Archiwum | Maj, 2014

Rusza nowa edycja projektu – szkolenia „Gdybym Dorosła”!

22 Maj

atlasZ wielką radością spieszę donieść, że dzięki nowej platformie o nazwie „Wirtualna Dojrzewalnia„, rusza druga edycja Projektu – szkolenia online „Gdybym Dorosła”. W jego pierwszej edycji wzięło udział ponad 500 wspaniałych, gotowych na zmiany i przejęcie steru swojego życia kobiet. Był to dla mnie czas szczególny – towarzyszenie im podczas pół roku intensywnej pracy, której celem było odzyskanie poczucia mocy, sensu i satysfakcji, otworzenie się na radość, docenienie siebie, mocne stanięcie na nogach i poczucie się dobrze we własnej skórze. A także pogłębienie relacji i bliskości, lepsze rozeznanie się tym, co jest dla nas w życiu najważniejsze i stanięcie za tym. Dużo się wydarzyło, ale dla mnie najważniejsze było to, iż mogłam się z innymi kobietami dzielić tym, co naprawdę przetestowałam na sobie i co zmieniło moje życie na lepsze. I patrzeć na to, jak ich życie także się powoli zmienia w satysfakcjonującym dla nich kierunku. Dlatego ogromnie się cieszę, że dzięki nowym możliwościom technicznym mogę zaprosić także i Ciebie do dołączenia do grona „Dorastających”

W tej edycji „Gdybym Dorosła” możesz:

  • rozwijać się w ulubionym miejscu, z filiżanką dobrej herbaty, w czasie, który najbardziej Ci pasuje
  • pracować w dowolnym tempie,
  • zdecydować się na udział w całym projekcie,
  • albo wybrać jeden lub kilka interesujących Cię modułów tematycznych.

Jeśli chcesz doświadczyć, jak wzięcie odpowiedzialności za swoje życie doda mu sensu, smaku, radości i głębi; wzmocni Twoje relacje oraz pozwoli Ci cieszyć się w pełni sobą, wyrusz na głęboko transformującą wyprawę z kobietami, które są w podobnym miejscu – będziesz mogła dzielić się z nimi swoimi odkryciami, omawiać trudności i prosić je o wsparcie na forum dyskusyjnym.

 

Więcej informacji, zapisy

 

Podczas programu będziemy pracować z przekonaniami, wykorzystamy metodę „The Work” autorstwa Byron Katie, Nonviolent Communication, narzędzia z metody Zen Coaching, filozofię małych kroków – Kaizen, metodę Mind-Body Bridging, pracę z cieniem, narzędzia pracy z procesem, Living Dance Form oraz wiele innych inspiracji. Plan naszej pracy jest tak zaprojektowany, abyś po zakończeniu programu mogła:

  • poczuć, że mocno stoisz na swoich nogach, a Twoje poczucie dobrostanu nie jest zależne od innych ludzi
  • otworzyć swoje serce i przekroczyć poczucie oddzielenia od innych
  • wieść zintegrowane, pełne sensu i ekscytacji życie, w którym jest wiele radości, głębokich, bliskich relacji i spokojnego poczucia szczęścia
  • wykorzystywać swoje talenty i potencjał, aby służyć innym i inicjować w świecie zmianę, którą chciałabyś zobaczyć
  • czuć, że żyjesz w świecie obfitości, a świat Cię wspiera
  • czuć, że rozkwitasz

W ramach szkolenia online zajmiemy się tematami:

  • Gdybym dorosła… budowanie osobistej mocy,
  • Gdybym dorosła… w związku,
  • Gdybym dorosła… ciało i seksualność,
  • Gdybym dorosła… w rodzicielstwie,
  • 
Gdybym dorosła… w pracy,
  • Gdybym dorosła… w świecie.

Moduł pierwszy: Gdybym dorosła… budowanie osobistej mocy

  • samoakceptacja i empatia dla siebie
  • radzenie sobie ze złością, frustracją, cierpieniem, poczuciem winy
  • świat obfitości, wdzięczność
  • jak zwiększyć wskaźnik „pozytywności” w swoim życiu i zacząć rozkwitać
  • odzyskiwanie wyboru, branie odpowiedzialności za swoje życie
  • moje najważniejsze potrzeby
  • jak „nie zdradzać siebie”
  • stworzenie projektu osobistej zmiany

Moduł drugi: Gdybym dorosła… w związku

  • empatia – podstawa udanego związku, budowanie empatycznego potencjału, empatyczne narzędzia
  • stworzenie misji związku/rodziny
  • akceptacja i rozwijanie miłości bezwarunkowej
  • branie odpowiedzialności za swoją potrzebę miłości, m. in. teoria języków miłości
  • celebrowanie związku i partnera
  • praca z przekonaniami na temat związku
  • praca z oczekiwaniami wobec partnera

Moduł trzeci: Gdybym dorosła… ciało i seksualność

  • mind-body bridging – jak być w ciele tu i teraz
  • współczesne mity i oczekiwania na temat kobiecego ciała: jak się z nimi rozprawić
  • jak docenić swoje ciało
  • jak zakończyć wojnę ze swoim ciałem i dzięki metodzie kai zen (metoda małych kroków) bezboleśnie i skutecznie przestawić się na zdrowe odżywianie, dobre myśli, jak zacząć ćwiczyć
  • odkrywanie, co znaczy dla mnie seksualność
  • seks – strategia na jakie moje potrzeby?

Moduł czwarty: Gdybym dorosła… w rodzicielstwie

  • stworzenie własnej definicji „dobrej matki”, odpuszczenie sobie nierealistycznych oczekiwań
  • godzenie potrzeb: swoich, partnera, rodziny i dzieci
  • jak postawić granice
  • jak przestać się martwić, czy moje dziecko będzie szczęśliwe
  • pożegnanie z etykietą „dziecko”
  • co zamiast kar i nagród
  • radzenie sobie z „nie”
  • empatia dla dzieci, główne dziecięce potrzeby, wspieranie emocji dziecka
  • najważniejsza wiadomość dla naszego dziecka: „Masz znaczenie”

Moduł piąty: Gdybym dorosła… w świecie

  • rozpoznanie swoich rang – jak mogę ich użyć do budowania lepszego świata
  • jak moje wybory wpływają na świat – ekologia, sprawiedliwość społeczna
  • ja w mojej społeczności – jak ją tworzyć i wspierać
  • jak odnaleźć swoje plemię
  • przekraczanie poczucia oddzielenia od innych i budowanie poczucia łączności
  • dzielenie się swoimi darami i talentami – co mogę wnieść do świata, czego nie może wnieść nikt inny

Moduł szósty: Gdybym dorosła… w pracy

  • stworzenie swojej osobistej misji życiowej
  • empatyczna komunikacja w pracy
  • budowanie harmonii między życiem zawodowym a osobistym
  • inteligencja duchowa w pracy
  • budowanie tzw. „ważnego życia”: praca jako służba na rzecz innych
  • jak budować finansową niezależność
  • podsumowanie projektu osobistej zmiany ze spotkania pierwszego, plan na przyszłość

Zapraszam ciepło! Ewa Panufnik

Więcej informacji, zapisy: http://www.dojrzewalnia.pl/wirtualna_dojrzewalnia/

Reklamy

Przestałabym walczyć o miłość, aprobatę i przynależność

22 Maj

niemiesci„Głębokie poczucie miłości i przynależności stanowią nieusuwalną potrzebę wszystkich ludzi w każdym wieku. Zarówno na poziomie biologicznym, kognitywnym, fizycznym, jak i duchowym jesteśmy zaprogramowani na to, by kochać, być kochanym i przynależeć. Kiedy nie udaje nam się zaspokoić tych potrzeb, nie funkcjonujemy tak, jak powinniśmy. Załamujemy się. Rozpada nam się osobowość. Pogrążamy w odrętwieniu. Cierpimy. Krzywdzimy innych. Chorujemy. ” – twierdzi Brene Brown, badaczka wstydu, wrażliwości i autentyczności, autorka „Darów niedoskonałości. Jak przestać się przejmować tym, kim powinniśmy być, i zaakceptować to, kim jesteśmy”. A ja się z nią zgadzam. I postanawiam, że koniec z gonieniem za miłością, staraniem się o nią, zasługiwaniem, walczeniem o aprobatę i przynależność. Wbrew pozorom ma to sens i wcale się nie wyklucza.

Po prostu w ostatnim czasie naprawdę dotarło do mnie to, co wielokrotnie powtarza Byron Katie – że życie polegające na odgadywaniu i spełnianiu oczekiwań innych nigdy nie zapewni nam poczucia, że jesteśmy kochani: „Będziesz próbował stać się kimś innym niż jesteś, a gdy powiedzą: <<Kocham cię>>, nie uwierzysz, ponieważ w rzeczywistości kochają sztuczną atrapę. Zabieganie o miłość innych jest bardzo trudne, a nawet śmiertelnie niebezpieczne. Dążąc do tego, można utracić swoje prawdziwe ja.” A także radość życia, poczucie osadzenia w sobie, życiową energię – dodam z własnego doświadczenia. Brene Brown twierdzi nawet, że powinniśmy rodzić się z ostrzeżeniem, podobnym do tych na paczkach papierosów: „Uwaga, jeśli ze względu na bezpieczeństwo zrezygnujemy z naszej prawdziwości, możemy ucierpieć z powodu lęku, depresji, zaburzeń jedzenia, nałogów, napadów złości, poczucia winy, resentymentów i niewyjaśnionego żalu.”

Szukamy tam, gdzie nie mamy szansy znaleźć – wkładamy ogromnie dużo wysiłku w prezentację swojego wizerunku – w złudzeniu, że podziw innych dla tej wykreowanej, nieistniejącej w rzeczywistości postaci, naszego avatara – da nam społeczną akceptację oraz poczucie, że jesteśmy kochani. Stajemy się ulepszoną, poddaną edycji fasadą na Facebooku, zadowalając się namiastką prawdziwej więzi. Problem w także i w tym, że myli nam się dopasowywanie się z przynależnością. Tymczasem bycie kameleonem tak naprawdę ograbia nas z możliwości poczucia prawdziwego poczucia przynależności. Jeśli ubieram się tak, aby zdobyć akceptację innych; dzielę się z innymi tylko tym, co będzie dobrze tolerowane, a przemilczam rzeczy, które są dla mnie ważne; nie pokazuję swoich lęków i słabości, to uznanie dla tej zmodyfikowanej wersji mnie nigdy nie nakarmi wersji prawdziwej, spragnionej miłości. Według Brene Brown rozróżnienie jest bardzo proste: „Jeśli się dopasowujemy do jakiegoś środowiska, to musimy je najpierw właściwie ocenić, a następnie tak zmodyfikować siebie, aby nas zaakceptowano. Natomiast jeśli przynależymy do jakiegoś środowiska, to nie musimy siebie zmieniać – powinniśmy po prostu pozostać sobą.”

Nie, dziękuję, dłużej nie zamierzam grać w tę nieracjonalną, wyczerpującą grę w zabieganie o miłość i aprobatę, w której nie da się wygrać, a stracić można tak wiele.

Oto mój dzisiejszy manifest: Chcę być kochana dokładnie taka jaka jestem, bez starania się, zmieniania siebie, wysiłków mających na celu przypodobanie się i spełnienie oczekiwań innych, ukrywania tego, co jest dla mnie ważne. Chcę przynależeć bez konieczności ucinania kawałków siebie, zaprzeczania swojemu wewnętrznemu głosowi i nie za cenę rezygnacji z autentyczności.

I podejmuję ryzyko, że to się może nigdy nie wydarzyć. Oraz to, że mogę zostać odrzucona. Niezrozumiana. Niedoceniona. I nawet jeśli, to jest lepsza opcja niż nieustanne wydatkowanie energii na przykrawanie i dostosowywanie siebie do wymagań i pomysłów innych, jaka powinnam być, żeby zasłużyć na ich miłość. W najgorszym wypadku zostanę z satysfakcjonującym poczuciem wewnętrznej integralności i wierności sobie, bycia sobą w pełni. Całkiem przyzwoicie.

Od dzisiaj zatem nie chcę więcej:

– mówić „tak”, jeśli tak naprawdę czuję, że chcę powiedzieć „nie”, tylko po to, by ktoś nic złego o mnie nie pomyślał

– tłumaczyć się

– uzasadniać swojego istnienia

– przepraszać i kajać się, jeśli będzie to tylko wymogiem dobrych manier, a nie mojej głębokiej potrzeby

Chcę za to:

– prosić innych o pomoc w spełnianiu moich potrzeb

– ufać swojemu wewnętrznemu głosowi i go wyrażać

– troszczyć się jednocześnie o innych i o siebie – szukając w miarę możliwości takich rozwiązań, które sprawią, że nikt nie będzie musiał rezygnować z czegoś ważnego dla siebie, aby zaspokoić potrzeby drugiej strony.

Brzmi nieźle, prawda? Tylko, że może wcale nie okazać się takie proste do zrealizowania. Przekonanie, że musimy zasłużyć na miłość zostaje w nas zaszczepione najczęściej we wczesnym dzieciństwie i postępowanie zgodnie z nim staje się swojego rodzaju wieloletnim uzależnieniem. I mimo swej wyczerpującej natury, daje nam też sporo benefitów. Gonienie za miłością może kusić szansą, żeby oddalić się od towarzyszącego nam wciąż niepokoju, pomieszania, wewnętrznej pustki, braku celu i motywacji. W skończeniu z nałogiem nie pomaga nam też kultura, w której żyjemy. Dzięki przekazom w niej obecnym wierzymy, że im bardziej cierpimy, tym większa miłość. Robin Norwood, znana terapeutka rodzinna Z USA, autorka książki „Kobiety, które kochają za bardzo”, dużo pisze o tym, jak bardzo uwodzące może być dla nas spotkanie partnera czy innych osób, z którymi możemy powrócić do odgrywania schematu z dzieciństwa, w którym czułyśmy się niekochane lub niechciane. Pojawia się pokusa uwierzenia, że właśnie z takim partnerem i w związku dostarczającym nam podobnych sygnałów o tym, że na miłość musimy zasłużyć, wreszcie „przepracujemy” nieudane relacje z rodzicami. Ponownie odgrywając role z dzieciństwa, wierzymy, że tym razem uda nam się zapanować nad cierpieniem i bólem wynikającym z poczucia bycia niekochaną. Że zmienimy stosunek partnera do nas i wreszcie dostaniemy to, czego tak bardzo od lat pragniemy. Że wreszcie pokonamy dawne lęki i poczujemy ulgę. Tak jednak się nie stanie.

Po pierwsze – ponieważ wybrałyśmy takiego, a nie innego partnera do tych swoistych potyczek, a po drugie, bo nawet jeśli jakimś cudem uda nam się wygrać i zasłużymy na jego uczucie, tak jak już wspomniałam wcześniej, nie będzie to miłość skierowana do nas, tylko do jakiejś sztucznego tworu, który udało nam się stworzyć wielkim wysiłkiem i dzięki staraniu się, aby doskoczyć do oczekiwań.

Oto zatem mój plan wsparcia w wychodzeniu z uzależnienia od zasługiwania na miłość i przynależność.

Praktyka pierwsza

Świetną odtrutką okazuje się dla mnie sporządzenie listy wyrzeczeń i dostosowań koniecznych do tego, aby otaczający mnie ludzie obdarzyli mnie warunkową miłością i aprobatą:

Żeby zasłużyć na miłość i aprobatę powinnam m. in.: polubić górską wspinaczkę, pozbyć się wszelkich lęków, porzucić zdrowe odżywianie, szybko odpowiadać na maile, przejąć wszystkie przekonania o życiu pewnej osoby i postępować według nich, zawsze mieć przestrzeń na wysłuchanie zwierzeń, być miłą, wyglądać zgodnie z kulturowym ideałem kobiety, ułatwiać życie, przejąć na siebie większość obowiązków, nie potrzebować bliskości, zawsze odbierać telefony, a przynajmniej oddzwaniać, nie wyrażać swoich frustracji, nie mieć żalu, pomagać finansowo, być zawsze uśmiechnięta, nie marznąć, przestać być taka wrażliwa, być bardziej wysportowana, nigdy się nie złościć, przestać mieć swoje potrzeby, itp., itd….

Przebudzające jest uświadomienie sobie, że ta absurdalna lista może być nieskończenie długa, w dodatku niektóre warunki konieczne do zaakceptowania mnie wciąż się zmieniają w zależności od humoru, okoliczności i potrzeb zainteresowanych. To dokładnie syzyfowa praca.

Praktyka druga

Rozprawienie się z przekonaniami mówiącymi o tym, do czego konieczna jest mi aprobata i miłość innych.

Byron Katie twierdzi, że przyczyną naszego uzależnienia od spełniania potrzeb innych w ramach walczenia o ich uznanie i miłość są nieprawdziwe myśli, w które wierzymy bezrefleksyjnie, podobne do poniższych:

Potrzebuję twojej miłości, aby czuć się dobrze, żyć w pełni, potwierdzić swoją wartość, rozkwitnąć.

Jeśli zaniecham starań, nikt nie będzie mnie wspierał.

Jeśli nie będę się starać przykroić do wymagań innych, nigdy nie będę kochana.

Nie mogę być kochana taka jaka jestem.

Bez miłości będę samotna i niepełna.

Tylko miłość zapewni mi dobre samopoczucie, da spokój i bezpieczeństwo oraz sens życia.

Kochać to znaczy potrzebować.

Jeśli muszę się zmienić, by zdobyć cudzą miłość i aprobatę, to musi być we mnie coś złego.

Dobrym sposobem pracy z takimi przekonaniami jest zaproponowana przez Byron Katie metoda czterech pytań:

Czy to prawda?

Czy jestem absolutnie pewna, że to prawda?

Jak się czuję i reaguję, jak traktuję innych, gdy wierzę w taką myśl?

Kim mogłabym być, gdybym w nią nie wierzyła?

Uwielbiam jak tym sposobem Byron rozprawia się na przykład z myślą: Jeśli zaniecham starań, nikt nie będzie mnie wspierał., pokazując jak bez żadnego wysiłku z naszej strony jesteśmy wspierani. Na przykład: wszystkie niesamowite warunki konieczne, abyśmy zaistnieli zostały w nieprawdopodobny sposób spełnione, w naszej drużynie wsparcia są między innymi ci, którzy wzięli udział w procesie przygotowywania jedzenia na naszym stole; ci, którzy nas nauczyli; a nawet siła grawitacji, która sprawia, że możemy funkcjonować na Ziemi. Zachęcam do lektury książki Byron Katie: „Kłamstwa o miłości”, aby w pełni poczuć jak metoda czterech pytań może nas wpierać w transformowaniu bólu związanego z uzależnieniem od miłości.

Lubię czasami pomedytować nad poniższymi pytaniami, proponowanymi przez Byron – pojawia się wówczas we mnie więcej swobody do tego, żeby spróbować jak to jest po prostu być sobą:

  • Jaka jestem, gdy rezygnuję z próby zdobycia miłości aprobaty innych?

  • Kim mogłabym być, gdybym nie wierzyła myśli, że muszę wywierać na innych dobre wrażenie?

  • Kim mogłabym być, gdybym nie wierzyła w myśl, że moje szczęście zależy od kogoś innego?

Praktyka trzecia

Warto przyjrzeć się jednemu szczególnemu przekonaniu, które po bliższej analizie okazuje się propozycją handlową skierowaną do bliskiej osoby:

Jeśli zmienię się dostosowując do twoich oczekiwań, uszczęśliwię Cię, a w konsekwencji ty zmienisz się i uszczęśliwisz w ten sposób mnie.

Cóż, to że w nie głęboko wierzymy ma prostą przyczynę. Jak to podsumowuje Robin Norwood:„Znacznie łatwiejsze i bliższe wydaje się poszukiwanie źródła szczęścia poza sobą niż poddanie się wewnętrznej dyscyplinie, odkrycie własnych zasobów, uczenie się jak wypełnić pustkę wewnątrz, a nie na zewnątrz.” Norwood proponuje, aby przestać się łudzić, że ta transakcja kiedyś dojdzie do skutku i postarać się żyć tak, jakbyśmy nie mogły na nikim polegać. Całkowita samodzielność to dla niej sposób na wykorzystywanie wszystkich naszych talentów oraz na dbanie o te, które trzeba w sobie rozwinąć, aby wieść życie spełnione i pełne satysfakcji, bez nieproduktywnego oglądania się na innych, na których chciałoby się ten obowiązek scedować. „Póki nie rozwiniesz własnych zdolności, nie uwolnisz się od uczucia frustracji. I o tę frustrację będziesz miała żal do swojego partnera, a powodem jest to, że w rzeczywistości nie radzisz sobie z życiem.” Jedną z zalecanych przez nią praktyk jest robienie codziennie dwóch rzeczy, na które nie ma się ochoty: choćby to było zwrócenie wadliwego produktu, czy wykonanie nieprzyjemnego telefonu. Nie tak dawno, nie miałam ochoty pojechać na badanie techniczne samochodu i próbowałam zrzucić ten obowiązek na partnera – poświęciłam wiele energii, by go do tego przekonać. W końcu jednak zdecydowałam się zrobić to sama i była to spora satysfakcja wynikająca z tego, że jestem samowystarczalna.

Kolejnym wpierającym nas działaniem może być według Norwood nauczenie się dawania sobie – czasu, uwagi, rzeczy, na które mamy ochoty. Pytamy siebie, na co mamy dziś ochotę, a potem doświadczamy jednocześnie, co znaczy dawać i otrzymywać. Ostatnio to pytanie wsparło mnie podczas pewnego koncertu. Mimo cudownej muzyki i widowni pełnej zachwyconych widzów, jakoś nie mogłam się zaangażować i cieszyć się słuchaniem. Subtelne sygnały ciała, że nie chcę już tam być udawało mi się najpierw pacyfikować mało racjonalnymi lub dość egocentrycznymi (ponieważ prawdopodobnie błędnie zakładałam, że moje działanie ma znaczenie dla innych) myślami, iż tak nie wypada, nie wychodzi się w środku koncertu, że świadczy to o moim złym guście, że narażę się na coś w rodzaju ostracyzmu, nie dzieląc z innymi pełnego uwielbienia zaangażowania w to wydarzenie (na widowni było sporo dalszych i bliższych znajomych). W pewnym momencie przypomniałam sobie jednak o pytaniu: „Czego ja naprawdę teraz chcę?” – i kiedy je sobie zadałam, jednoznacznie okazało się, że chciałam wyjść, zdążyć na pociąg i wrócić do domu. Więc tak właśnie zrobiłam, przeszłam przez całą widownię i wyszłam. Nie było to zbyt przyjemne, ale z pewnością większy dyskomfort sprawiłoby mi pozostanie na siłę na sali ze strachu przed tym, co pomyślą inni.

Praktyka czwarta

Zmierzenie się z wewnętrzną pustką. Ten etap na pewno się pojawi, jeśli zdecydujemy się pożegnać z uzależnieniem od walczenia o miłość i aprobatę. Dotychczas ta pustka była wypełniana koncentrowaniem się na innych, których należało przekonać, że zasługujemy na miłość. Dobrze byłoby przyjąć ja w pełni, nie starać się jej zapełnić czymś z zewnątrz. Nie zawsze tam będzie, pociesza Robin Norwood: „Odczuwanie jej i zachowanie spokoju umożliwi z czasem wypełnienie tej pustki ciepłem samoakceptacji.” W takim przyjmowaniu może pomóc nam kolejna praktyka.

Praktyka piąta

Jak to trafnie podsumowuje Brene Brown: „Teraz rozumiem, że by naprawdę czuć przynależność muszę być prawdziwa, a do tego jest mi potrzebne ćwiczenie miłości do samej siebie. Przez wiele lat myślałam, że jest odwrotnie: Muszę robić wszystko, co w mojej mocy, by się dopasować, a wówczas poczuję się akceptowana, a przez to polubię siebie. (Męczy mnie już samo myślenie o tym, ile lat tak żyłam. Nic dziwnego, że byłam zupełnie wyczerpana!)”.

W związku z powyższym moją ważną praktyką stanie się więc współczucie i empatia dla siebie samej. Pomocą w tym może być polecany przez Brown serwis http://www.self-compassion.org, gdzie zacząć możemy od wykonania testu, na ile jesteśmy współczujący wobec samych siebie. Ja zdobyłam mało punktów, więc sporo praktykowania przede mną zanim stanie się to moim nawykiem.

Empatia dla siebie nie rożni się w praktyce od empatii, która oferujemy innym w trudnych chwilach.

  1. Najpierw konieczne jest zauważenie, że cierpimy, a potem wczucie się w to wrażenie (co dokładnie odczuwam? Czy to cierpienie wynikające z lęku, frustracji, smutku, żalu, zazdrości, zawiści, desperacji, braku nadziei? Gdzie i jak odczuwam te uczucia w ciele? Jak mogę chwilę z nimi pobyć? Z jakiej niespełnionej potrzeby wynikają?). Nie ignoruję swojego bólu, mogę za to powiedzieć sobie: to naprawdę boli, to trudny czas dla mnie. Jak mogę sobie ulżyć, pocieszyć się, co mogę zrobić, żeby poczuć się lepiej?

  2. Współczucie oznacza również otwarte, pozytywne nastawienie do cierpiącej osoby – w tym przypadku nas samych i oferowanie zrozumienia, a nie osądzanie siebie i krytykę.

  3. Niezwykle ważne jest porzucenie iluzji o tym, że należy i można by perfekcyjnym, oraz uznanie, że cierpienie, porażki i niedoskonałość to nieodłączne części ludzkiego istnienia. Tym sposobem możemy także „załatwić sobie” szybko także swoiste poczucie przynależności – gdy uświadomimy sobie, że dzielimy trudne uczucia i okoliczności, które nam się przytrafiły z całą rzeszą innych ludzi.

  4. Dla mnie pomocne jest także przypominanie sobie, że uczucia, także te mało komfortowe, to tylko nośniki informacji, że jakaś nasza potrzeba nie jest spełniona lub nie i w jakim stopniu.

Praktyka szósta

Kiedy decydujemy się przestać walczyć o miłość, jednym z obszarów, który okaże się wówczas sporym wyzwaniem będzie prawdopodobnie mówienie „nie” – w sytuacjach, kiedy autentycznie czujemy, iż nie chcemy się na coś zgodzić w odpowiedzi na czyjąś prośbę o pomoc, wsparcie, itp.

Przydać się nam wówczas może przypominanie sobie, że moje „nie” oznacza „tak” dla mnie, dla jakieś mojej ważnej potrzeby, której spełnienie byłoby zagrożone, gdybym osobie proszącej nie odmówiła. Czemu więc mówię „tak”?

Odmawianie kojarzy nam się z sytuacją, w której możemy zostać odrzuceni za brak chęci wyjścia komuś naprzeciw, ale jest trudne także i dlatego, że przeważnie szczerze się troszczymy o drugą stronę i wczuwamy się w to, jak nasza odmowa na nią wpłynie, może będzie bolesna, może skojarzy się z kolei z odrzuceniem jej przez nas.

Jak więc mówić „nie” z troską?

  1. Pierwszy krok to przyznanie i wyrażenie tego głośno, że widzę, iż drugiej stronie naprawdę na czymś bardzo zależy i jestem jej pierwszą, może najważniejszą strategią, aby to się mogło dla niego/niej wydarzyć.

  2. Szczere podzielenie się informacją, że z pewnego powodu/ów nie chcę, nie mogę, nie mam ochoty tego zrobić. Najlepiej, gdybyśmy mogli się też podzielić tymi powodami z drugą stroną.

  3. Zaproponowanie innej strategii, która włącza także moje potrzeby pod uwagę i spełnia jednocześnie potrzeby drugiej strony (często jeśli zejdziemy głębiej do potrzeb, okazuje się że taka inna strategia jest jak najbardziej możliwa, choć gdy koncentrowaliśmy się wcześniej na rozwiązaniu, nie było to takie oczywiste).

    W moim związku przez długi czas sprawa sporną i bardzo podgrzewającą negatywne emocje była kwestia wygodnej kanapy przed telewizorem. Dla mnie była idealnym miejscem do cichego relaksu, gdy tymczasem mój partner czasami w takich sytuacjach chciał oglądać telewizję. Wówczas dla mnie kończył się czas odpoczynku. Na jego prośbę, abym przeniosła się gdzieś indziej, nie było we mnie często autentycznego „tak”, więc albo robiłam to ze złością, albo zaczynaliśmy kłótnię, kto ma większe prawo do kanapy – ktoś, kto przyszedł pierwszy, czy ktoś kto chce oglądać telewizję, bo to jedyne miejsce do tego? Wiele kłótni później, sprawa skończyła się szybko, gdy poznałam metodę Nonviolent Communication i kiedy okazało się, że oboje byliśmy przyklejeni do jedynego możliwego według nas rozwiązania. Kiedy zeszliśmy na poziom potrzeb i okazało się, że w moim przypadku nie chodzi tylko o wygodę, ale także o cichy relaks, wpadliśmy na pomysł, że przecież telewizję można oglądać korzystając ze słuchawek. Więc moje autentyczne „nie, nie chcę przenieść się gdzieś indziej” wygenerowało sposób, który w nikim nie buduje poczucia żalu i nadużywania się w imię powiedzenia tak drugiej stronie. Równie dobrze mogło okazać się, że mój partner chce tak desperacko oglądać telewizję, bo potrzebuje oderwania od stresu, a może mieć na to także inne, może nawet bardziej wspierające w tym metody – przejażdżkę na rowerze, czy rozmowę z przyjacielem – patrz następny punkt.

  4. Zaproponowanie pomocy w burzy mózgów, aby pomóc znaleźć strategię, która mnie nie angażuje w sposób, którego nie chcę, a odpowiada na potrzeby drugiej strony.

Praktyka siódma

Poproszenie kogoś bliskiego, komu ufamy, żeby powiedział:

Nie musisz się starać. Możesz być sobą i być kochana. Jesteś wystarczająca taka, jaka jesteś.”

I zauważenie, co nam to robi. Jakie uczucia budzi, jakie myśli przychodzą nam do głowy, gdy to słyszymy? Mnie osobiście usłyszenie tych zdań przynosi duże wzruszenie i poczucie prawdziwej ulgi. Mam wrażenie, jakby nagle świat się powiększał, a moje możliwości rosły.

Praktyka siódma

Uświadamianie sobie jak manipuluję innymi, żeby dostać od nich miłość i aprobatę, i że kosztuje to mnie poczucie oddzielenia od nich – widzę ich wówczas tylko przedmiotowo, jako dostarczycieli „narkotyku”. Oraz poczucie oddzielenia od samej siebie: płacę za to swoją integralnością, rezygnacją z ważnych dla mnie wartości: troski o innych, brania ich pod uwagę, itp.

Praktyka ósma

Nie zawadzi też zauważyć, że gra w walczenie o miłość, aprobatę i przynależność ma zawsze dwie strony. I że często jesteśmy również tą z nich, która określa warunki dla innych. Może odświeżę sobie dawny wpis na ten temat: „Przestałabym kolonizować ludzi”, aby mieć więcej świadomości wokół tego, jak wykorzystuję naturalną potrzebę miłości, głęboko obecną też przecież w innych innych, do stawiania im żądań?

Praktyka dziewiąta

A poniższy cytat przykleję sobie na lustro, żeby łatwiej było mi pozostać na obranym dziś kursie autentyczności i bycia sobą:

Prawdziwą miłością możemy zostać obdarzone dopiero wtedy, gdy odsłonimy się całkowicie. Kiedy odkryjemy, jakie naprawdę jesteśmy, kiedy ujawnimy swoją najprawdziwszą istotę. To ona zostanie pokochana.”, Robin Norwood

Hough