyć o to, co inni ludzie sobie pomyślą – wówczas moglibyśmy stracić naszą umiejętność tworzenia więzi i nie skorzystać z ważnej informacji zwrotnej jak nasze działania wpływają na innych. Jednak jednocześnie nie można poddawać się skierowanej do nas nienawiści – aby nasz duch nie został złamany.

Jako dawna perfekcjonistka, Brene bardzo przeżywała każdą krytykę i negatywną ocenę jej prac, prezentacji, itp. Po wystąpieniu na konferencji TED przez trzy dni nie wychodziła z domu, bo cierpiała na coś w rodzaju wrażliwościowego kaca i zawstydzenia, że podzieliła się z pięciuset osobami swoją bezbronnością (wówczas jeszcze na szczęście nie wiedziała, że wspomniany występ obejrzy 6 milionów internautów:-) Brene wypracowała w końcu dla siebie własne wytyczne, od kogo chce, a od kogo nie, przyjmować informację zwrotną. Dla mnie są one bardzo pomocne:

  • bierze pod uwagę przede wszystkim opinie osób, które są „na arenie”, zajmują się podobną tematyką i też czasami narażają własną bezbronność na ocenę dzieląc się swoimi przemyśleniami czy wynikami pracy.
  • druga ważną grupą, której zdanie się dla niej liczy, są naprawdę bliskie osoby, ich nazwiska nosi dla przypomnienia spisane na karteczce umieszczonej w portfelu. Osoby kochające ją zarówno za jej mocne strony, jak i za jej słabości.

Podoba mi się też jej podejście do komentarzy internetowych: „Wykaż się wielka odwagą i umieść swoje imię i nazwisko przy swoich komentarzach internetowych. Jeśli nie czujesz się komfortowo, podpisując się pod nimi, to nie wypowiadaj ich. Jeśli natomiast jesteś administratorem portalu, którego użytkownicy pozostawiają komentarze, to powinieneś się wykazać wielką odwagą i skłonić ich do podpisywania się i używania prawdziwych nazwisk, czyniąc wspólnotę odpowiedzialną za tworzenie atmosfery pełnej wzajemnego szacunku.”

Julia Cameron z kolei proponuje, żeby odróżniać krytykę użyteczną od szkodliwej: jeśli wypowiedź jest pełna lekceważenia, ośmieszania czy ogólnego potępienia, zawstydzająca, oceniająca bez wskazania konkretnych faktów i propozycji ich ulepszenia – nie jest ci do niczego potrzebna, bo niczego nie uczy. Krytyka przydatna często wywołuje ulgę, że wreszcie wiemy co zmienić, aby udoskonalić to, co stworzyliśmy.

A jeśli dopadnie cię wstyd lub lęk, że wyrażając siebie narazisz się na odrzucenia, zaryzykowałaś utratę miłości, że nikt nie będzie cię chciał? Powiedz sobie jak jedna z bohaterek książki „Living Big”: „Ja siebie chcę.”

A potem zadzwoń do jednej lub dwóch najbliższych osób i opowiedz im o tym, jak boleśnie odczuwasz wstyd i co do tego doprowadziło. Według Brene Brown to jedna z najlepszych metod, aby wstyd zniknął – podzielenie się swoją historią z kimś, kto bez oceniania, za to z empatią, nas wysłucha. Jako propagatorka empatii doświadczyłam dziesiątków, jeśli nie setek takich małych cudów – zarówno, gdy ktoś ze zrozumieniem wysłuchiwał mnie, jak i gdy mogłam taką jakość słuchania i wsparcia zaoferować innym. W magiczny sposób rozpuszcza to przekonanie: „Nie jestem wystarczająco dobry/a, żeby być godny/a miłości, przynależności, zainteresowania.”

Wierzę Brene, że jeśli chcemy żyć w pełni, całym sercem, musimy wykazać się wielką odwagą i pozwolić się zobaczyć. Powtarzam więc sobie za nią: „Poczucie własnej wartości to prawo przysługujące mi od urodzenia” i skaczę. Trzymajcie kciuki.

P.S. Rysunek towarzyszący temu odcinkowi (Limits live only in my head) został zainspirowany kursem kreatywności „Taking Flight”, którego celem jest między innymi wsparcie kobiet w wyrażaniu swojej wewnętrznej prawdy:-)

Advertisements

komentarzy 16 to “Wychodziłabym poza linię”

  1. joenka2013 Luty 17, 2014 @ 2:39 pm #

    blockquote {padding-left: 1ex; margin: 0px 0px 0px 0.8ex; border-left: #cccccc 1px solid;} p {margin: 0px;padding: 0px;} Witaj Ewo bardzo dzikuj Ci za tego maila, cudownie, e masz t cór . Wnosi wiele do Twojego ycia ale i te do mojego , bo dziki niej piszesz te wszystkie ciekawe artykuy , które bardzo duo wnosz i do mojego ycia,  pracuj w szkole , a to nie jest atwe miejsce . Pozdrawiam ciepo. Jolanta       Dnia Poniedziaek, 17 Lutego 2014 14:26 „Gdybym dorosa” <comment-reply@wordpress.com> napisa(a) WordPress.com

    Ewa posted: „Kilka dni temu moja córka, która zazwyczaj bardzo lubi rysowa, wyrzucia ofiarowan jej przez kogo kolorowank. Po krótkim ledztwie udao si ustali, e stracia cay zapa do rysowania i kolorowania poniewa „wychodzi poza linie”. Zrobio mi si smut”

  2. Dorota Jachowska Luty 17, 2014 @ 8:36 pm #

    „to było dość przerażające, a jednocześnie fascynujące – obserwować ten festiwal nienawiści zupełnie obcych mi ludzi, którzy poczuli się urażeni, dotknięci, zniesmaczeni, oburzeni, itp. moimi poglądem” – dokładnie tak czuję – ale nie mam siły walczyć 😦

  3. Iwona Pilarczyk-Kubiaczyk Luty 18, 2014 @ 10:55 am #

    Bardzo dziękuję Ewo. Jestem głęboko poruszona, bo temat mi bliski, ale także dlatego, że Ty piszesz o nim z tak osobistej perspektywy, a jednocześnie z dystansem do samej siebie, z pragnieniem zrozumienia i szacunkiem dla innych możliwych perspektyw. To dla mnie lekcja uważnego przeżywania moich własnych doświadczeń.

  4. Katarzyna Bruzda Luty 18, 2014 @ 11:59 am #

    Widzę podobnie. Ostatnio odkryłam uczucie wstydu, które czasem przeżywam i zawstydzanie jako narzędzie wpływu. Te myśli pomagają mi. Bardzo dziękuję za odwagę.

  5. abagra Luty 18, 2014 @ 9:48 pm #

    Linia jest granicą. Tak samo jak krawędź. Kiedy lemingi o tym zapominają, że są krawędzie, to je przekraczają. Wilk o tym instynktownie pamięta i dlatego to on lepiej chroni swoje życie.
    Człowiek albo uznaje swoją skończoność i uświadamia sobie swoje, i innych granice, albo rzuca kredki i się obraża, kiedy jest dzieckiem. Kiedy ma więcej lat i marzy o tym, że może kiedyś, „gdybym dorosła” … wychodzi poza linię i prezentuje swoja rację. A tu niespodzianka, ludzie mnie czytają i staja się agresywni. Co ich tak rozjuszyło?
    Kilka razy czytałam Twój artykuł i … niczego przerażającego nie znalazłam poza… pragnieniem bycia doskonałą matką. To może przerażać.
    Pozdrawiam

  6. Barbara Luty 19, 2014 @ 12:06 am #

    dziękuję, że wróciłaś (tzn. liczę na kolejne wpisy:))
    bardzo i z zachwytem wzrastałam z Twoim blogiem
    byłaś moim prezentem na 40;)

  7. matrioszka Luty 19, 2014 @ 7:03 pm #

    Przezylam zawstydzanie jako dziecko i nie moge mojej matce wybaczyc, z reszta nie musze i nie chce. Dziekuje za artykuly. Pozdrawiam serdecznie!

  8. Wiśnia Luty 24, 2014 @ 1:03 pm #

    Jestem matka 4 dzieci. Zgadzam się ze wszystkim w poście, poza jednym: dzieci potrzebują granic, bezpiecznych linii. Zanim zostaną kreatywnymi z nieokiełznaną wyobraźnią malarzami, potrzebują bezpiecznych, klarownych granic i linii prowadzących. Wiem, co mówię. Obserwuję nie tylko swoje dzieci. To, od czego zaczęłaś, to świetny przykład. Najpierw są tysiące kolorowanek, pedantycznie wypełnianych, a potem 15letni nowatorski twórca. Brak granic i linii jest tak samo szkodliwy jak tłamszenie i etykietowanie.

  9. egoistka Marzec 1, 2014 @ 9:48 pm #

    Nie zgadzam sie z uzytkownikiem Wisnia, ze najpierw sa pedantycznie wypelniane kolorowanki, dziecko nie ma takiej reki i koordynacji oko – reka, zeby z zalozenia rozwojowego nie wychodzic za linie. To jakis absurd ! Dopoki nikt mu nie powie, ze jest nie ok, nigdy na to nie wpadnie, zeby trzymac sie linii. I raczej to poczucie wewnetrznej wolnosci czy oparcia jest zrodlem pozniejszej sztuki czy tworczosci, bez takiego rodzaju wolnosci swiat jest pelen ksiegowych i dyktatorow.

  10. Jolka Rosińska Marzec 5, 2014 @ 9:03 pm #

    I chcieć dalej do innych mówić z wnętrza – ot oblicze współczesnej odwagi.

  11. izuska1 Marzec 11, 2014 @ 8:42 pm #

    Zakochałam się w zdaniu „Ja siebie chcę”. To jak powrót do domu, do wewnętrznej akceptacji, którą wymieniliśmy w procesie socjalizacji na zewnętrzną.
    Biorę jako mantrę i mam nadzieję, że zacznie być w 100% z serca.
    Swoją drogą, ile trzeba odwagi, żeby tak móc powiedzieć. I intuicji, zaby odróżnić akt wewnętrznej akceptacji w tym zdaniu zawartej od racjonalizacji i powiedzenia „i mam was gdzieś”

    • egoistka Marzec 15, 2014 @ 7:20 pm #

      Dzieki za ten komentarz :-):-):-)

    • Filiks Magdalena Marzec 27, 2014 @ 8:34 am #

      ja też zakochałam się w tym zdaniu:)

  12. Filiks Magdalena Marzec 27, 2014 @ 8:40 am #

    bardzo miło mi było to przeczytać:) wciąż miotam się pomiedzy byciem sobą, a „wychodzeniem za kreskę”…lęk przed brakiem zrozumienia i akceptacji doprowadził mnie prawie do obłędu, do rezygnacji z siebie w największym możliwym stopniu, dziś przełamuję ten lęk, pozwalając sobie czuć to co na prawdę czuję i wsłuchiwać się w swoje pragnienia..latami sądziłam, że sensem mojego życia jest spełnianie pragnień innych tym samym nie brałam odpowiedzialności za siebie samą…tym jest właśnie „nie wychodzenie za linię”, i opieranie się na ocenie innych w wiekszym stopniu niż na swojej własnej…fajnie piszesz, miło poczytac..i pożytecznie:) pozdrawiam i życzę serdecznosci.

  13. Aneta Domagała Marzec 27, 2014 @ 7:26 pm #

    Świetny tekst, nie przypadkiem trafiłam na ten wpis. Potrzebowałam tego artykułu, słowa, które napisałaś są balsamem dla mojej duszy.

Trackbacks/Pingbacks

  1. Przyznałabym, że już nie czas na bzdury | Gdybym dorosła - Październik 6, 2014

    […] wypieranie swojej wewnętrznej prawdy […]

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: