Archiwum | akceptacja RSS feed for this section

Przestałabym walczyć o miłość, aprobatę i przynależność

22 Maj

niemiesci„Głębokie poczucie miłości i przynależności stanowią nieusuwalną potrzebę wszystkich ludzi w każdym wieku. Zarówno na poziomie biologicznym, kognitywnym, fizycznym, jak i duchowym jesteśmy zaprogramowani na to, by kochać, być kochanym i przynależeć. Kiedy nie udaje nam się zaspokoić tych potrzeb, nie funkcjonujemy tak, jak powinniśmy. Załamujemy się. Rozpada nam się osobowość. Pogrążamy w odrętwieniu. Cierpimy. Krzywdzimy innych. Chorujemy. ” – twierdzi Brene Brown, badaczka wstydu, wrażliwości i autentyczności, autorka „Darów niedoskonałości. Jak przestać się przejmować tym, kim powinniśmy być, i zaakceptować to, kim jesteśmy”. A ja się z nią zgadzam. I postanawiam, że koniec z gonieniem za miłością, staraniem się o nią, zasługiwaniem, walczeniem o aprobatę i przynależność. Wbrew pozorom ma to sens i wcale się nie wyklucza.

Po prostu w ostatnim czasie naprawdę dotarło do mnie to, co wielokrotnie powtarza Byron Katie – że życie polegające na odgadywaniu i spełnianiu oczekiwań innych nigdy nie zapewni nam poczucia, że jesteśmy kochani: „Będziesz próbował stać się kimś innym niż jesteś, a gdy powiedzą: <<Kocham cię>>, nie uwierzysz, ponieważ w rzeczywistości kochają sztuczną atrapę. Zabieganie o miłość innych jest bardzo trudne, a nawet śmiertelnie niebezpieczne. Dążąc do tego, można utracić swoje prawdziwe ja.” A także radość życia, poczucie osadzenia w sobie, życiową energię – dodam z własnego doświadczenia. Brene Brown twierdzi nawet, że powinniśmy rodzić się z ostrzeżeniem, podobnym do tych na paczkach papierosów: „Uwaga, jeśli ze względu na bezpieczeństwo zrezygnujemy z naszej prawdziwości, możemy ucierpieć z powodu lęku, depresji, zaburzeń jedzenia, nałogów, napadów złości, poczucia winy, resentymentów i niewyjaśnionego żalu.”

Szukamy tam, gdzie nie mamy szansy znaleźć – wkładamy ogromnie dużo wysiłku w prezentację swojego wizerunku – w złudzeniu, że podziw innych dla tej wykreowanej, nieistniejącej w rzeczywistości postaci, naszego avatara – da nam społeczną akceptację oraz poczucie, że jesteśmy kochani. Stajemy się ulepszoną, poddaną edycji fasadą na Facebooku, zadowalając się namiastką prawdziwej więzi. Problem w także i w tym, że myli nam się dopasowywanie się z przynależnością. Tymczasem bycie kameleonem tak naprawdę ograbia nas z możliwości poczucia prawdziwego poczucia przynależności. Jeśli ubieram się tak, aby zdobyć akceptację innych; dzielę się z innymi tylko tym, co będzie dobrze tolerowane, a przemilczam rzeczy, które są dla mnie ważne; nie pokazuję swoich lęków i słabości, to uznanie dla tej zmodyfikowanej wersji mnie nigdy nie nakarmi wersji prawdziwej, spragnionej miłości. Według Brene Brown rozróżnienie jest bardzo proste: „Jeśli się dopasowujemy do jakiegoś środowiska, to musimy je najpierw właściwie ocenić, a następnie tak zmodyfikować siebie, aby nas zaakceptowano. Natomiast jeśli przynależymy do jakiegoś środowiska, to nie musimy siebie zmieniać – powinniśmy po prostu pozostać sobą.”

Nie, dziękuję, dłużej nie zamierzam grać w tę nieracjonalną, wyczerpującą grę w zabieganie o miłość i aprobatę, w której nie da się wygrać, a stracić można tak wiele.

Oto mój dzisiejszy manifest: Chcę być kochana dokładnie taka jaka jestem, bez starania się, zmieniania siebie, wysiłków mających na celu przypodobanie się i spełnienie oczekiwań innych, ukrywania tego, co jest dla mnie ważne. Chcę przynależeć bez konieczności ucinania kawałków siebie, zaprzeczania swojemu wewnętrznemu głosowi i nie za cenę rezygnacji z autentyczności.

I podejmuję ryzyko, że to się może nigdy nie wydarzyć. Oraz to, że mogę zostać odrzucona. Niezrozumiana. Niedoceniona. I nawet jeśli, to jest lepsza opcja niż nieustanne wydatkowanie energii na przykrawanie i dostosowywanie siebie do wymagań i pomysłów innych, jaka powinnam być, żeby zasłużyć na ich miłość. W najgorszym wypadku zostanę z satysfakcjonującym poczuciem wewnętrznej integralności i wierności sobie, bycia sobą w pełni. Całkiem przyzwoicie.

Od dzisiaj zatem nie chcę więcej:

– mówić „tak”, jeśli tak naprawdę czuję, że chcę powiedzieć „nie”, tylko po to, by ktoś nic złego o mnie nie pomyślał

– tłumaczyć się

– uzasadniać swojego istnienia

– przepraszać i kajać się, jeśli będzie to tylko wymogiem dobrych manier, a nie mojej głębokiej potrzeby

Chcę za to:

– prosić innych o pomoc w spełnianiu moich potrzeb

– ufać swojemu wewnętrznemu głosowi i go wyrażać

– troszczyć się jednocześnie o innych i o siebie – szukając w miarę możliwości takich rozwiązań, które sprawią, że nikt nie będzie musiał rezygnować z czegoś ważnego dla siebie, aby zaspokoić potrzeby drugiej strony.

Brzmi nieźle, prawda? Tylko, że może wcale nie okazać się takie proste do zrealizowania. Przekonanie, że musimy zasłużyć na miłość zostaje w nas zaszczepione najczęściej we wczesnym dzieciństwie i postępowanie zgodnie z nim staje się swojego rodzaju wieloletnim uzależnieniem. I mimo swej wyczerpującej natury, daje nam też sporo benefitów. Gonienie za miłością może kusić szansą, żeby oddalić się od towarzyszącego nam wciąż niepokoju, pomieszania, wewnętrznej pustki, braku celu i motywacji. W skończeniu z nałogiem nie pomaga nam też kultura, w której żyjemy. Dzięki przekazom w niej obecnym wierzymy, że im bardziej cierpimy, tym większa miłość. Robin Norwood, znana terapeutka rodzinna Z USA, autorka książki „Kobiety, które kochają za bardzo”, dużo pisze o tym, jak bardzo uwodzące może być dla nas spotkanie partnera czy innych osób, z którymi możemy powrócić do odgrywania schematu z dzieciństwa, w którym czułyśmy się niekochane lub niechciane. Pojawia się pokusa uwierzenia, że właśnie z takim partnerem i w związku dostarczającym nam podobnych sygnałów o tym, że na miłość musimy zasłużyć, wreszcie „przepracujemy” nieudane relacje z rodzicami. Ponownie odgrywając role z dzieciństwa, wierzymy, że tym razem uda nam się zapanować nad cierpieniem i bólem wynikającym z poczucia bycia niekochaną. Że zmienimy stosunek partnera do nas i wreszcie dostaniemy to, czego tak bardzo od lat pragniemy. Że wreszcie pokonamy dawne lęki i poczujemy ulgę. Tak jednak się nie stanie.

Po pierwsze – ponieważ wybrałyśmy takiego, a nie innego partnera do tych swoistych potyczek, a po drugie, bo nawet jeśli jakimś cudem uda nam się wygrać i zasłużymy na jego uczucie, tak jak już wspomniałam wcześniej, nie będzie to miłość skierowana do nas, tylko do jakiejś sztucznego tworu, który udało nam się stworzyć wielkim wysiłkiem i dzięki staraniu się, aby doskoczyć do oczekiwań.

Oto zatem mój plan wsparcia w wychodzeniu z uzależnienia od zasługiwania na miłość i przynależność.

Praktyka pierwsza

Świetną odtrutką okazuje się dla mnie sporządzenie listy wyrzeczeń i dostosowań koniecznych do tego, aby otaczający mnie ludzie obdarzyli mnie warunkową miłością i aprobatą:

Żeby zasłużyć na miłość i aprobatę powinnam m. in.: polubić górską wspinaczkę, pozbyć się wszelkich lęków, porzucić zdrowe odżywianie, szybko odpowiadać na maile, przejąć wszystkie przekonania o życiu pewnej osoby i postępować według nich, zawsze mieć przestrzeń na wysłuchanie zwierzeń, być miłą, wyglądać zgodnie z kulturowym ideałem kobiety, ułatwiać życie, przejąć na siebie większość obowiązków, nie potrzebować bliskości, zawsze odbierać telefony, a przynajmniej oddzwaniać, nie wyrażać swoich frustracji, nie mieć żalu, pomagać finansowo, być zawsze uśmiechnięta, nie marznąć, przestać być taka wrażliwa, być bardziej wysportowana, nigdy się nie złościć, przestać mieć swoje potrzeby, itp., itd….

Przebudzające jest uświadomienie sobie, że ta absurdalna lista może być nieskończenie długa, w dodatku niektóre warunki konieczne do zaakceptowania mnie wciąż się zmieniają w zależności od humoru, okoliczności i potrzeb zainteresowanych. To dokładnie syzyfowa praca.

Praktyka druga

Rozprawienie się z przekonaniami mówiącymi o tym, do czego konieczna jest mi aprobata i miłość innych.

Byron Katie twierdzi, że przyczyną naszego uzależnienia od spełniania potrzeb innych w ramach walczenia o ich uznanie i miłość są nieprawdziwe myśli, w które wierzymy bezrefleksyjnie, podobne do poniższych:

Potrzebuję twojej miłości, aby czuć się dobrze, żyć w pełni, potwierdzić swoją wartość, rozkwitnąć.

Jeśli zaniecham starań, nikt nie będzie mnie wspierał.

Jeśli nie będę się starać przykroić do wymagań innych, nigdy nie będę kochana.

Nie mogę być kochana taka jaka jestem.

Bez miłości będę samotna i niepełna.

Tylko miłość zapewni mi dobre samopoczucie, da spokój i bezpieczeństwo oraz sens życia.

Kochać to znaczy potrzebować.

Jeśli muszę się zmienić, by zdobyć cudzą miłość i aprobatę, to musi być we mnie coś złego.

Dobrym sposobem pracy z takimi przekonaniami jest zaproponowana przez Byron Katie metoda czterech pytań:

Czy to prawda?

Czy jestem absolutnie pewna, że to prawda?

Jak się czuję i reaguję, jak traktuję innych, gdy wierzę w taką myśl?

Kim mogłabym być, gdybym w nią nie wierzyła?

Uwielbiam jak tym sposobem Byron rozprawia się na przykład z myślą: Jeśli zaniecham starań, nikt nie będzie mnie wspierał., pokazując jak bez żadnego wysiłku z naszej strony jesteśmy wspierani. Na przykład: wszystkie niesamowite warunki konieczne, abyśmy zaistnieli zostały w nieprawdopodobny sposób spełnione, w naszej drużynie wsparcia są między innymi ci, którzy wzięli udział w procesie przygotowywania jedzenia na naszym stole; ci, którzy nas nauczyli; a nawet siła grawitacji, która sprawia, że możemy funkcjonować na Ziemi. Zachęcam do lektury książki Byron Katie: „Kłamstwa o miłości”, aby w pełni poczuć jak metoda czterech pytań może nas wpierać w transformowaniu bólu związanego z uzależnieniem od miłości.

Lubię czasami pomedytować nad poniższymi pytaniami, proponowanymi przez Byron – pojawia się wówczas we mnie więcej swobody do tego, żeby spróbować jak to jest po prostu być sobą:

  • Jaka jestem, gdy rezygnuję z próby zdobycia miłości aprobaty innych?

  • Kim mogłabym być, gdybym nie wierzyła myśli, że muszę wywierać na innych dobre wrażenie?

  • Kim mogłabym być, gdybym nie wierzyła w myśl, że moje szczęście zależy od kogoś innego?

Praktyka trzecia

Warto przyjrzeć się jednemu szczególnemu przekonaniu, które po bliższej analizie okazuje się propozycją handlową skierowaną do bliskiej osoby:

Jeśli zmienię się dostosowując do twoich oczekiwań, uszczęśliwię Cię, a w konsekwencji ty zmienisz się i uszczęśliwisz w ten sposób mnie.

Cóż, to że w nie głęboko wierzymy ma prostą przyczynę. Jak to podsumowuje Robin Norwood:„Znacznie łatwiejsze i bliższe wydaje się poszukiwanie źródła szczęścia poza sobą niż poddanie się wewnętrznej dyscyplinie, odkrycie własnych zasobów, uczenie się jak wypełnić pustkę wewnątrz, a nie na zewnątrz.” Norwood proponuje, aby przestać się łudzić, że ta transakcja kiedyś dojdzie do skutku i postarać się żyć tak, jakbyśmy nie mogły na nikim polegać. Całkowita samodzielność to dla niej sposób na wykorzystywanie wszystkich naszych talentów oraz na dbanie o te, które trzeba w sobie rozwinąć, aby wieść życie spełnione i pełne satysfakcji, bez nieproduktywnego oglądania się na innych, na których chciałoby się ten obowiązek scedować. „Póki nie rozwiniesz własnych zdolności, nie uwolnisz się od uczucia frustracji. I o tę frustrację będziesz miała żal do swojego partnera, a powodem jest to, że w rzeczywistości nie radzisz sobie z życiem.” Jedną z zalecanych przez nią praktyk jest robienie codziennie dwóch rzeczy, na które nie ma się ochoty: choćby to było zwrócenie wadliwego produktu, czy wykonanie nieprzyjemnego telefonu. Nie tak dawno, nie miałam ochoty pojechać na badanie techniczne samochodu i próbowałam zrzucić ten obowiązek na partnera – poświęciłam wiele energii, by go do tego przekonać. W końcu jednak zdecydowałam się zrobić to sama i była to spora satysfakcja wynikająca z tego, że jestem samowystarczalna.

Kolejnym wpierającym nas działaniem może być według Norwood nauczenie się dawania sobie – czasu, uwagi, rzeczy, na które mamy ochoty. Pytamy siebie, na co mamy dziś ochotę, a potem doświadczamy jednocześnie, co znaczy dawać i otrzymywać. Ostatnio to pytanie wsparło mnie podczas pewnego koncertu. Mimo cudownej muzyki i widowni pełnej zachwyconych widzów, jakoś nie mogłam się zaangażować i cieszyć się słuchaniem. Subtelne sygnały ciała, że nie chcę już tam być udawało mi się najpierw pacyfikować mało racjonalnymi lub dość egocentrycznymi (ponieważ prawdopodobnie błędnie zakładałam, że moje działanie ma znaczenie dla innych) myślami, iż tak nie wypada, nie wychodzi się w środku koncertu, że świadczy to o moim złym guście, że narażę się na coś w rodzaju ostracyzmu, nie dzieląc z innymi pełnego uwielbienia zaangażowania w to wydarzenie (na widowni było sporo dalszych i bliższych znajomych). W pewnym momencie przypomniałam sobie jednak o pytaniu: „Czego ja naprawdę teraz chcę?” – i kiedy je sobie zadałam, jednoznacznie okazało się, że chciałam wyjść, zdążyć na pociąg i wrócić do domu. Więc tak właśnie zrobiłam, przeszłam przez całą widownię i wyszłam. Nie było to zbyt przyjemne, ale z pewnością większy dyskomfort sprawiłoby mi pozostanie na siłę na sali ze strachu przed tym, co pomyślą inni.

Praktyka czwarta

Zmierzenie się z wewnętrzną pustką. Ten etap na pewno się pojawi, jeśli zdecydujemy się pożegnać z uzależnieniem od walczenia o miłość i aprobatę. Dotychczas ta pustka była wypełniana koncentrowaniem się na innych, których należało przekonać, że zasługujemy na miłość. Dobrze byłoby przyjąć ja w pełni, nie starać się jej zapełnić czymś z zewnątrz. Nie zawsze tam będzie, pociesza Robin Norwood: „Odczuwanie jej i zachowanie spokoju umożliwi z czasem wypełnienie tej pustki ciepłem samoakceptacji.” W takim przyjmowaniu może pomóc nam kolejna praktyka.

Praktyka piąta

Jak to trafnie podsumowuje Brene Brown: „Teraz rozumiem, że by naprawdę czuć przynależność muszę być prawdziwa, a do tego jest mi potrzebne ćwiczenie miłości do samej siebie. Przez wiele lat myślałam, że jest odwrotnie: Muszę robić wszystko, co w mojej mocy, by się dopasować, a wówczas poczuję się akceptowana, a przez to polubię siebie. (Męczy mnie już samo myślenie o tym, ile lat tak żyłam. Nic dziwnego, że byłam zupełnie wyczerpana!)”.

W związku z powyższym moją ważną praktyką stanie się więc współczucie i empatia dla siebie samej. Pomocą w tym może być polecany przez Brown serwis http://www.self-compassion.org, gdzie zacząć możemy od wykonania testu, na ile jesteśmy współczujący wobec samych siebie. Ja zdobyłam mało punktów, więc sporo praktykowania przede mną zanim stanie się to moim nawykiem.

Empatia dla siebie nie rożni się w praktyce od empatii, która oferujemy innym w trudnych chwilach.

  1. Najpierw konieczne jest zauważenie, że cierpimy, a potem wczucie się w to wrażenie (co dokładnie odczuwam? Czy to cierpienie wynikające z lęku, frustracji, smutku, żalu, zazdrości, zawiści, desperacji, braku nadziei? Gdzie i jak odczuwam te uczucia w ciele? Jak mogę chwilę z nimi pobyć? Z jakiej niespełnionej potrzeby wynikają?). Nie ignoruję swojego bólu, mogę za to powiedzieć sobie: to naprawdę boli, to trudny czas dla mnie. Jak mogę sobie ulżyć, pocieszyć się, co mogę zrobić, żeby poczuć się lepiej?

  2. Współczucie oznacza również otwarte, pozytywne nastawienie do cierpiącej osoby – w tym przypadku nas samych i oferowanie zrozumienia, a nie osądzanie siebie i krytykę.

  3. Niezwykle ważne jest porzucenie iluzji o tym, że należy i można by perfekcyjnym, oraz uznanie, że cierpienie, porażki i niedoskonałość to nieodłączne części ludzkiego istnienia. Tym sposobem możemy także „załatwić sobie” szybko także swoiste poczucie przynależności – gdy uświadomimy sobie, że dzielimy trudne uczucia i okoliczności, które nam się przytrafiły z całą rzeszą innych ludzi.

  4. Dla mnie pomocne jest także przypominanie sobie, że uczucia, także te mało komfortowe, to tylko nośniki informacji, że jakaś nasza potrzeba nie jest spełniona lub nie i w jakim stopniu.

Praktyka szósta

Kiedy decydujemy się przestać walczyć o miłość, jednym z obszarów, który okaże się wówczas sporym wyzwaniem będzie prawdopodobnie mówienie „nie” – w sytuacjach, kiedy autentycznie czujemy, iż nie chcemy się na coś zgodzić w odpowiedzi na czyjąś prośbę o pomoc, wsparcie, itp.

Przydać się nam wówczas może przypominanie sobie, że moje „nie” oznacza „tak” dla mnie, dla jakieś mojej ważnej potrzeby, której spełnienie byłoby zagrożone, gdybym osobie proszącej nie odmówiła. Czemu więc mówię „tak”?

Odmawianie kojarzy nam się z sytuacją, w której możemy zostać odrzuceni za brak chęci wyjścia komuś naprzeciw, ale jest trudne także i dlatego, że przeważnie szczerze się troszczymy o drugą stronę i wczuwamy się w to, jak nasza odmowa na nią wpłynie, może będzie bolesna, może skojarzy się z kolei z odrzuceniem jej przez nas.

Jak więc mówić „nie” z troską?

  1. Pierwszy krok to przyznanie i wyrażenie tego głośno, że widzę, iż drugiej stronie naprawdę na czymś bardzo zależy i jestem jej pierwszą, może najważniejszą strategią, aby to się mogło dla niego/niej wydarzyć.

  2. Szczere podzielenie się informacją, że z pewnego powodu/ów nie chcę, nie mogę, nie mam ochoty tego zrobić. Najlepiej, gdybyśmy mogli się też podzielić tymi powodami z drugą stroną.

  3. Zaproponowanie innej strategii, która włącza także moje potrzeby pod uwagę i spełnia jednocześnie potrzeby drugiej strony (często jeśli zejdziemy głębiej do potrzeb, okazuje się że taka inna strategia jest jak najbardziej możliwa, choć gdy koncentrowaliśmy się wcześniej na rozwiązaniu, nie było to takie oczywiste).

    W moim związku przez długi czas sprawa sporną i bardzo podgrzewającą negatywne emocje była kwestia wygodnej kanapy przed telewizorem. Dla mnie była idealnym miejscem do cichego relaksu, gdy tymczasem mój partner czasami w takich sytuacjach chciał oglądać telewizję. Wówczas dla mnie kończył się czas odpoczynku. Na jego prośbę, abym przeniosła się gdzieś indziej, nie było we mnie często autentycznego „tak”, więc albo robiłam to ze złością, albo zaczynaliśmy kłótnię, kto ma większe prawo do kanapy – ktoś, kto przyszedł pierwszy, czy ktoś kto chce oglądać telewizję, bo to jedyne miejsce do tego? Wiele kłótni później, sprawa skończyła się szybko, gdy poznałam metodę Nonviolent Communication i kiedy okazało się, że oboje byliśmy przyklejeni do jedynego możliwego według nas rozwiązania. Kiedy zeszliśmy na poziom potrzeb i okazało się, że w moim przypadku nie chodzi tylko o wygodę, ale także o cichy relaks, wpadliśmy na pomysł, że przecież telewizję można oglądać korzystając ze słuchawek. Więc moje autentyczne „nie, nie chcę przenieść się gdzieś indziej” wygenerowało sposób, który w nikim nie buduje poczucia żalu i nadużywania się w imię powiedzenia tak drugiej stronie. Równie dobrze mogło okazać się, że mój partner chce tak desperacko oglądać telewizję, bo potrzebuje oderwania od stresu, a może mieć na to także inne, może nawet bardziej wspierające w tym metody – przejażdżkę na rowerze, czy rozmowę z przyjacielem – patrz następny punkt.

  4. Zaproponowanie pomocy w burzy mózgów, aby pomóc znaleźć strategię, która mnie nie angażuje w sposób, którego nie chcę, a odpowiada na potrzeby drugiej strony.

Praktyka siódma

Poproszenie kogoś bliskiego, komu ufamy, żeby powiedział:

Nie musisz się starać. Możesz być sobą i być kochana. Jesteś wystarczająca taka, jaka jesteś.”

I zauważenie, co nam to robi. Jakie uczucia budzi, jakie myśli przychodzą nam do głowy, gdy to słyszymy? Mnie osobiście usłyszenie tych zdań przynosi duże wzruszenie i poczucie prawdziwej ulgi. Mam wrażenie, jakby nagle świat się powiększał, a moje możliwości rosły.

Praktyka siódma

Uświadamianie sobie jak manipuluję innymi, żeby dostać od nich miłość i aprobatę, i że kosztuje to mnie poczucie oddzielenia od nich – widzę ich wówczas tylko przedmiotowo, jako dostarczycieli „narkotyku”. Oraz poczucie oddzielenia od samej siebie: płacę za to swoją integralnością, rezygnacją z ważnych dla mnie wartości: troski o innych, brania ich pod uwagę, itp.

Praktyka ósma

Nie zawadzi też zauważyć, że gra w walczenie o miłość, aprobatę i przynależność ma zawsze dwie strony. I że często jesteśmy również tą z nich, która określa warunki dla innych. Może odświeżę sobie dawny wpis na ten temat: „Przestałabym kolonizować ludzi”, aby mieć więcej świadomości wokół tego, jak wykorzystuję naturalną potrzebę miłości, głęboko obecną też przecież w innych innych, do stawiania im żądań?

Praktyka dziewiąta

A poniższy cytat przykleję sobie na lustro, żeby łatwiej było mi pozostać na obranym dziś kursie autentyczności i bycia sobą:

Prawdziwą miłością możemy zostać obdarzone dopiero wtedy, gdy odsłonimy się całkowicie. Kiedy odkryjemy, jakie naprawdę jesteśmy, kiedy ujawnimy swoją najprawdziwszą istotę. To ona zostanie pokochana.”, Robin Norwood

Hough

Reklamy

Uwierzyłabym, że jestem ok

5 Lu

nie okZaczyna się w niemowlęctwie, już wówczas uczymy się wychwytywać czy ważne osoby – rodzice lub inni opiekunowie są z nas zadowoleni i dostosowywać się do ich, wyrażonych mniej lub bardziej wprost, oczekiwań – od tego przecież zależy nasze przeżycie i spełnienie fundamentalnych życiowych potrzeb.

Potem jest już tylko gorzej: przechodzimy do ery „grzecznych chłopczyków” i „grzecznych dziewczynek” albo „łobuzów”, „niewdzięcznic”, „leniów” i „ty mnie wykończysz” czyli etykietowania nas pod różnymi względami – otoczenie na rożne sposoby daje nam znać, czy jesteśmy ok czy nie. Najczęściej nie. Uczymy się zatem, że to na zewnątrz istnieje źródło, które ma prawo zdecydować o naszej wartości i wielu prawach (np. prawie do doświadczania miłości, uwagi, troski). Zamiast mocno stanąć na własnych nogach, stajemy się jak wiotkie drzewa na wietrze – zależne od jego kaprysów.

Później dochodzi szkoła, z jej głównym komunikatem – „coś jest z tobą nie tak i zaraz ci to udowodnię” i kultura konsumpcyjna, która na tysiące mniej lub bardziej subtelnych sposobów wciska nam przekaz – jeszcze nie jesteś ok, ale już za chwilę – gdy kupisz kolejny produkt lub usługę – może się to zmienić i poczujesz wreszcie ulgę. Tak się oczywiście nie stanie. W tym scenariuszu nigdy nie osiąga się mety, a poprzeczka w wyścigu do poczucia się wreszcie ok  jest podnoszona wyżej i wyżej. Nie jesteś i nie będziesz ok.

Można podsumować, że żyjemy w cywilizacji opartej na tym, że prawie wszyscy jej uczestnicy wierzą w kilka wielkich kłamstw:  „Ja nie jestem ok”, „Ty/Wy nie jesteś/cie ok”, „Ona/ona/oni nie są ok”.

Byron Katie, autorka metody The Work mówi o tym tak: ” Większość ludzi od dzieciństwa przeznacza ogromną ilość energii na niestrudzone poszukiwanie tych rzeczy, posługując się rozmaitymi metodami mającymi zagwarantować, że zostaną dostrzeżeni, zadowolą druga osobę, zrobią na niej wrażenie i zdobędą jej miłość. Uważają, że na tym polega sens życia.”

Praktyka

Pierwszy krok to uświadomienie sobie, że choć to najprawdopodobniej nasi rodzice byli pierwotnymi autorami przekazu „Nie jesteś ok”, dziś nie muszą nic już robić. Robimy to za nich – dogłębnie zinternalizowaliśmy przekaz, że musimy się zmienić, by zasłużyć na miłość, bycie widzianym, zrozumianym, docenionym, wziętym pod uwagę. Potrzebna jest więc decyzja, że chcę zmienić komunikat, który do siebie kieruję na: „Jestem ok, bo po prostu istnieję” lub „Istnieję, więc jestem ok”. Dla mnie pomocne są słowa  Piotra Fijewskiego z książki „Jak rozwinąć skrzydła”: „Daję sobie prawo do istnienia. Jestem na tym świecie i mam prawo tu być. Mam prawo istnieć i akceptuję to, niezależnie od tego, na ile i komu jestem potrzebny i co inni myślą o mnie i moim myśleniu, Mam prawo do własnych potrzeb i przyjemności, podobnie jak inni ludzie. mam prawo do korzystania ze swoich osobistych praw. Mam prawo do robienia tego, co chcę, dopóki nie rani to kogoś innego. ”

Praktyka

Kolejny krok to umocnienie tego przekonania w sobie. Tutaj pomocne mogą być następujące praktyki:

  • Stworzenie listy osób, od których w ciągu swojego życia dostałaś/dostajesz  przekaz: „Jesteś ok”.
  • Jeden z nauczycieli duchowych – Adyashanti – opowiadał jak w dzieciństwie doszedł do bardzo zdrowego wniosku, że dorośli są szaleni – wierzą w rzeczy, które nie istnieją, przejmują się rzeczami, które nie są ważne, nie cieszą się życiem. Zauważmy, że większość z nas na podstawie tego, co mówili do nas i o nas dorośli, wysnuła zupełnie odmienny, nieprawdziwy i bardzo obciążający dla nas wniosek – że to z nami jest coś nie tak… A gdyby tak, skonstatować dziś – jak mówi moja znajoma do swoich synów, gdy przybiegają ze skargą: „Mamo, on powiedział, ze jestem głupi!” – on się po prostu pomylił? On, ona, oni – byli w błędzie – nie widzieli mojej prawdziwej natury, mojej niezbywalnej i stałej wartości biorącej się stąd, ze żyję. Uff, nagle życie jawi się w nowym świetle, z ramion spada wielki ciężar. Oni się pomylili…
  • Powtarzanie sobie „jestem ok” i rozkoszowanie się uczuciem jedności z życiem, które to wywołuje. Ja wyobrażam sobie, że mówię to do siebie na rożnych etapach rozwoju: niemowlaka, małego dziecka, nastolatki, teraz …
  • Bardzo dobrze działa na mnie podpowiedziany przez terapeutkę sposób – gdy spotykamy się z niezrozumieniem, brakiem docenienia, itp. , możemy sobie powiedzieć: „On, ona, oni nie są jeszcze na mnie gotowi”:-), a w przypadku, gdy czujemy, że ktoś próbuje przekazać nam, że nie zasługujemy na miłość – „To on/ona/oni nie zasługują na mnie”.
  • Piękna podpowiedź z metody Mind-Body Bridging: Zamknij oczy, wsłuchaj się w dźwięki płynące z otoczenia i poszukaj wewnątrz siebie swojego uszkodzenia. Gdy naprawdę skontaktujemy się ze sobą, nie sposób go znaleźć. Czujemy, ze jesteśmy pełni i kompletni, niczego nam nie brakuje i wszystko jest dokładnie takie, jak ma być.
  • Byron Katie proponuje zastanowić się, czego nie lubimy w zabieganiu o aprobatę innych oraz kim jesteśmy, gdy rezygnujemy z prób zdobycia miłości i uznania innych. „Jak postępujesz, gdy sądzisz, że potrzebujesz miłości innych ludzi? Czy stajesz się niewolnikiem ich aprobaty? Czy prowadzisz sztuczne życie, ponieważ nie potrafisz myśleć, że możesz zostać odrzucony? Czy starasz się odgadnąć ich oczekiwania, a później usiłujesz je spełnić? Szczerze mówiąc, w ten sposób nigdy nie zdobędziesz ich miłości. Będziesz próbował stać się kimś innym niż jesteś, a gdy powiedzą „kocham cię”, nie uwierzysz, ponieważ w rzeczywistości kochają sztuczna atrapę. Zabieganie o miłość innych jest bardzo trudne, a nawet śmiertelnie niebezpieczne. Dążąc do tego można utracić swoje prawdziwe ja. „
  • Zapytanie siebie: Jaka mogłaby być inna moja motywacja do działania niż potrzeba aprobaty?
  • Zapytanie siebie: Jakie ważne potrzeby chcę spełnić próbując dostosować się do oczekiwań innych, którzy ewentualnie wydadzą werdykt „Jesteś ok”? Miłości, akceptacji, przynależności, bezpieczeństwa, kontaktu, doświadczania troski…? Jak mogę spełniać te potrzeby nie rezygnując z siebie, bez poświęcania się i dopasowywania?
  • Uświadomienie sobie, jak mało  skuteczną strategią (a nawet nieco szaloną:-)) jest nieustannie próbować zasłużyć na miano „osoby ok” – potrzeby i oczekiwania innych zmieniają się jak w kalejdoskopie, są często ze sobą sprzeczne (np. dziecko chce, abyś była osobą bardziej wyrozumiała, mąż – bardziej stanowczą w byciu matką. Szef – więcej czasu spędzała w pracy, córka – w domu, itd.). Można oszaleć miotając się w tym wszystkim.
  • Zadawanie sobie codziennie pytań: „Co w sobie kocham?”,  „Za co się dziś doceniam?” oraz „Jak świat mnie wspiera?” (będziecie oszołomieni na ile rożnych sposobów – musicie więc być ok)
  • Czego nie robię, bo boję się, że dostanę komunikat „Nie jestem ok”? Co najgorszego by się stało, gdybym to zrobiła? Czy odważę się sprawdzić?
  • Zauważenie nieustannej presji, którą na siebie wywieramy, nigdy nie dając sobie prawa, by być takimi, jacy jesteśmy: zrób listę, jaki/a powinnaś się stać: bystrzejsza, kreatywniejsza, bardziej skuteczna w pracy, bogatszy, szczęśliwszy, silniejsza, piękniejsza, mniej agresywny, bardziej decyzyjny, bardziej niezależna, chudsza, lepsza jako matka, bardziej zorganizowany, itp. itd. Na pewno uderzy Cię długość i okrucieństwo płynące z tego spisu podstawowej nie-akceptacji siebie. Oraz nierealność tych oczekiwań.
  • Miki Kashtan – trenerka Nonviolent Communication z USA dzieli się swoją praktyką, a jest nią mówienie sobie – moja wartość jest taka sama jak wszystkich ludzi, którzy żyli przede mną, żyją teraz i będą żyć.
  • Przypominanie sobie, ze wszyscy pochodzimy z dokładnie tego samego  Źródła, czymkolwiek ono jest – jesteśmy manifestacją energii, kreatywnej siły, która nas stworzyła.
  • Uświadomienie sobie ile energii poświęcamy na to, by robić „właściwe rzeczy”. Właściwe – z punktu widzenia innych. A gdyby tak włożyć tę energię w rzeczy właściwe dla mnie, dla mojej duszy? Jak wyglądałoby moje życie?

Praktyka

Krok trzeci – uświadomienie sobie jak swoimi działaniami podtrzymuję w innych poczucie, że nie są ok i praca w kierunku zmiany tej postawy.

  • Zauważenie jak użytkuję innych próbując czy zmusić ich do tego, by zaspokajali moją potrzebę bycia ok. Czy widzę w pełni mojego partnera , moje przyjaciółki, moich rodziców, współpracowników, adoratorów? Co tracę przez takie ograniczone patrzenie? Przede wszystkim  kontakt  żywym człowiekiem – a nie z narzędziem do spełniania moich potrzeb.
  • Jak używam manipulacji „Nie jesteś ok” w stosunku do innych, których chcę „zmusić” do podporządkowania się moim potrzebom, żądaniom czy wizji świata?
  • Czy dzielę świat na tych, którzy są ok, bo mają podobną wizję świata jak ja i obcych, którzy jej nie podzielają? Jakie potrzeby próbuję w ten sposób spełnić? Bezpieczeństwa, stabilności, przewidywalności, bycia ok właśnie? Co tracę? Czy poczuie takiego oddzielenia nie jest bolesne?
  • Koniec z plotkowaniem. Pięknie analizuje to zjawisko Avikal E. Constantino w książce „Freedom to be Yourself. Mastering the Inner Judge”. Według autora plotkujemy, bo przeżywamy wówczas chwilę ulgi – sprzymierzając się z naszym wewnętrznym krytykiem wobec kogoś innego, nie musimy sobie radzić z oskarżeniami wobec siebie samych. Przez chwilę czujemy, ze wiemy, co jest słuszne, czujemy się lepsi od innych. Jednak to broń obosieczna, bo ma bardzo negatywny wpływ na nasze relacje i podtrzymuje kulturę „nie bycia ok” i daje siłę wewnętrznemu krytykowi. Ulga zaś jest tylko chwilowa.

Byron Katie trochę żartobliwie,  a trochę nie,  mówi, że kiedy wchodzi do sali pełnej ludzi jest pewna, że wszyscy ją kochają. Tylko o tym jeszcze nie wiedzą:-) Jak rozumiem, jeszcze nie przebudzili się na  tyle, aby widzieć swoją i innych prawdziwą naturę – a tego właśnie nam wszystkim życzę.

Przestałabym kolonizować ludzi

8 Mar

Naprawdę to robię. Często zapominam, że inni nie są tu po to by spełniać moje potrzeby. A więc osądzam, manipuluję, krytykuję, gniewam się, wycofuję, sabotuję, dąsam, ochładzam uczucia wobec tego kogoś, kto niekoniecznie chce wyjść mi naprzeciw. Alden Josey, psychoanalityk cytowany przez Jamesa Hollisa w książce „Odnaleźć sens w drugiej połowie życia” uważa, że „skrycie dążymy do skolonizowania drugiej osoby i, podobnie jak większość mocarstw, mnożymy racjonalizacje, mające usprawiedliwić nasze dążenie do zaspokojenia własnych interesów”. Mocna metafora, która sprowokowała mnie do zatrzymania się i przyjrzenia w jaki sposób ja uzurpuję sobie prawo do wykorzystywania innych. Największy podbój odbywa się na pewno na polu bliskiej relacji. Tutaj najłatwiej pomylić bliską osobę z rodzicami (w dodatku idealnymi) i oczekiwać, że nasze potrzeby będą dla niej zawsze na pierwszym miejscu. Gdy się tak nie dzieje, zaczyna się walka o władzę. Jeśli się nie zmienisz, odejdę… Jeśli dalej będziesz robił to, co mi się nie podoba, przestanę cię kochać….będę nieszczęśliwa. Będę wściekła. Obdarzę cię niechęcią. Odgrodzę murem. Nie będę się z tobą kochać. Wycofam swoją aprobatę. Wsparcie.
Wytłumaczeń, dlaczego postępujemy w ten sposób, jest kilka. Czytaj dalej

Przestałabym zdradzać siebie

25 Sty

Przeżyłam kiedyś zdradę emocjonalną w bliskim związku i było to doświadczenie niezwykle bolesne. Ale ostatecznie stało się też bardzo budujące.

Żałoba i próby pogodzenia się z tym, co się wydarzyło trwały wiele długich miesięcy. Najtrudniejsze było zrozumienie: jak to możliwe, że najbliższy (przynajmniej z założenia) człowiek mógł się zdecydować na takie działanie, wiedząc, jaki to przyniesie mi ból. Bardzo pomocna była wówczas dla mnie empatia:  spojrzenie oczami drugiej osoby i próba zobaczenia jakie potrzeby próbowała spełnić. Kiedy udało mi się naprawdę poczuć, że temu mężczyźnie chodziło o to, aby doświadczyć, że żyje pełną piersią i że nie znalazł na to wielkie pragnienie innej, mniej raniącej strategii, paradoksalnie jako jedno z wielu uczuć poczułam wdzięczność. Konfrontacja z tą sytuacją wprowadziła bowiem do naszego związku życie i przepływ, którego wcześniej bardzo brakowało.

Jeszcze skuteczniejszym wsparciem była metoda odwróceń proponowana przez Byron Katie: każdą sprawiającą wielkie cierpienie myśl typu: „On mnie zdradził!” zamieniałam na jej odwrócenia: „To ja zdradziłam jego.” oraz „To ja zdradziłam siebie.” Czytaj dalej

Pamiętałabym, że czułość zaczyna się od szacunku

8 Gru

Na początku związku na etapie zakochania czułość przychodzi nam automatycznie, wraz z namiętnością i zaufaniem, że jesteśmy bezpieczni i kochani. Po mniej więcej dwóch latach namiętność zmienia się w intymność i wówczas, jeśli o nią świadomie nie zadbamy, czułość zniknie z naszego związkowego pejzażu. Ostatnio bardzo za nią tęsknię – żeby jej doświadczać od partnera, ale jeszcze bardziej aby nią obdarzać. Kojarzy mi się z otwartym sercem, przepływem, obcowaniem z drugim człowiekiem w wielkiej delikatności i zachwycie, w swoim najlepszym wydaniu. Piotr Fijewski w wywiadzie dla Magazynu Charaktery określił czułość „siostrą miłości”, stanem wzruszenia drugą osobą, poruszenia emocjonalnego w bliskim empatycznym kontakcie. A jego żona, Maria Fijewska dodaje: „Czułość jest okazaniem delikatności i uznania  dla wartości, jaką jest druga osobą”.

Zainspirowała mnie rozmowa z moją psychoterapeutką i jej przekonanie, że po zakochaniu bazą i warunkiem koniecznym czułości w związku jest szacunek do partnera czy partnerki. Czytaj dalej