Archiwum | Uncategorized RSS feed for this section

Wychodziłabym poza linię

15 Lu

limitsKilka dni temu moja córka, która zazwyczaj bardzo lubi rysować, wyrzuciła ofiarowaną jej przez kogoś kolorowankę. Po krótkim śledztwie udało się ustalić, że straciła cały zapał do rysowania i kolorowania ponieważ „wychodzi poza linie”. Zrobiło mi się smutno, od jej urodzenia starałam się być bardzo uważna, jeśli chodzi o komentarze, że coś powinna robić w jeden konkretny sposób. Niestety, świat ma swoje sposoby, żeby przemycić nam tę wiadomość – jak się okazało bardzo wcześnie. Mojej córce pewnie przekazała ją niania, a córce mojej znajomej panie w przedszkolu (wydało się, gdy któregoś dnia mała z płaczem zaparła się, że do przedszkola nie pójdzie). I tak to się toczy.

Prosta, wydawałoby się, informacja często formatuje całe nasze życie, wpływa na wybory, których dokonujemy i decyduje o tym, jak bardzo się umniejszamy, żeby tylko nie przekroczyć rożnego rodzaju wytyczonych nam przez innych „linii”.

Czego się tak boimy? Co najgorszego mogłoby się nam wówczas przydarzyć? Komuś może się nie spodobać to, co powiemy. Zrobimy. Narysujemy. Zaśpiewamy. Wyrazimy opinię. Może nas wówczas odrzucić. Ocenić. Skrytykować. Uznać, że nie zasługujemy na akceptację, przynależność, szacunek, uznanie. Nie, nie zamierzam tu dawać złudzeń, że tak nie będzie. Choć świat z niecierpliwością czeka na to, aż zdecydujemy się ujawnić nasze najbardziej wrażliwe, kreatywne i najbardziej nasze części, jednocześnie stanie się to wielkim wyzwaniem dla tych, którzy nie są gotowi na taki krok. Bo zakwestionuje ich pozostawanie w ramach wytyczonych linii jako jedyną sensowną opcję.

Jakiś czas temu miałam okazję doświadczyć takiej właśnie reakcji. Któregoś dnia ze zdziwieniem zauważyłam, że do mojej skrzynki mailowej zaczynają spływać setki bardzo napastliwych w tonie i treści komentarzy dotyczących mojego wcześniejszego postu na tym blogu – „Usunęłabym ze słownika etykietę dziecko„. Jeszcze większym zaskoczeniem była informacja, że w ciągu kilku godzin wpis przeczytało ponad dziesięć tysięcy osób. Okazało się, że ktoś postanowił umieścić link do niego w popularnym serwisie, w którym internauci dzielą się swoimi znaleziskami z rożnych miejsc w sieci. Oczywiście link został opatrzony bardzo negatywnym komentarzem, który sformatował dyskusję – to było dość przerażające, a jednocześnie fascynujące – obserwować ten festiwal nienawiści zupełnie obcych mi ludzi, którzy poczuli się urażeni, dotknięci, zniesmaczeni, oburzeni, itp. moimi poglądem i filozofią wychowania mojego dziecka. W setkach komentarzy w owym serwisie krytykowano moje podejście, życzono mi tego, co najgorsze, proponowano, co powinno się ze mną zrobić, nie przebierając w epitetach przewidywano jak źle skończy moja córka wychowywana w taki właśnie sposób, wyszydzano i obrażano mnie na rożne sposoby. Słowem – gdyby to było możliwe, pewnie domagano by się publicznego linczu. A wszystko z powodu tego, że podzieliłam się z innymi tym, w co naprawdę żywo wierzę – aby dzieci traktować z z takim samym szacunkiem jak dorosłych.

Cóż, nie byłam na to przygotowana i w pierwszej chwili przeżyłam swego rodzaju szok. Nie chodziło o krytykę – trudno mi było potraktować większość anonimowych komentarzy poważnie z powodu ich formy, a także braku merytorycznych argumentów. Po prostu przeraziło mnie z lekka jak mało trzeba „wyjść poza linię”, żeby wywołać taki poziom cynizmu i agresji w innych. I to jest mój moment wyboru – mogłabym uznać to wydarzenie za dobrą nauczkę na przyszłość – zostałam przywołana do porządku – lepiej nie mówić niczego, co nie jest zgodne z obowiązującym przekonaniem większości na jakiś temat. Lepiej się nie wychylać. To przecież tylko moje prywatne zdanie, nie muszę się nim dzielić z innymi. Zgoda. Ale jestem też świadoma, że zamilknięcie z powodu takiego doświadczenia byłoby pewnego rodzaju duchowym samobójstwem – uznaniem, że moja wewnętrzna prawda jest mniej ważna niż prawda, w którą wierzy większość (a może jednak – mam nadzieję – mniejszość, ale ta bardziej „walcząca”).

Z wypiekami na twarzy przeczytałam wywiad z Marią Peszek dla Gazety Wyborczej (z 14 lutego 2014), która opowiada, że mimo doświadczeń z różnorodnymi komentarzami po jej poprzednich płytach, skala reakcji po utworze „Jezus Maria Peszek” zaskoczyła ją i przerosła. Mimo świadomości, że mówi o rzeczach kontrowersyjnych dla wielu osób w naszym kraju, agresywne komentarze i ich skala ją bolały. Chcąc w jakiś sposób wyjść temu naprzeciw, umożliwiła wszystkim dorysowywanie do klatek z jej klipu dowolnych treści. Opowiada: „Odzew – trzydzieści tysięcy odpowiedzi w trzy tygodnie. A nich cała Polska. Wszystko, co w nas kipi. Fobie i furie – ta fala okrucieństwa dokonującego się na moje twarzy była obezwładniająca. Penisy, swastyki, pejsy. Pogrupowaliśmy to i zmontowaliśmy, zachowując proporcje. I gdy patrzysz na ten klip, widzisz głownie fiuta w ustach i noże podrzynające mi gardło.” Peszek mówi, że to było dewastujące doświadczenie i można się po takim rozsypać, a jednocześnie można to potraktować jako kawałek wiedzy o Polsce i dalej robić swoje; mówić o prawie do inności i wyrażania swojego światopoglądu (co nie jest równoznaczne z narzucaniem go innym).

Hmmm, pozostawanie w ramach mainstreamowych granic na pewno jest bezpieczne, a szczerość co do swoich wewnętrznych światów na pewno może niektórych maksymalnie prowokować. Ja jednak nie wyobrażam sobie, że mogłabym kupić sobie bezpieczeństwo za taką ogromną cenę.

Dlatego postanowiłam stworzyć sobie Program wspierający wychodzenie poza linię.

Krok pierwszy. Rozpoznanie skąd biorą się nasze lęki.

Bardzo mnie ciekawi, dlaczego tak bardzo boimy się odrzucenia, że czasami jesteśmy gotowi sprzedać własną duszę?

Na trop odpowiedzi wpadłam czytając książkę Brene Brown, badaczki wrażliwości, zatytułowaną „Z wielką odwagą”. Brene, opierając się na wynikach między innymi swoich badań pisze: „Jesteśmy psychologicznie, emocjonalnie, kognitywnie i duchowo zaprogramowani na odczuwanie więzi, przynależności i miłości. (…) To właśnie one nadają sens i znaczenie naszemu życiu. Wstyd to strach przed zerwaniem więzi – to lęk, że coś, co zrobiliśmy lub to, czego zaniechaliśmy, ideał którego nie udało nam się zrealizować, bądź cel, którego nie osiągnęliśmy czynią nas niegodnymi więzi z innymi ludźmi.”

To dlatego tak bardzo chronimy się przed odczuwaniem wstydu„ dlatego często decydujemy się nie wychylać. Co więcej – gdy nie umiemy się przeciwstawić wstydowi, z dużym prawdopodobieństwem zdecydujemy się na niszczące nas zachowania lub atakowanie i zawstydzanie innych.

Brene Brow przestrzega: „Jeśli chcemy radzić sobie z rozczarowaniami, bolesnymi doświadczeniami i zranionymi uczuciami, które są nieuniknione w życiu przeżywanym w pełni, to nie możemy utożsamiać porażki z byciem niegodnym miłości, przynależności i radości. Jeśli tak zrobimy, to nigdy się nie odsłonimy i nie spróbujemy ponownie.” Dzięki Brene łatwiej mi zobaczyć, że moje działania, to co powiedziałam, stworzyłam, zaprezentowałam oraz ich odbiór, nie mają nic wspólnego z moim poczuciem wartości. Nie są ich żadnym wyznacznikiem. Pokazują czym się zajmuję, ale nie kim naprawdę jestem.

Krok drugi: Rozpoznanie co tracimy nie decydując się na wyrażanie siebie

Warto jak najczęściej przypominać sobie drugą stronę medalu – co tracimy chroniąc się przed odczuwaniem wstydu – możemy wówczas dosłownie zmarnować życie – nie nawiązać głębokich relacji, nie wnieść do świata naszego unikalnego wkładu. Jak pisze Pam Grot, autorka książki „Living Big”: może okazać się, że zamiast biegać z wilkami, wiosłujemy na skraj przepaści z lemingami. Nawołuje ona do tego, żeby tworzyć i wyrażać siebie, ponieważ jeśli tego nie zrobimy, będziemy skazani na tęsknotę, niespełnienie, stracimy szansę doświadczenia swojego wewnętrznego bogactwa i piękna.

Głęboko przemawia do mnie to, co pisze Julia Cameron, autorka kultowej książki „Droga artysty. Jak wyzwolić w sobie twórcę”: „Twórczość to naturalny porządek życia. Życie jest energią – czystą energią twórczą.”, „Wyrzekanie się twórczości jest samowolą, sprzeczną z naszą prawdziwą naturą.” I jeszcze: „Nasze twórcze marzenia i tęsknoty pochodzą z boskiego źródła. Podążając za nimi, przybliżamy się do boskości.”

Zinternalizowanie przykazania, że nie można w kolorowance wychodzić poza naszkicowane kontury wydaje się banalne i niegroźne, ale prostą drogą prowadzi do tego, by już zawsze tych ram wszędzie szukać i się do nich dopasowywać. Do oglądania się zawsze, zanim się wypowiemy, na innych i przewidywania, czy nasza wypowiedź zyska ich aprobatę. Do rezygnowania z wyrażenia siebie, jeśli przewidujemy, że nie. Do całkowitego zamilknięcia w końcu, bo lepiej nie ryzykować, bo a nuż. Do pozostawienia człowieka, który potrzebuje pomocy leżącego na ulicy, bo nikt inny nie zdecydował się pomóc, więc i my nie wyjdziemy przed szereg. Do pasywnego zgadzania się na bezduszne, krzywdzące nas lub innych propozycje polityków, bo protestując zawsze się komuś narazimy.

Sześcioletnie dziecko mojej znajomej uczęszcza do klasy, w której uczniowie tak boją się swoje nauczycielki, że znerwicowane, co dziesięć minut muszą chodzić do toalety. Rodzice są bardzo zaniepokojeni i oburzeni, ale nikt jeszcze nie odważył się zareagować, bo „co jeśli tylko ja to zrobię i nauczycielka zemści się na moim dziecku? Wolą więc zostawić dzieci same z problemem i dużym emocjonalnym dyskomfortem, bo a nuż… Tak, nie wolno przekraczać linii, bo pani będzie zła. To wciąż w nas żywy przekaz.

Pam Grot zachęca do buntu: ” Nasi nauczyciele rysunku objawiają nam zasady: ” Trawa jest zielona, a niebo niebieskie.” Dlaczego posłuchaliśmy? Jak ktoś inny może wiedzieć, jakiego koloru jest twoja trawa? Jak ktoś inny może wiedzieć, jakie nuty masz zaśpiewać? Wiedzą, co jest właściwe dla nich, ale nie mają żadnego pojęcia, co jest dobre dla ciebie.”

Chcę, aby moje życie było większe niż strach. Kiedy nie wyrażam tego, co dla mnie ważne, w co wierzę, czego pragnę dla świata, przede wszystkim zdradzam siebie. Mimo ryzyka decyduję się zatem, że będę wychodzić poza linię i przed szereg. To niezbędny warunek, żeby czuć, że żyję.

Krok trzeci. Nauczenie radzenia sobie z sobie z niekonstruktywną krytyką (skierowana do mnie i ode mnie)

Dziesiątki komentarzy pod wspomnianym wcześniej postem poświęconym szacunkowi należnemu także dzieciom, zawierały wyłącznie niewybredną i czasami wulgarną ocenę mojej poczytalności z powodu imienia jakie nosi moja córka. Brene Brown z kolei wspomina jak po wystąpieniu na TED wiele nienawistnych komentarzy poświęconych było jej wyglądowi, wadze, itp. Dla mnie ogromne pomocne byłoby zrozumienie skąd ta miażdżąca, niemerytoryczna krytyka się bierze? Brene z wielkim zaangażowaniem analizuje i opisuje tarcze, które sprawiamy sobie, żeby nie odczuwać bolesnego poczucia wstydu. Na jedną z nich składają się cynizm, krytycyzm, tumiwisizm i okrucieństwo. To tarcza, która może stać się jednocześnie bronią – dzięki której można spróbować „zadawać rany ludziom, którzy są wrażliwi i sprawiają, że czujemy się niekomfortowo. Jeśli należymy do osób, które „nie praktykują wrażliwości”, nic nie wywoła w nas większego poczucia zagrożenia, chęci podjęcia ataku i zawstydzania innych osób, niż widok kogoś, kto wykazuje się wielką odwagą. Odważne zmagania drugiego człowieka są dla nas jak niepokojąca tafla lustra, która odbija nasze własne lęki związane z wyjściem do ludzi, bycie twórczym i odsłonięciem się. Dlatego właśnie tak się miotamy. Gdy jesteśmy świadkami okrucieństwa, możemy być niemal pewni, że zostało sprowokowane czyjąś wrażliwością.”

Wspomniana wcześniej Julia Cameron przypomina, że wstyd jest narzędziem kontroli. Zawstydzamy kogoś, by powstrzymać go przed zachowaniem, które wprawia nas w zakłopotanie. Klasyczne zabijanie posłańca z niekorzystną wiadomością w nadziei, że magicznie zlikwiduje to samą wiadomość.

Może być też tak, że cyniczne i napastliwe krytykowanie to dla niektórych jedyny sposób, jaki znaleźli, aby ktoś ich zobaczył i usłyszał. Albo żeby poczuć przez chwilę ulgę projektując swoje poczucie zawstydzenia na innych. To podejście bardzo pomogło mi nabrać dystansu – ale nie w sensie, że czuję się lepsza od krytykujących mnie w ten sposób. Pozwoliło zobaczyć w tym działaniu wyraz ogólnoludzkiego, dotyczącego także mnie, bólu związanego ze wstydem. A jednocześnie stać się bardziej świadomą, kiedy ja wpadam w taki mechanizm i umożliwić sobie wówczas wybór, czy chcę zdecydować się na taką krótkoterminową i mało skuteczną strategię podnoszenia sobie poczucia własnej wartości.

Brene przestrzega, by nie przestać się całkowicie troszczyć o to, co inni ludzie sobie pomyślą – wówczas moglibyśmy stracić naszą umiejętność tworzenia więzi i nie skorzystać z ważnej informacji zwrotnej jak nasze działania wpływają na innych. Jednak jednocześnie nie można poddawać się skierowanej do nas nienawiści – aby nasz duch nie został złamany.

Jako dawna perfekcjonistka, Brene bardzo przeżywała każdą krytykę i negatywną ocenę jej prac, prezentacji, itp. Po wystąpieniu na konferencji TED przez trzy dni nie wychodziła z domu, bo cierpiała na coś w rodzaju wrażliwościowego kaca i zawstydzenia, że podzieliła się z pięciuset osobami swoją bezbronnością (wówczas jeszcze na szczęście nie wiedziała, że wspomniany występ obejrzy 6 milionów internautów:-) Brene wypracowała w końcu dla siebie własne wytyczne, od kogo chce, a od kogo nie, przyjmować informację zwrotną. Dla mnie są one bardzo pomocne:

  • bierze pod uwagę przede wszystkim opinie osób, które są „na arenie”, zajmują się podobną tematyką i też czasami narażają własną bezbronność na ocenę dzieląc się swoimi przemyśleniami czy wynikami pracy.
  • druga ważną grupą, której zdanie się dla niej liczy, są naprawdę bliskie osoby, ich nazwiska nosi dla przypomnienia spisane na karteczce umieszczonej w portfelu. Osoby kochające ją zarówno za jej mocne strony, jak i za jej słabości.

Podoba mi się też jej podejście do komentarzy internetowych: „Wykaż się wielka odwagą i umieść swoje imię i nazwisko przy swoich komentarzach internetowych. Jeśli nie czujesz się komfortowo, podpisując się pod nimi, to nie wypowiadaj ich. Jeśli natomiast jesteś administratorem portalu, którego użytkownicy pozostawiają komentarze, to powinieneś się wykazać wielką odwagą i skłonić ich do podpisywania się i używania prawdziwych nazwisk, czyniąc wspólnotę odpowiedzialną za tworzenie atmosfery pełnej wzajemnego szacunku.”

Julia Cameron z kolei proponuje, żeby odróżniać krytykę użyteczną od szkodliwej: jeśli wypowiedź jest pełna lekceważenia, ośmieszania czy ogólnego potępienia, zawstydzająca, oceniająca bez wskazania konkretnych faktów i propozycji ich ulepszenia – nie jest ci do niczego potrzebna, bo niczego nie uczy. Krytyka przydatna często wywołuje ulgę, że wreszcie wiemy co zmienić, aby udoskonalić to, co stworzyliśmy.

A jeśli dopadnie cię wstyd lub lęk, że wyrażając siebie narazisz się na odrzucenia, zaryzykowałaś utratę miłości, że nikt nie będzie cię chciał? Powiedz sobie jak jedna z bohaterek książki „Living Big”: „Ja siebie chcę.”

A potem zadzwoń do jednej lub dwóch najbliższych osób i opowiedz im o tym, jak boleśnie odczuwasz wstyd i co do tego doprowadziło. Według Brene Brown to jedna z najlepszych metod, aby wstyd zniknął – podzielenie się swoją historią z kimś, kto bez oceniania, za to z empatią, nas wysłucha. Jako propagatorka empatii doświadczyłam dziesiątków, jeśli nie setek takich małych cudów – zarówno, gdy ktoś ze zrozumieniem wysłuchiwał mnie, jak i gdy mogłam taką jakość słuchania i wsparcia zaoferować innym. W magiczny sposób rozpuszcza to przekonanie: „Nie jestem wystarczająco dobry/a, żeby być godny/a miłości, przynależności, zainteresowania.”

Wierzę Brene, że jeśli chcemy żyć w pełni, całym sercem, musimy wykazać się wielką odwagą i pozwolić się zobaczyć. Powtarzam więc sobie za nią: „Poczucie własnej wartości to prawo przysługujące mi od urodzenia” i skaczę. Trzymajcie kciuki.

P.S. Rysunek towarzyszący temu odcinkowi (Limits live only in my head) został zainspirowany kursem kreatywności „Taking Flight”, którego celem jest między innymi wsparcie kobiet w wyrażaniu swojej wewnętrznej prawdy:-)

Zmieniłabym swoją życiową narrację

27 Maj

Jeśli założyć, że większość decyzji w naszym życiu podejmujemy w oparciu o przekonania na temat siebie i świata, które sformułowaliśmy w dzieciństwie, całkiem niegłupim pomysłem wydaje mi się myśl, aby im się dokładnie przyjrzeć. Mogły bowiem wspierać nas gdy byliśmy mali i zależni od innych, ale teraz niepotrzebnie hamują nasz rozwój i ograniczają życiowe możliwości. Czas zmienić swoją życiową narrację – najczęściej nie ma bowiem rzeczywistych podstaw.

Natalia de Barbaro, w majowo-czerwcowym numerze magazynu Coaching, w artykule „Jak zachować wewnętrzną młodość czyli wojna maja z listopadem”, przywołuje psychologię narracyjną, która „opiera się na założeniu, że umysł myśli historiami. Kluczowa dla naszego życia jest narracja, jaką powiadamy sobie o sobie samych. Uważamy się za wybrańców losu albo za tego losu ofiary, za (nie)godnych miłości, za utalentowanych lub tępych. Wszystkie te przekonania mają moc samospełniających się przepowiedni.” Autorka bierze pod lupę przekonania dotyczące tego na ile młodzi się czujemy i pięknie pokazuje konsekwencje narracji, która opiera się na wierze, że w pewnym wieku wszystko, co dobre, już się dla nas stało (już nie zostaniemy kimś innym, nie ujawnimy nowych cech, niczego nowego się nie nauczymy, niczego ciekawego nie doświadczymy), versus takiej, która opiera się na ciekawości: kim jeszcze mogę się stać, dokąd pojechać, dokąd dążę, czego mogę spróbować?

Już jakiś czas temu zaczęłam się przyglądać opowieści, na której przez długie lata budowałam swoje poczucie tożsamości, oraz skutkom takiego wyboru oraz badać możliwości, które pojawiają się, kiedy przestaję traktować ją tak poważnie i jednostronnie. Okazało się to dobrym punktem wyjścia do zakwestionowania i zabawy z wieloma innymi wątkami mojego i nie tylko, życia.

W dzieciństwie opowiadano mi następująca historię: „podczas porodu (który wydarzył się miesiąc wcześniej niż powinien) utknęłaś twarzyczką w kanale rodnym – a działo się to w szpitalu, w którym nie wykonywano jeszcze wówczas cesarskiego cięcia – po wielu godzinach, kiedy trafiłaś do właściwego szpitala, ledwo cię więc odratowali przy porodzie, byłaś już całkiem sina” – i na długie lata uwierzyłam, że dostałam to życie przypadkiem, że nie do końca na nie zasługuję, życie skleiło mi się ze śmiercią, nieustannie wypatrywałam zagrożeń, a sama sobie wydawałam się słaba i delikatna.

A gdyby te samą historię opowiedzieć sobie inaczej: byłam taka silna i zdecydowana żyć, że mimo najgorszych okoliczności (poród zaczął się już w szóstym miesiącu) nie poddałam się, wytrwałam, przetrwałam, moim przeznaczeniem było po prostu żyć. Jak to wiele zmienia! Nagle czuję, że mogę góry przenosić, zaczynam dostrzegać dowody swojej wielkiej siły i hartu ducha w wielu swoich działaniach. A moje ciało wibruje energią i mocą.

Jakie jeszcze mało wspierające historie inni nam opowiedzieli i opowiadają? Jakie opowieści snujemy o samych sobie? Co by się stało, gdybyśmy przestali w nie wierzyć i stworzyli sobie inne, wzmacniające nas wersje?

  • Mówią: twoje emocje świadczą o twojej słabości i przez lata starasz się zapanować nad uczuciami, wypierając je i udając, że nic nie czujesz albo wstydząc się i obwiniając za to przepływające przez ciebie życie. Ideałem stają się dla ciebie mężczyźni spędzający 80 godzin w tygodniu w pracy, uzależnieni od internetu, albo codziennego kieliszka wina, żeby tylko nie poczuć, że coś czują.A gdyby tak powiedzieć sobie: Moje emocje świadczą o tym, że żyję, że pozwalam temu życiu płynąć, że mam siłę i odwagę doświadczać trudnych uczuć, umiem szukać wsparcia, ryzykuję zranienie, kiedy się otwieram, ale i tak decyduję się to robić, bo bez bycia autentyczną moje życie nie miałoby sensu? I wesprzeć się słowami , które napisał John Bradshaw w książce, „Powrót do swojego wewnętrznego domu”: „(…) twoje uczucia stanowią część twojej siły. Są psychicznym paliwem, które skłania do czynu, żebyś mógł zaspokoić swoje potrzeby. Sygnalizują ci niebezpieczeństwo, mówią, kiedy stajesz się obiektem przemocy i kiedy tracisz coś cennego.” Brandon Bays, twórczyni metody The Journey, przez ostatnie trzy dni przekonywała mnie i innych uczestników The Journey Intensive, że to właśnie zablokowane, niewyrażone emocje są źródłem wielu chorób i problemów oraz szkodzących nam życiowych wzorców. Doświadczenia samej Brandon (19 lat temu wyleczyła się dzięki emocjonalnemu procesowi z raka wielkości piłki koszykówki) i setek praktyków jej metody wskazują, że ich uwolnienie często pozwala odzyskać zdrowie i emocjonalną równowagę. A nawyk ich swobodnego odczuwania i niewypierania, bycia z nimi, kiedy się pojawiają to świetna prewencja.
    Praktyka
    A gdyby często w ciągu dnia pytać siebie: Co czuję teraz? Gdzie w ciele to odczuwam? Czy mogę powiedzieć temu „tak” i objąć miłością, zejść do rdzenia tego uczucia i być w nim?


    Praktyka

    A gdyby, kiedy zauważę, że robię coś, co mi nie służy – sięgam po kolejnego papierosa, kolejnego drinka, tabliczkę czekolady, siadam na kolejną godzinę do komputera, kupuję kolejną niepotrzebną rzecz, zapytać siebie, co było chwilę przed tym działaniem, co czułem/łam? Jakiej emocji chciałam/łem uniknąć? Co w niej jest takiego trudnego? Czy mogę teraz zdecydować się w niej pobyć?

  • Mówią: silny nikogo nie potrzebuje, a kiedy całą sobą tęsknisz za głębokimi więziami z innymi i gdzieś głęboko czujesz, że czerpiesz z nich wielkie spełnienie, starasz się o tym zapomnieć i w samotności zagryzając zęby, udajesz, że wszystko zawdzięczasz sobie. A gdyby tak powiedzieć sobie: Tęskniąc za wspólnotą wyrażam istotę człowieczeństwa. Nawet w dorosłym życiu, wbrew temu, co się nam sugeruje i w co chcielibyśmy wierzyć, nasze życie w niezliczonych aspektach zależy od innych – producentów jedzenia na naszych talerzach, budowniczych naszych domów, lekarzy, nauczycieli, przyjaciół… Angela Meiers, edukatorka ze Stanów Zjednoczonych wymyśliła i prowadzi kampanię społeczną, która bardzo mnie inspiruje i wzrusza. Jest przekonana, że jeśli mielibyśmy przekazać dzieciom jedną rzecz, która miałaby im pomóc radzić sobie w naszym skomplikowanym świecie, powinna to być wiadomość: „Masz znaczenie” – oraz masz w sobie potencjał, który może zmienić na lepsze życie innych ludzi, zmienić na lepsze świat. „Jesteś ok” nie wystarczy – każdy potrzebuje wiedzieć, że jest niezbędną częścią całości – że może wzbogacać życie innych. Tak zostaliśmy zaprogramowani, to kwestia DNA. Chcemy mieć pewność, że nasze życie ma znaczenie dla innych i dla ich dobrobytu, że robi różnicę. Zachęcam anglojęzyczne osoby do obejrzenia dwóch wystąpień Angeli – naprawdę warto: http://www.youtube.com/watch?v=FzhckPAl1Ek oraz http://www.youtube.com/watch?v=7FHdHUzRnms
  • Mówią: jeśli rzucasz świetnie opłacaną pracę w korporacji jesteś słaba/y ( i w dodatku niezbyt rozsądna/y), bo tam udaje się przetrwać tylko najsilniejszym. To oni odnoszą prawdziwy życiowy sukces.A gdyby tak powiedzieć sobie: Jestem niesamowicie silna, bo znajduję w sobie odwagę, by iść za głosem swojej pasji, wnosić do świata to, co jest moim prawdziwym talentem, na swoich własnych warunkach. Boję się, ale ufam, że życie prowadzi mnie w dobrym kierunku i ryzykuję – po to by moje życie miało głębię i sens. Prawdziwy sukces to nie tylko wysokie saldo na koncie, okupione brakiem relacji, więzi i życiowej harmonii. Oto jak mówi o tym Paul McKenna: „Autentyczne bogactwo to dobre zdrowie i prawdziwe szczęście. To posiadanie rodziny i przyjaciół, z którymi możesz dzielić się intymnymi i przyjemnymi doświadczeniami, z którymi możesz się śmiać, którzy cię stymulują i fascynują. To poczucie, że dajesz coś światu i że twoje życie jest wartościowe.”,
  • Mówią: jeśli nie wyglądasz jak kobiety z magazynów o modzie, nie zasługujesz na szczęście, uwagę, życiowy sukces i miłość i wierzysz w to, próbując poprawić się w każdym calu, zadając ból swojemu ciału, nie kochając go i nie ciesząc się tym, co pozwala Ci w życiu robić. Jesteś przekonana, że zgodny z kanonami wygląd to najlepsze, co możesz ofiarować światu, i jednocześnie podstawowy warunek sukcesu i poczucia życiowego spełnienia. A gdyby tak powiedzieć sobie: „Gdyby piękno prowadziło do szczęścia, wszyscy urodziwi ludzie pławiliby się w wiecznej radości, a mniej atrakcyjni byliby nieszczęśliwi. Lekarze kierowaliby pacjentów na operacje plastyczne i kursy makijażu, zamiast przepisywać leki przeciwdepresyjne. (…) Piękno nie uodparnia na klęski. Pomagają natomiast wysoka samoocena, pozytywne postrzeganie ciała i wiara w umiejętność radzenia sobie z życiowymi trudnościami.” (Linda Papapadopoulos, „Lustereczko powiedz przecież… Rewolucja w myśleniu o własnym wyglądzie”.) Pragnienie bycia kimś innym sprawia, że umniejszam to, kim jestem i odmawiam sobie jedynej rzeczy, która może mnie uszczęśliwić – samoakceptacji. Zamiast dążyć do idealnej urody – mogę dążyć do najzdrowszej, najszczęśliwszej wersji siebie, a ciało potraktować jako wehikuł, który pomaga cieszyć się życiem. A gdyby pamiętać, że kanony piękna wyznacza polityka i kultura – cały czas się zmieniają i są niedoścignione. Zgodzić się z Lindą Papapadopoulos, że najwyższym osiągnięciem kobiet nie jest piękno zewnętrzne, ale przede wszystkim kompetencje, umiejętności, dojrzałość, piękno wewnętrzne: pozytywny stosunek do innych, siebie i życia. A mężczyźni mogą przede wszystkim pragnąć kobiet pewnych siebie, które umieją się cieszyć swoim i ich wewnętrznym pięknem.
    Praktyka

    A gdyby pytać siebie: Jak mnie wspiera moje ciało? Co jest możliwe dzięki niemu? Co jest możliwe dzięki zmysłom? Za co mogę być wdzięczna ciału? (np. odczucie przepływu podczas biegu, doznania bliskości podczas seksu z ukochanym, satysfakcja płynąca z dobrego jedzenia, zachwyt nad pięknym widokiem, itp…)


    Praktyka

    Gary M. Douglas, w swojej książce: „Divorceless Relatioships”, zachęca do następującego eksperymentu: Zamknij oczy i postaraj się poczuć swoje granice – nie granice swojego ciała, ale granice siebie. Czy to możliwe? Czy nie jest tak, że gdziekolwiek popatrzysz, tam jesteś? Otwórz oczy, ta przestrzeń, której doświadczałaś, która jest wszędzie i jest nieskończona – to ty. Jesteś nieskończoną istotą. Opierając się na tym doświadczeniu, zadaj sobie pytanie, czy możesz się zatem zmieścić w czymś tak małym jak twoje ciało? Czy raczej ciało zawiera się w Tobie? Twoje ciało zawiera się w tobie, nie Ty w Twoim ciele.

  • Mówią: jesteś słaba, bo boisz się latać samolotem i przez lata wierzysz, że choć latasz wiele razy do roku, lęk, który wówczas odczuwasz, tylko potwierdza twoją słabość. A gdyby tak powiedzieć sobie: mam w sobie ogromną siłę, bo decyduję konfrontować się ze swoim strachem i mimo fobii leciałam już ponad 50 razy. Jeśli coś jest dla mnie ważne, potrafię pokonać każdy lęk na drodze to tego celu.
  • Mówią: jesteś słaba, bo jesteś kobietą. Rządzą tobą hormony, przydarzają ci się syndromy napięcia, trudne dni i miesiączki, które najlepiej powinnaś ukrywać przed innymi, bo to powód do wstydu. A gdyby tak powiedzieć sobie, słowami Izy Sznajder autorki książki „Kobieta, księżyc i czerwona sukienka”: Jesteśmy w pewien sposób uprzywilejowane. Aby doświadczyć swojej mocy i przynależności do wszechświata, nie musimy wędrować, szukać przygód i niebezpieczeństw. Naszą wielką przygoda jest doświadczenie swojego ciała i uczuć, które w nim żyją. Nasza krew pomaga nam co miesiąc realizować ten zamiar. Poprzez swoje ciało kobieta odczuwa to, co jest wieczne.(…) Menstruacja to ogromny dar, ponieważ w sposób bezpośredni przypomina kobiecie o potędze natury i niejako zmusza ją do przeżywania oraz kontemplowania tej potęgi. Świadomie, uważnie przeżyta menstruacja to także akt pokory, który skłania do wsłuchiwania się w głos serca i budzi tęsknotę za poszukiwaniem źródła swojej prawdziwej tożsamości. (…) Nie chodzi tylko o to, że wraz z pierwszym okresem możesz już mieć dzieci, zostać matką. Krew mówi znacznie więcej, mówi o tym, że jesteś częścią całości, rytmem wszechświata, podlegasz zmianom cyklicznym tak, jak pory roku, fazy księżyca, przypływy i odpływy, oceanu. Mówi o prastarym źródle kobiecej natury. Przypomina o losie wszystkich kobiet, uczy, że jesteśmy takie same, lecz jedyne w swoim rodzaju, że dzielimy ten sam ból, niepokój i radość. Pokazuje ci, że stałaś się dorosła, niezależna, i masz możliwość odnaleźć przesłanie swojego życia. Uczy powagi i lekkości chwili, Pokazuje cie twoją moc. Uczy, ze masz w sobie zdolność do pokonywania wszystkich przeciwności losu. Pokazuje ci alchemię twojego ciała i opowiada o jego pięknie i mądrości. Wreszcie mówi, że czas niestrudzenie wywiera wpływ na twoje życie, pokazuje, że coś się w nim zaczyna, coś kończy. Uczy, że jesteś i że przemijasz.” Praktyka

    A gdyby podczas najbliższej miesiączki zatrzymać się na 10 minut? Sprawdzić, jakie uczucia pojawiają się w moim ciele. Jakie odczucia pojawiają się w moim podbrzuszu? O co prosi mnie ciało? O głęboki oddech, moment zatrzymania, o zauważenie napięcia, zauważenie ważnej tęsknoty, docenienie, dłuższy odpoczynek? Jak ciało pokazuje mi moją wewnętrzną prawdę?

     

  • Mówią: twój partner jest odpowiedzialny za twoje szczęście, a jego miłość lub jej brak świadczy o twojej wartości. Możesz otworzyć serce tylko jeśli dana osoba spełni wymyślone przez ciebie warunki – zachowa się w określony sposób, nigdy cię nie zrani, da ci emocjonalną pewność.A gdyby tak powiedzieć sobie: To wielka pułapka – w ten sposób mogę przeżyć całe życie nie pozwalając miłości we mnie płynąć i zasilać mnie i innych. Potrafię zaznawać szczęścia i pełni życia w stopniu większym niż mi się zdaje. Często jednak nie sięgam po szczęście, gdyż wierzę, że to czyjeś zachowanie mi nie pozwala. Ignoruję obowiązek rozwijania i ulepszania siebie, bo uparcie próbuję przeobrażać innych.Praktyka
    A gdyby, jak proponuje amerykańska trenerka metody Nonviolent Communication, Miki Kasthan, zobowiązać się przed sobą: „Nawet kiedy moje potrzeby są w dużym stopniu niespełnione, decyduję się, ze moje serce pozostanie otwarte. Jeśli zauważę, że pogrążam się w ocenach, złości i negatywnych emocjach, poszukam pomocy, aby je przetransformować i spotkać drugą osobę z miłością.”

    Praktyka
    David Deida dużo pisze o otwieraniu serca jako drodze do realizacji naszej pełni. Dla mnie to jedno z podstawowych dorosłych zadań. W trakcie dzieciństwa i dojrzewania musiałyśmy zbudować wokół siebie wiele ochronnych warstw, niekiedy nawet całkiem poważny pancerz. Podobnie jak nasze serca, także i nasze miednice od wielu lat mogą być zaciśnięte, usztywnione i spragnione spontaniczności i życia. Jednym z prowadzących do rozluźnienia, przepływu i pełni sposobów, które sugeruje Deida jest „święty taniec”: „(…) jeśli kochasz tańczyć, możesz użyć tańca do swojej praktyki. Być może pamiętasz czas, kiedy tańczyłaś i czułaś, że jesteś totalnie otwarta, jakbyś poddawała się sile miłości i życia… i jakby to one tańczyły przez ciebie. Jak się wtedy poruszałaś? Co czułaś w sercu? Jako tańcząca, żywa miłość, w jaki sposób twoje stopy dotykają podłoża? Co czujesz w nogach? Gdy tańczysz tak cała otwarta, co czujesz pomiędzy nogami i w swoich lędźwiach – seksualnie, energetycznie, fizycznie? Co czujesz w brzuchu u klatce piersiowej, gdy muzyka wchodzi w ciebie i wibruje w całym ciele? Co pokazuje ekspresja twojej twarzy, ramion, dłoni? Jak miłość porusza cie i promieniuje poprzez całe twoje ciało? Raduj się tańcem jako prawdziwą duchową praktyką, odkrywając, w jaki sposób tańczyć, aby twoje serce się otwierało, a ciao oddychało żywe niczym pełnia miłości. Jak masz tańczyć teraz, aby ciało i serce otwierało się na głębokie przyjmowanie każdej chwili i aby życie wyrażało miłość przez cały dzień? Jak możesz tańczyć przez kolejne lata, aby nawet kiedy ciało będzie się starzeć i więdnąć, twoje serce mogło otworzyć się jeszcze pełniej, tak szeroko, jak przepływająca chwila i błyszczeć promienna radością do wszystkich?”

  • Mówią: nieudane, traumatyczne dzieciństwo i toksyczni rodzice sprawili, że nie możesz mieć głębokich, karmiących relacji i wieść szczęśliwego życia. A gdyby tak powiedzieć sobie: Moi rodzice też byli skrzywdzonymi dziećmi, które stanęły przed ogromnym zadaniem – rodzicielstwem. Obwiniając ich, stoję w miejscu, tracę z oczu możliwość rozwoju i fakt, że teraz ja jestem odpowiedzialna za swój dobrobyt.

    PraktykaJohna Bradshaw, amerykański psycholog, autor książki „Powrót do swego wewnętrznego domu. Jak odzyskać i otoczyć opieką swoje wewnętrzne dziecko”, proponuje następujące doświadczenie – „Idź do parku, popatrz na trawę, kwiaty, ptaki, drzewa i zwierzęta. To wszystko należy do wszechświata. Stanowi nieodłączną część stworzenia. Ty także masz tu swoje miejsce. Masz prawo być tutaj, tak samo jak ptaki, pszczoły, drzewa i ptaki. Należysz do tej Ziemi. Witaj!”

    Praktyka

    A gdyby powtarzać sobie to, czego nie usłyszałaś/łeś od rodziców, a co bardzo potrzebowałaś/łeś usłyszeć: np., jak podpowiada Bradshaw: „Bóg się ucieszył, gdy przyszłaś na świat”. „Zasługujesz na to, żeby mieć to, czego pragniesz.”„Nigdy nie było kogoś takiego jak ty. Jesteś niepowtarzalny/a, jedyny/a w swoim rodzaju”, „Chcę cię wysłuchać. Widzę cię.”, „Wszystko, co czujesz, jest ok.”, „To normalne, że się boisz.”, „Cieszę się, że chcesz być sobą.”,„To dobrze, że jesteś inna, że masz swoje własne poglądy na rożne sprawy.”, „To dobrze, że badasz i odkrywasz, kim jesteś.”

    Praktyka
    A gdyby zbierać dowody, że świat nie jest miejscem przerażającym i niebezpiecznym, a wręcz mi sprzyja ( Wewnętrzne Dziecko często było straszone i jest przesadnie ostrożne). Doceniać to, co mi się udało. Codziennie podsumować jak świat mnie wspierał tego dnia. Zrobić listę rzeczy, o których marzę, ale których się boję i zastosować metodę małych kroków, żeby się do nich zbliżać i zacząć je realizować?

  • Mówią: musisz manipulować innymi, aby sprawić, żeby twoje potrzeby zostały zaspokojone. Inni są zainteresowani tylko swoim dobrem, więc musisz ich odpowiednio podejść, żeby zadbać o siebie. A gdyby tak powiedzieć sobie: Moje potrzeby są piękne, pokazują, jak przepływa przeze mnie życie. Inni z radością chcą przyczyniać się do mojego dobrobytu (to jedna z podstawowych ludzkich potrzeb) – kiedy mają wybór i nie czują się do tego zmuszani. PraktykaA gdyby prosić, a nie żądać? Sprawdzić, jaka będzie moja reakcja na odmowę? Czy moją intencją jest, aby inni zrobili to, o co proszę tylko, jeśli sami tego chcą? Czy też zgadzam się, by spełnili to, o co proszę kierowani poczuciem obowiązku, winy, strachu przed konsekwencjami? Jeśli spotkawszy się z odmową, uderzę w ton krytyczny lub osądzający, odmówię partnerowi ciepłych uczuć, znaczy to, że nie prosiłam, a żądałam. Kiedy rozmówca słyszy żądanie, widzi przed sobą tylko dwa wyjścia – uległość albo bunt. W obu wypadkach traktuje prośbę jako próbę wywarcia przymusu i jest mu trudniej zareagować ze współczuciem, skutkuje to także utratą zaufania i otwartości w przyszłości w naszej relacji. A gdyby mieć świadomość, że kiedy żądam, to sygnał, że nie wierzę w piękno moich potrzeb, w to, że zasługuję na wsparcie innych i świata – i objąć ten fakt ciepłą refleksją?

Przestałabym wierzyć, że jestem centrum świata

11 Sty

palceTo przekonanie jest tak fundamentalne i głęboko zakorzenione, że jego dostrzeżenie zajęło mi naprawdę dużo czasu. Kiedy już udało się je uchwycić, kolejnym odkryciem był fakt, że to właśnie ono jest odpowiedzialne za większość odczuwanego przeze mnie cierpienia.

A stąd już tylko krok do reinterpretacji tego, co się nam przydarza i do większego życiowego spokoju. Zdjęcie egocentrycznych okularów może nas zaprosić do całkiem fajnej zabawy. Pofantazjujmy…

Na przykład:

  • kiedy córka kolejny raz rzuca o ziemię moim telefonem, nie będąc centrum świata, zamiast myśleć, że jej celem jest zrobienie mi na złość, mogę zobaczyć to zachowanie jako konieczne na tym etapie rozwoju sprawdzanie granic lub eksplorowanie siły grawitacji… Zamiast się na nią wściekać, mogę zastanowić się jak ją wesprzeć w rozwoju i jednocześnie zadbać o bezpieczeństwo co cenniejszych rzeczy…
  • kiedy inny kierowca zajeżdża mi drogę, nie będąc centrum świata, zamiast myśleć, że jego celem jest okazanie mi braku szacunku,  mogę zacząć zgadywać, dokąd tak się spieszy.  Może do chorego dziecka, czy na ważne spotkanie o pracę  –  zamiast z podwyższonym ciśnieniem wymyślać mu od najgorszych, mogę zwolnić i zrobić mu więcej miejsca na drodze…
  • kiedy mój partner odpływa w myślach i nie słyszy co do niego mówię, nie będąc centrum świata, zamiast myśleć, że to znaczy, że mu nie zależy, mogę  go zapytać, co ważnego dzieje się w jego życiu…
  • kiedy moje dziecko płacze, nie będąc centrum świata, zamiast skupiać się na bólu związanym z tym, że to obwiniam się o bycie  złą matką, mogę skoncentrować się na tym, że to normalny sposób okazania swoich emocji, gdy nie dysponuje się potrzebnym słownictwem… i mogę skupić się na skutecznym wspieraniu go w tego typu ekspresji uczuć i pozbywania się napięcia
  • kiedy ekspedientka w sklepie odpowiada niemiło na moje pytanie, nie będąc centrum świata, zamiast odbierać to zachowanie jako cios w moje poczucie wartości, mogę zastanowić się skąd jej podły nastrój, może martwi się, co poda dzieciom na obiad kiedy pensja już prawie się skończyła?…A może jest zmęczona tym, że tylko ona ma okazywać innym zainteresowanie i uprzejmość, a tęskni za tym, żeby i ją ktoś naprawdę zobaczył?… Jak mogłabym ją w tym wesprzeć?…
  • kiedy ktoś nie dostrzega mojego wewnętrznego piękna, nie będąc centrum świata, mogę przestać wierzyć, że to oznacza, iż  go nie ma, a mogę pomyśleć, że ta osoba ma inne jego kanony oraz co mogę zrobić, żeby samej/samemu bardziej je w sobie dostrzegać…
  • kiedy ktoś mówi „nie” w odpowiedzi na moją prośbę, nie będąc centrum świata, zamiast wypominać mu/jej, że się o mnie nie troszczy, mogę zastanowić się, jakim  swoim ważnym potrzebom mówi w tym momencie „tak”  i poszukać innej strategii albo innej osoby, aby zadbać o moje potrzeby…
  • kiedy ktoś mnie zdradza, nie będąc centrum świata, zamiast katować się podejrzeniem, że nie jestem wystarczająco dobra, mogę wczuć się jak bardzo on/ona chciała poczuć, ze naprawdę żyje i mogę opłakać, że nie znalazł/a na to lepszej strategi…
  • kiedy lekarz bezdusznie i bez krzty empatii traktuje mnie podczas wizyty, nie będąc centrum świata mogę przestać odbierać to osobiście i zamiast złości i przygnębienia, mogę zacząć odczuwać współczucie dla przytłoczenia i bezradności, które musi czuć spotykając się dzień w dzień z trudnymi przypadkami, którym nie zawsze może zaradzić…
  • kiedy ktoś mówi: „Zawsze myślisz tylko o  sobie.”, nie będąc centrum świata, zamiast koncentrować się na tym, że mnie obraża, mogę dostrzec, jak bardzo on/ona tęskni za doświadczaniem bycia wziętym pod uwagę albo, że ktoś się o niego/nią troszczy…
  • kiedy ktoś mówi „Jesteś nieodpowiedzialny/a”, nie będąc w centrum świata, mogę przestać widzieć w tym zdaniu zagrażającą ego krytykę, a zobaczyć jak bardzo temu komuś zależy na tym, aby dzielić się odpowiedzialnością za nasz wspólny byt i na bezpieczeństwie finansowym; i odpowiednio na to zareagować…
  • kiedy ktoś nie docenia tego, co dla niego/niej robię, zamiast pielęgnować w sobie żal, mogę pomyśleć, że być może jest pewien, że jego/jej wdzięczność jest dla mnie oczywista i podzielić się, jak bardzo jednak chciałabym usłyszeć, czy moje działania polepszyły jego/jej życie…
  • kiedy ktoś mówi: „Czuję się ignorowany”, nie będąc centrum świata, zamiast rzucać się z dowodami, że go/jej nie ignoruję, mogę usłyszeć jak bardzo ta osoba czuje się samotna nie mając pewności, że jej potrzeby i uczucia także się liczą i są brane pod uwagę… i mogę pokazać jej, że ją w tym pragnieniu słyszę…
  • kiedy moje dziecko uparcie nie chce iść na studia, nie będąc centrum świata, zamiast pogrążyć się w cierpieniu o zmarnowanych szansach i energii, która włożyłam w jego/jej wychowanie, mogę zaufać, że ma do przejścia swoją własną drogę i nie mi oceniać, jak ma ona wyglądać… a potem zastanowić się, jak mogę być dla niego/niej najlepszym wsparciem w jego/jej  życiowym scenariuszu…
  • kiedy ktoś nie spełnia moich potrzeb, nie będąc centrum świata, zamiast odmawiać mu/jej miłości, mogę pomyśleć, że nie urodził/a się po to, by dopasowywać się do moich oczekiwań, i zastanowić się jak sam/a mogę bardziej te potrzeby spełniać…

I tak dalej, i tym podobnie… Podoba mi się ta zabawa. Jestem ciekawa waszych uwolnionych od ego reinterpretacji zdarzeń… Jakieś przykłady?

Przestałabym udawać, że głód na świecie to nie moja sprawa

27 Lip

Czy gdybyś mógł z łatwością uratować tonące dziecko, zrobiłbyś to? – pyta profesor Peter Singer,  bioetyk, autor książki „Życie, które możesz ocalić”. Z pewnością prawie każdy odpowie na to pytanie „tak”. A jednak codziennie 24 tysiące dzieci umiera z powodu przyczyn związanych z głodem, którym można było zapobiec (dane UNICEF). W tym samym czasie ponad miliard ludzi żyjących w luksusie wydaje pieniądze na rzeczy, których tak naprawdę nie potrzebują.

Jeśli wydaje nam się, że cieszenie się luksusowym życiem to nie nasz przypadek, to warto zadać sobie kilka pytań: czy w ostatnich kilku dniach kupiłeś/łaś coś do picia, mimo, że w twoim kranie płynie woda zdatna do picia? Czy w ostatnich tygodniach wyrzuciłeś/łaś jaki produkt spożywczy, mimo że nie był jeszcze zepsuty? Czy kupiłeś/łaś ubranie, które miało tylko sprawić, że poczujesz się lepiej emocjonalnie? Cóż, jesli odpowiedziałeś/łaś „tak” przynajmniej raz, to oznacza, że masz się czym podzielić z tymi, kórzy nie mają dostępu nawet do podstawowych dóbr.

Kiedy czytamy doniesienia jak to Bill Gates czy Mark Zuckenberg przekazują połowę swoich dochodów na pomoc dobroczynną, często budzi to tylko poczucie własnej bezsilości i powoduje wzruszenie ramionami „No tak, ale oni mają z czego oddawać, a tylko wtedy taka pomoc ma sens.”

Wzdychamy nad losem głodujących mieszkańców Afryki, czasem nawet wzdrygniemy się i zapłaczemy nad zdjęciem afrykańskiej matki z wychudzonym synkiem na skraju śmierci głodowej w ramionach.  To straszne, a my nie możemy przecież nic zrobić. A potem idziemy do sklepu, żeby kupić nową sukienkę czy nową płytę, która ma sprawić, że poczujemy się choć odrobinę lepiej ze sobą. I robi to. Przez 10 minut.

Znacie to? Ja znam to dobrze. Często chciałabym pomóc, wesprzeć innych, którzy nie dzielą ze mną przywileju dostatniego, zachodniego życia, ale czuje się bezradna. Co ja jedna mogę zrobić? Jakie to miałoby znaczenie? To zmarnowane pieniadze. Przecież to nic nie zmieni, bo chodzi o rozwiązania systemowe, na które nie mam wpływu. A jednak to wielkie kłamstwo, które powtarzam sobie od lat. I dojrzałam do tego, żeby przestać w nie z wygodnictwa wierzyć.

Bo kiedy ja z zadowoleniem robię nadmiarowe zakupy w supermarkecie, ktoś w tej właśnie chwili naprawdę umiera z głodu. I to nie dlatego, że „nie chce mu się pracować”, ale dlatego, że takiej ani żadnej innej opcji poprawienia swojego życia po prostu nie ma.

Często trudno nam zobaczyć i uznać tę naszą wyższą rangę.

Według Arnolda Mindell’a, twórcy psychologii zorientowanej na proces (POP), rangi to zestaw przywilejów, odziedziczonych lub nabytych, których najczęściej nie jesteśmy świadomi. A brak tej świadomości sprawia, że patrzymy z góry na tych, którzy mają mniejsze możliwości, marginalizujemy ich frustrację, wyzwania i cierpienie.

W wywiadzie dla Gazety Wyborczej (21-22 Lipca 2012) Peter Singer mówi o tym, że według niego „ludzie z bogatych narodów mają mocne moralne zobowiązanie żeby zrobić coś, co poprawi życie ludzi w krajach bardzo biednych”. Opowiada o tym, że dzieje się to na poziomie pomocy rządowej, ale często jeszcze skuteczniejsza jest pomoc indywidualna. (!) Szczególnie, gdy przyjmuje formę wsparcia finansowego dla organizacji, kóre skutecznie, omijając rządowe biurokracje, pomagają w miejscach, które tego najbardziej potrzebują: tam, gdzie nie ma dostępu do wody pitnej, do opieki zdrowotnej, do edukacji. Singer napisał na ten temat książkę „Życie, które możesz ocalić” i stworzył stronę internetową (www.thelifeyoucansave.com), gdzie każdy może zobowiązać się, ile ze swojego dochodu przeznaczy na wsparcie tych, którzy cierpią z powodu skrajnej nędzy czy braku dostepu do innych zasobów. Do tej pory ponad 13 tysięcy osób zadeklarowało około 66 mln dolarów. Singer podaje na stronie organizacje, które uważa za najbardziej efektywne w zmienianiu rzeczywistości potrzebujących. To dla mnie inspirujące. Zdecydowanie zmniejsza moje poczucie bezradności w tej sprawie i pokazuje jasne ścieżki działania.

Gdy mamy do czynienia z grupą w potrzebie zbyt liczną, aby nasza pomoc mogła pomóc jej jako całości, włącza się w nas psychologiczny mechanizm, który ocenia taką pomoc jako daremną. Dodatkowo wchodzą tu w grę nasze przekonania: bieda na świecie jest nieuleczalna, bezdenna, bedzie zawsze, moja pomoc byłaby tylko niewidzialną kroplą w ogromnym morzu potrzeb. Na stronie www.thelifeyoucansave.com obejrzałam 3-minutowy filmik (bardzo, bardzo polecam), który rozprawia sie z tymi mitami. Otóż liczbę osób żyjących w skrajnej biedzie na całym świecie można zmniejszyć o połowę  przy budżecie rzędu 125 mld dolarów rocznie. Czy to dużo? Cóż, Amerykanie wydają rocznie 116 mld dolarów tylko na napoje alkoholowe…  Aby pomóc, nie musimy przekazać 50% swoich dochodów: wystarczy 5, a nawet 1%. A jeśli myślisz, że to kropla w morzu, wyobraź sobie, że to życie twojej córki czy syna jest tą kroplą… Dla ludzi, którzy dzieki pomocy donatorów uratowali życie swoich dzieci ta kropla ma kluczowe znaczenie.

Rok temu na zaproszenie Dojrzewalni przyjechała do Polski Miki Kashtan z USA, trenerka metody Nonviolent Communication. Niezwykle bliska jej sercu jest idea, aby potrzeby wszystkich ludzi mogły być brane pod uwagę i zaspokajane. Po warsztacie, który prowadziła w Warszawie pojechałyśmy odpocząć do Konstancina, miejscowości uzdrowiskowej pod stolicą. Spacerowałyśmy wśród wykwintnych rezydencji, z których wiele ma pewnie ponad 1000 metrów kwadratowych, niektóre korty tenisowe czy prywatne stawy. W pewnym momencie Miki podzieliła się swoją refleksją: zastanawiało ją jak bardzo trzeba się znieczulić i czuć się oderwanym od innych ludzi, żeby nie widzieć, że korzystanie z tego bogactwa w pewnym sensie odbywa sie kosztem kogoś, kto nie ma dostępu do zaspokajania podstawowych potrzeb. I nie ma znaczenia, że ktoś doszedł do swojego majątku ciężką pracą.

Nie dajmy się też zwieść złudzeniu, że rzecz dotyczy tylko najbogatszych. Jeśli mieszkam w państwie, w którym panuje pokój, mam codziennie co jeść, w moim kranie płynie zdatna do picia woda, moje dzieci uczą się w czytać i pisać,  w perspektywie mają bezpłatne studia, a moim salonie stoi telewizor, to dostał mi się  przywilej, jaki milionom ludzi na świecie się nie trafił. Uznanie tego jest chyba pierwszym krokiem, aby poczuć, ze chcę się tym podzielić z innymi, kórzy tego szczęścia nie mieli. To wyzwanie w Polsce, gdzie skupiamy się raczej na tym, czego nam brakuje i lubimy sie czuć ofiarami sytuacji.

A co z przekonaniem, że moje jednostkowe wysiłki nie mają wpływu na zmianę świata? Coż, wystarczy chyba zdać sobie sprawe, że większość z nas, jednostkowo korzystając z Facebooka, przyczyniła się do zbudowania wielomilardowego majątku Marka Zuckenberga. Tak samo, każda złotówka, którą mądrze przekażemy organizacjom, posiadajacym do dokonania takiej zmiany kompetencje i doświadczenie, łączy się koronami, euro czy dolarami i  naprawdę przebudowuje świat. Jak proponuje Peter Singer – „zapomnij o kropli, razem tworzymy falę!”. Wspólnie możemy ocalić niejedno życie.

Praktyka

Zobowiązuję się, że 5% swoich rocznych dochodów przekażę na pomoc najbardziej potrzebującym na świecie. Warto takie zobowiązanie podjąć publicznie, np.  za pośrednictwem strony www.thelifeyoucansave.com. Badania nad psychologicznymi aspektami dobroczynności wskazują bowiem, że mamy o wiele silniejszą motywację do dzielenia sie swoimi zasobami, gdy widzimy, że czynią to inni. Dlatego też dzielę się tą informacją z Wami. Skorzystałam ze wspomnianej strony, żeby złożyć zobowiązanie i od razu przejrzałam listę organizacji pomocowych rekomendowanych przez Petera Singera jako najbardziej skuteczne. Moją uwagę zwrociła ta o nazwie Jolkona, ponieważ tutaj zawsze dostajemy informację jak nasza dotacja została wykorzystana – np. nazwiska osób, które nasza dotacja pomogła żywić przez 3 tygodnie albo nazwisko i historię kobiety z Sudanu, która dzięki naszej wpłacie otrzymała ziarno na obsianie pola, z którego plony wystarczą na wyżywienie jej rodziny przez pół roku.

Dla mnie to bardzo motywujące. Działa co najmniej potrójnie – jest remedium na naszą psychologiczną niechęć do pomagania ogólnie zdefiniowanym grupom; buduje połączenie z ludźmi, którym pomagamy oraz daje poczucie prawdziwego sensu naszej wpłaty – widzimy różnicę, jaką ona wnosi w czyjeś życie. Wow. Krótko po dokonaniu dotacji na wybrane przeze mnie projekty poszłam na zakupy i nie nie byłam w stanie kupić połowy zaplanowanych rzeczy. Od razu przeliczałam je na dolary i na to jak bardzo mogłyby one wesprzeć potrzebujące osoby. Opcje są najróżniejsze: od wpłaty na żywność dla głodujących w Somalii (150$ dla 6-osobowej rodziny na 3 tygodnie), zakup narzędzia potrzebnego do skonstruowania systemu dostarczającego wodę w Kenii (45$) czy kupienia kawałka ziemi farmerce z Sudanu (500$), przez ufundowanie miesięcznego czynszu mlodzieży urodzonej w slamsach w Boliwii (125$), która zakłada sieć kafejek internetowych,  po opłacenie nauki zdrowego zbilansowanego odżywiania dzieci przy istniejących ograniczeniach w Nepalu (45$). I wiele, wiele innych palących potrzeb. Bardzo zachęcam do przejrzenia bazy potencjalnych dotacji w serwisie Jolkona – działa na wyobraźnię! Bardzo też sobie cenię działalność Polskiej Akcji Humanitarnej – na pewno niesie bardzo wymierna pomoc potrzebującym.

Praktyka

Co roku przekazuję pieniądze Wojtkowi Pęczkowi z City Bum Bum, który na trzy miesiące wyrusza z ekipą entuzjastów gry na djembe do Afryki, dostarczając przy okazji mieszkańcom wioski, która ich gości potrzebnych leków i innych niezbędnych rzeczy. Tutaj też czuję wymierny sens takiej pomocy. Jest też w tym wiele lekkości – Wojtek przekazał mi ostatnio informację, że kilku mieszkańców chętnie by się ze mną ożeniło 🙂 I sporo wzruszenia – bliskością, którą czuję gdy Wojtek opowiada o radości  z podarunków i życiu wioski.

Chciałabym praktykować dalej to wsparcie i mam nadzieję, że Wojtek będzie kontynuował swoje wyprawy. Gdyby ktoś chciałby się włączyć: www.citybumbum.pl

Praktyka

Rozwijać w sobie chęć do dzielenia się z innymi i poczucie, że jesteśmy współzależni – my, wszyscy ludzie. Miki Kashtan zwraca uwagę, iż to, że posługujemy się pieniędzmi zasłania nam fakt, że bez innych byśmy nie przeżyli albo nie mogli zaspokajać podstawowych nawet potrzeb. To dobry punkt wyjscia w tej refleksji.

W naszej kulturze wiele uwagi poświęca sie temu ile przyjemności niesie ze sobą otrzymanie lub skonsumowanie czegoś, tymczasem jest to satysfakcja krótkotrwała, ulegająca szybkiemu zobojętnieniu wskutek efektu hedonistycznej adaptacji (szybko przyzwyczajamy sie do tego, co dobre, nawet jeśli długi czas o tym marzyliśmy). Biorąc to pod uwagę, satysfakcja płynąca z dawania i wspierania innych jest naprawdę niedoceniania – trwa o wiele dłużej, daje poczucie sensu, buduje nasze poczucie wartości i sprawczości.

Przypomina mi się historia przytoczona w jednej z książek przez Susan Jeffers – kiedy syn jej przyjaciółki zapytał o radę, co mógłby podarować swojej dziewczynie z okazji Walentynek, ta zasugerowała, że mógłby wraz z sympatią pojść do domu starców i wręczyć każdemu mieszkańcowi różę. Kiedy to zrobili –  poruszona dziewczyna zakochała sie w nim po uszy – było to dla nich niezwykle inspirujące doświadczenie jak to jest dawać. Czy nie byłoby warto stać się przykładem dla naszych wychowywanych w kulturze konsumpcji dzieci, ile radości może przynieść dzielenie się z innymi i wzbogacanie ich życia?

Wczoraj byłam na spotkaniu założycielskim lokalnego systemu wymiany w Warszawie i okolicach. W pewnym momencie prowadzący poprosili o zadeklarowanie (w ramach ćwiczenia), co chcielibyśmy zaoferować innym, a czego moglibyśmy potrzebować. To doświadczenie pokazało mi jak wiele jako społeczność mamy do zaoferowania, i poczułam jak bardzo taki system mógłby budować siłę i więzi międzyludzkie w lokalnej wspólnocie.

Praktyka

W zwiększaniu chęci dzielenia się pomocne może być praktykowanie współczucia, a nawet współodczuwania. Dalajlama powiedzial:  „Jeśli chcesz, by inni byli szczęśliwi, praktykuj współczucie. Jesli chcesz byc szczęśliwy, praktykuj współczucie.”

Warto pytać się: „Jakbym się czuł/a, gdybym nie mogła nakarmić mojego głodującego dziecka, gdybym nie miał/a dostępu do pitnej wody? Gyby moje podstawowe potrzeby nie mogły być spełnione, a przy okazji wiedziałbym, że inni ludzie mają zasobów w nadmiarze?

Warto też praktykować zaczerpniętą z buddyzmu medytację miłującej dobroci – naprawdę otwiera serce, pozwala przekorczyć poczucie oddzielenia od innych.

Praktyka

Budowanie swojego poczucia wartości, siły i ukorzenienia.

Dlaczego to ważne w tym kontekście? Wiele naszych zasobów, które mogłyby skutecznie zwalczać skrajną nędzę i głód na świecie jest przeznaczanych na nieudolne podbudowywanie naszych ego – ale żadne protezy w rodzaju nowego luksusowego samochodu czy nowych olśniewających kolczyków i tak nie zbudują w nas miłości do siebie, a dodatkowo przyczynią się do zniszczenia środowiska. Warto zdać sobie z tego sprawę od czasu do czasu i zapytać siebie – czy teraz wydaję pieniądze w sposób, który służy mnie i innym? A jeśli nie, to czy mogę je wydać w lepszy sposób, ku długoterminowej satysfakcji mojej i wielu ludzi?

Czy łatwo się Wam jest dzielić z innymi? Czy widzicie w tym sens? Podzielcie sie prosze swoimi pomyslami i odczuciami na ten temat.

Usunęłabym ze swojego słownika etykietę „dziecko”

18 Lip

Dyskryminacja ze względu na płeć, rasę czy pochodzenie wciąż istnieje, ale przynajmniej  nie jest poprawna politycznie, a czasami jest ścigana przez prawo. Tymczasem dyskryminacja ze względu na młody wiek jest stosowana i akceptowana jak świat długi i szeroki. Wystarczy, że myślę o kimś jako o „dziecku”, a  już nie obowiązują mnie zasady, które stosowałabym/stosowałbym  z innymi ludźmi. Dotarło to do mnie bardzo mocno, kiedy dziś rano mój partner wyjął naszą śpiącą córkę z łóżeczka i zaniósł do niani. Cóż, z pewnego punktu widzenia sprawa wydaje się oczywista – tak się przecież robi z dzieckiem. Ale mnie na ten widok aż rozbolał brzuch, a ponieważ to jest to dla mnie zawsze sygnał, że ważne dla mnie wartości nie są respektowane, postanowiłam się temu bliżej przyjrzeć.

Wyobraziłam sobie, jak sama bym się czuła, gdyby słodko śpiącą ktoś nagle poderwał mnie z łóżka i wyniósł do innego pokoju – szok, prawda? Czy ktoś odważyłby się to zrobić (pomijając różnicę wagi między mną a moją córką;-)? Raczej nie – trudno nie poczuć, że byłoby to naruszenie moich granic i początek wielkiej afery, gdy stanęłabym w swojej obronie. Tymczasem gdy dziecko zaczyna w takiej sytuacji płakać – co jest dla niego jedyną dostępną formą wyrażenia szoku, oburzenia i niezgody – staramy się jeszcze spacyfikować ten płacz, mówiąc mu, że nic się przecież nie stało i jest przewrażliwione, niegrzeczne, itp. Tyle objawów braku podstawowego szacunku jednocześnie, a nikt – oprócz dziecka oczywiście – nie zauważa, że dzieje się coś złego. Jaki przekaz dostaje od nas mały człowiek? Nie jesteś na tyle ważny, aby szanować twoje potrzeby i granice. Ktoś, kto jest od ciebie silniejszy, może zrobić z tobą co mu się podoba. To dla mnie ewidentny przykład nieuświadomionych rang w działaniu – bezrefleksyjnie korzystamy ze swojej siły i przywilejów kosztem innego człowieka, który ma bardzo ograniczone sposoby, aby się przed tym bronić. Pisałam o tym dużo w odcinku „Byłabym świadoma swoich rang”

Marshall Rosenberg, twórca metody Nonviolent Communication (Porozumienie Bez Przemocy), twierdzi, że etykieta „dziecko” jest jedną z gorszych, którą można innemu człowiekowi przykleić. Dla niego dziecko tylko tym różni się od dorosłego, że ma mniej wiedzy i doświadczenia. Ale wszystkie inne prawa jak najbardziej. Proponuje prosty test – czy zachowałbyś się podobnie w tej samej sytuacji, gdyby chodziło o twojego sąsiada? Bardzo często odpowiedź będzie oczywista – „nie”.

Czy wyobrażacie sobie, że na siłę wkładacie sąsiadowi/partnerowi czy jakiemukolwiek dorosłemu łyżkę zupy, choć zdecydowanie odmawia, że na siłę myjecie mu zęby? że wkładacie mu sweter choć krzyczy, że tego nie chce? że przypinacie go w wózku, choć się wyrywa? zamykacie w pokoju na tyle minut ile ma lat, bo powiedział niecenzuralne słowo albo głośno płacze, domagając się czegoś? wyłączacie nagle i bez negocjacji telewizor, choć chce dalej oglądać program, i tak dalej, itp. Wszystko to wydałoby się oczywistym naruszeniem jego wolności i nietykalności, po prostu nieakceptowalną przemocą. Dlaczego nie wydaje nam się tak w stosunku do dzieci?

Agnieszka Stein w książce „Dziecko z bliska” pisze o potrzebie autonomii jako jednej z najważniejszych potrzeb rozwojowych małego człowieka (tak, jak i dorosłego). Każdy chce czuć, że ma wpływ na otaczającą go rzeczywistość i może podejmować decyzje, które go dotyczą. Dopiero jej lektura naprawdę pomogła mi się wczuć w sytuację dziecka i w to, jak niewiele ma ono możliwości zaspokajania tej kluczowej potrzeby: „Jak wiele decyzji zapada poza dzieckiem, niejako ponad jego głową. Jak mało ma wpływu na to, co się z nim dzieje, gdzie ma iść, co może zjeść, z kim będzie przebywać.” Tymczasem możliwość takiego decydowania sprzyja też zaspokojeniu potrzeby bezpieczeństwa małego człowieka – jak pisze Agnieszka Stein: „Próbuje doświadczyć, tego że może samo budować sobie bezpieczeństwo wewnętrzne w oparciu o poczucie własnej skuteczności i wpływu na rzeczywistość, a niekoniecznie w oparciu o bliskość i zachowanie opiekuna. (…) Zaczyna od wprowadzania porządku w sposób, który samo jest w stanie zrozumieć. Domaga się decydowania o tym, którą drogą pójdzie na spacer albo kto pomoże mu przy zakładaniu butów. Chce naciskać guziki w windzie i denerwuje się, gdy mama nie po kolei odkłada zabawki na półkę. I jeszcze chce wybierać krzesło, na którym usiądzie i kubek, z którego się napije.” Gdy to sobie uświadamiam, budzi się we mnie autentyczne współczucie i chęć udzielenia córce jak największego wsparcia w zaspokajaniu tej potrzeby.

I boli mnie, kiedy słyszę, gdy inni w odpowiedzi na naturalną chęć dziecka do decydowania o sobie, nazywają to „chęcią rządzenia”, którą trzeba jak najszybciej ukrócić. Lekarka pediatra, u której byliśmy ostatnio z wizytą zasugerowała nam tonem nieznoszącym sprzeciwu, że konieczna będzie wizyta u psychologa dziecięcego, bo dziecko „nami rządzi”. A chodziło o to, że moja córka nie dawała sobie zdjąć bluzeczki do badania i próbowaliśmy dać jej empatię i powiedzieć dlaczego to ważne (co zadziałało).

Tymczasem respektowanie granic dziecka ma olbrzymie konsekwencje. Jak  pisze Agnieszka Stein: „Dziecko, którego granice są poważnie traktowane od samego początku uczy się:

  • rozpoznawać swoją odrębność
  • dbać o siebie w zdrowy sposób
  • współpracować i rezygnować z niektórych swoich potrzeb w imię równowagi i potrzeb innych ludzi
  • protestować za każdym razem, kiedy czuje, że ktoś narusza jego granice

Praktyka

Jak najczęściej sprawdzać, czy nie narzucam córce pewnych rozwiązań tylko dla swojej wygody, bez uwzględniania jej potrzeb. Zaangażować się w empatyczny dialog, gdy nasze strategie się różnią i kreatywne szukanie satysfakcjonujących dla nas obu rozwiązań.

Praktyka

Rzucać wyzwanie swoim granicom. Jasne, że wolę, żeby było czysto, ale czy czasem nie będzie frajdą dać dziecku porozrzucać okruszki albo pomalować stolik? Albo razem zrobić twórczy bałagan, wyrywając się z ograniczających przekonań, że tego się nie robi?

Praktyka

Organizować córce jak najwięcej okazji do wyboru tego, co będzie dla niej odpowiednie. I świętować jak korzysta z tych okazji, budując swoje poczucie mocy. Agnieszka Stein pisze, iż „warto przyjąć zasadę, że zakazy powinny obejmować absolutne minimum. Tak naprawdę to, co jest konieczne, żeby dziecko przeżyło, nie zrobiło nikomu krzywdy i nie zdemolowało otoczenia. A także to, co wynika z potrzeb rodziców”. Unikać tzw. pozornego wyboru, który jest niczym więcej niż techniką manipulacji („Chcesz te spodnie czy te?”, gdy nie chce założyć spodni)

Praktyka

Wziąć odpowiedzialność za swoje potrzeby w relacjach z córką. Świetny artykuł na ten temat napisała niedawno Joanna Berendt (Co znaczy „Nie wolno”?).  Zamiast „nie wolno”, „nie można”, chciałabym mówić o tym, dlaczego czegoś nie chcę. Albo dlaczego czegoś chcę. Granice budować w oparciu o swoje potrzeby: „Nie chcę, nie podoba mi się, nie lubię, ważne jest dla mnie bezpieczeństwo innych (gdy np. nie działa prośba o zaniechanie rzucania klockami i je chwilowo zabierzemy poza zasięg dziecka)”.  To działa. Kiedy naprawdę głęboko czuję, że nie chcę zrobić czegoś, na co namawia mnie córka, powiedzenie „nie” jest proste i nie buduje napięcia ani we mnie, ani w niej. Dużo łatwiej jest wówczas opowiedzieć mi, z czego to we mnie wynika. I szukać na spokojnie rozwiązania, które będzie dobre dla niej i dla mnie. Tak samo, gdy zależy mi na tym, aby ona czegoś nie robiła w konkretny sposób, albo coś zrobiła. Mogę przeznaczyć energię na wielokrotne zmuszanie jej do czegoś, czego nie chce, ryzykując jakość naszej relacji i jej zaufania do mnie albo tę samą energię przeznaczyć na rozmowę, w której opowiem o swoich potrzebach i pomogę córce wyrazić swoje. A potem uruchomić kreatywność i czasem zmienić strategię na taką, która połączy nasze potrzeby.

Scott Noelle, autor www.enjoyparenting.com  i Daily Groove, inspirującego serwisu dla rodziców, pisał ostatnio o tym, by szukać głębiej, i przywoływał przykład, gdy dziecko chce skakać po kanapie przyjaciela, a my chcielibyśmy uszanować jego własność i jej nie zniszczyć. Możemy wówczas zastanowić się, jakiego doznania szuka mały człowiek – może chodzi o doświadczenie w nowy sposób grawitacji? A jeśli tak, to czy możemy pokazać mu, gdzie indziej może skakać bezpiecznie dla siebie i dla rzeczy przyjaciela?

Praktyka

Czasami wiadomo: nie da się ustrzec działania wbrew woli małego człowieka – choćby gdy wyrywa się na ulicy i na siłę bierzemy go za rękę, przytrzymując wbrew woli na chodniku. W Nonviolent Communication nazywamy to „ochronnym użyciem siły”. Ale i wówczas bardzo ważny jest szacunek – kiedy minie zagrożenie opowiadamy dziecku, dlaczego zdecydowaliśmy się na takie działanie i wysłuchujemy empatycznie jakie były jego emocje i potrzeby w tej sytuacji przymusu.

Praktyka

Jak najczęściej stawiać się w sytuacji mojej córki, gdy o niej decyduję. Jak ja bym się czuła na jej miejscu? Jeśli źle, to czy mogę znaleźć rozwiązanie, przy którym uszanuję jej granice i jej potrzeby, nie zapominając o swoich?

Praktyka

Przestać myśleć o mojej córce jako o moim dziecku, a zacząć postrzegać ją jako samodzielną istotę ludzką, która ma takie same prawa jak ja i inni dorośli. Także do decydowania co jest dla niej dobre (poza sytuacjami z zagrożeniem życia), kiedy i co ma zjeść, jak się ubrać, itp. Oczywiście nie pozbawia mnie to możliwości wyrażania swojego zdania i przekonywania jej do zmiany decyzji – jeśli widzę dodatkowe aspekty sytuacji, których ona nie dostrzega (tak, jak z każdym innym człowiekiem).

Praktyka

Uważać na niewidoczną przemoc, która wynika z nadawania dziecku etykiet: grzeczna, posłuszna, łobuz, leniwa, niewdzięczny, mało bystry – te wszystkie określenia wyrażają na ile dziecko spełnia nasze oczekiwania i jednocześnie mogą stać się wielkim życiowym bagażem. Pozbawiają małego człowieka kontaktu ze swoją potrzebą wzbogacania życia innych i programują go na zenątrzsterowność  – zależność od pochwał i krytyki innych. Więcej na ten temat pisałam w odcinku „Nie mówiłabym swojej córce, że jest grzeczną dziewczynką”. 

Jestem bardzo ciekawa, czy macie jeszcze inne pomysły na taki rodzicielski rozwój.

Pytałabym, jaki jest mój dar dla świata – moja medicine

2 Mar

Gdybym miała zrobić ranking najważniejszych czy najbardziej priorytetowych rzeczy w tym moim przedłużonym dorastaniu, ta byłaby z pewnościa w pierwszej trójce. Jest coś niezwykle kojącego w znalezieniu odpowiedzi  na pytanie, co jest moim darem, moim wyjątkowym talentem, czymś, czego do świata nie może wnieść nikt inny. Mnie osobiście daje to poczucie ukorzenienia, takiej podstawowej życiowej bazy. Dodaje pewności siebie. Ułatwia podejmowanie ważnych i mniej istotnych decyzji. Wnosi poczucie sensu, zaufanie, że dobrze przeżywam swoje życie.

Tanna Jakubowicz-Mount w rozmowie z Renatą Dziurdzikowską (marcowe Zwierciadło) mówi: Rodzimy się z pakietem niezwykłych darów, zasobów i potencjału. Dojrzewanie to dojrzenie tych talentów w sobie i urzeczywistnienie ich w swoim życiu. Indianie mówią, że każdy ma swoją medicine, czyli uzdrawiającą moc. A Renata dodaje: „To jest to wszystko wyjątkowe w nas, co daje impuls do rozwoju i działa na innych krzepiąco, inspirująco, otwierając ścieżki poszukiwań.” Czytaj dalej

Z determinacją praktykowałabym wdzięczność dla innych

25 Lu

Dlaczego praktykowałabym ją z determinacją? W książce „Budda’s Brain” Rick Hanson pisze o tym, że nasz mózg wyewoluował w kierunku przykładania o wiele większej wagi do potrzeb, które nie są zrealizowane, niż smakowania tych, które spełnione są. Pomogło nam to przetrwać jako gatunkowi i jednocześnie pozbawiło automatycznego dostępu do mechanizmu wdzięczności – cieszenia się obfitością, która nam ofiarowuje życie. Dlatego potrzebujemy prawdziwej silnej woli, aby ten proces stał się naszym wspierającym poczucie dobrostanu nawykiem. Mimo wszystko warto zainwestować sporo energii w jego uruchomienie – nie dość, że wdzięczność to metastrategia budowania szczęścia (więcej na ten temat znajdziecie w książce Sonji Lyubomirsky, „Wybierz szczęście”), to jeszcze niezwykle pozytywnie wpływa na nasze relacje ze światem i z innymi. Czytaj dalej

Czasem usprawiedliwiałabym się zbyt dobrym samopoczuciem, by coś robić

29 List

Ten pomysł Paula Pearsall’a, autora „Toksycznego sukcesu”, na przywrócenie równowagi w życiu bardzo mnie rozbawił i jednocześnie zwrócił uwagę na głębszy problem. To bardzo symptomatyczne, że aby pozwolić sobie nic nie robić musimy mieć zazwyczaj fatalne samopoczucie. Dopiero migrena, grypa czy depresja dają nam usprawiedliwienie, aby po prostu przez chwilę pobyć. Co takiego jest w robieniu czegoś? Czy istniejemy tylko kiedy coś robimy? W rok po urodzeniu córki zaczęłam mieć dziwne nastroje. Marzyłam tylko o tym, by wślizgnąć się do łóżka i spędzać tam całe dnie. Nic nie robiąc. To było oczywiście niewykonalne, ale ta chęć się pogłębiała i w końcu, gdy nie reagowałam, moje ciało zdecydowało „Basta!  Teraz jest czas odpoczynku”. Straciłam kompletnie energię do czegokolwiek. Wciąż nie chciałam się poddać – robiłam badania krwi – wszystko było w porządku, poszłam na terapię – bo może to depresja. Ale to było po prostu ogromne zmęczenie i potrzeba zintegrowania tej ogromnej zmiany, która zaszła w moim życiu. Czytaj dalej

Byłabym świadoma swoich rang

14 List

W ostatnich dniach bardzo mnie poruszyła koncepcja rang i konsekwencji wynikających z tego, czy je sobie uświadamiamy czy nie.

Według Arnolda Mindell’a, twórcy psychologii zorientowanej na proces (POP), rangi to zestaw przywilejów, odziedziczonych lub nabytych, których najczęściej nie jesteśmy świadomi. A brak tej świadomości sprawia, że patrzymy z góry na tych, którzy mają mniejsze możliwości, marginalizujemy ich frustrację, wyzwania i cierpienie. „Konflikty spowodowane rangą są wszędzie na porządku dziennym. Słabsi czują się zranieni i wściekli, kiedy silni nie zdają sobie sprawy ze swojej siły. Uświadomienie sobie własnej rangi zmniejsza ogólne napięcie i redukuje konflikty.” To m. in. skutkiem nieświadomości jest terroryzm – wynikające  z totalnej bezradności wołanie o dostrzeżenie rang oraz działanie w kierunku zniwelowania nierówności w dostępnie do przywilejów.

„Ranga psychologiczna jest jak narkotyk, który zmienia naszą świadomość, nie pozwalając nam dostrzec cierpienia innych. Powoduje, że patrzymy na nich z góry i widzimy w nich tylko „ofiary”. Pozwala nam odciąć się od ich problemów, nasze ego nas od nich izoluje. Nawet jeśli kiedyś doświadczyliśmy bólu, teraz nie przejawiamy żadnej ochoty aby pomóc krzywdzonym. Żądamy, żeby czuli się tak jak my, nie chcemy zrozumieć ich położenia.”

Rangi wydają się czymś naturalnym i oczywistym – kiedy próbuję sprawdzić gdzie nie dostrzegam swoich przewag i przywilejów, uderza mnie jak jest tego dużo .

Rasa – nawet w Polsce można zauważyć, że biała cieszy się większym poważaniem niż inne, pozwala na identyfikację z większością.

Polska narodowość – demokracja, stabilność polityczna, pokój, brak walk etnicznych, klęsk żywiołowych (oprócz powodzi), swobodne podróżowanie (moja znajoma nie mogła przez 9 lat odwiedzić syna, którego pozostawiła w Mongolii, bo nie mogłaby legalnie wrócić do Polski, gdzie zdobywa środki na jego utrzymanie i studia), możliwość prowadzenia własnego biznesu, rozwoju, wykształcenia, dostępu do służby zdrowia, jedzenia, możliwość posiadania swojego domu i wiele, wiele więcej.

Klasa ekonomiczna  – mam własną firmę, pracuję w Warszawie, nie muszę się martwić o codzienne przetrwanie jak wielu Polaków. Własna firma daje mi przywilej robienia tylko tego, co jest zgodne z moimi wartościami, decydowania o godzinach pracy i wielu innych rzeczach, spotykania inspirujących ludzi, spełniania życiowej misji.

Wiek – w porównaniu z moją 2-letnią córką mam ogromną przewagę w liczbie możliwości działania i przeprowadzania swojej woli (plus ogromna ranga wynikająca z bycia rodzicem), jestem jeszcze stosunkowo młoda w kulturze, w której ceni się młodość. Alicja Długołęcka, seksuolożka opowiada wywiadzie z Pauliną Reiter w Wysokich Obcasach Extra („Pokaż swoją Pippi”) o fenomenie znikających kobiet – w Polsce kobieta po 50-tce stają się niewidzialne nie tylko dla mężczyzn, ale i dla swoich dzieci oraz na rynku pracy.  Co jest wielkim absurdem oczywiście, bo takie kobiety są w w pełni sił twórczych, mają doświadczenie i przestrzeń na zaangażowanie się w nowe rzeczy. Tymczasem mają już tylko do wyboru zostać aseksualną babcią albo zamilknąć w domowych pieleszach.

Zdrowie – pełnosprawność, wzrok, słuch, mowa, możliwość poruszania się – gdy pomyślę o  6 -miesięcznym leżeniu w ciąży, kiedy byłam całkowicie zależna od innych, zadziwia mnie, jak szybko zapomina się o tym, że te możliwości sa teraz dostępne i ile dają przywilejów w społeczeństwie;

Orientacja heteroseksualna  – o ile łatwiejsze jest moje życie od życia osób o orientacji homoseksualnej w rożnych sferach: społecznej, rodzinnej, zdrowotnej, możliwości zawarcia formalnego związku, adoptowania dzieci (chociaż tutaj akurat mam niższą rangę od tych, którzy zawarli związek małżeński)

Wykształcenie – wyższe wykształcenie daje mi więcej możliwosci zarabiania i szacunku społecznego niż doświadczają tego osoby bez takiego wykształcenia

Bycie w związku – choć coraz bardziej bycie singlem zdaje się być wartością, jednak w mniejszych miejscowościach i na wsiach trudniej się wówczas cieszyć  pewnego rodzaju społecznym szacunkiem. Plus możliwość dzielenia obowiązków, korzystania ze wsparcia  drugiej osoby.

Ranga psychologiczna – umiejętność nazywania uczuć i potrzeb, wyrażania próśb, empatia dają mi przewagę lepszej ekspresji nad moim partnerem oraz innymi, którzy tą umiejętnością nie dysponują.

Zawód – bycie trenerem daje mi więcej możliwości niż gdybym wykonywała pracę fizyczną

Mieszkanie w dużym mieście – ułatwiony dostęp do kultury, służby zdrowia, klientów, itd.

Szczupła budowa ciała – w naszej kulturze bardziej ceniona niż odwrotna

Znajomość angielskiego – możliwość bycia bardziej obecną w świecie, więcej opcji wyboru zawodów, więcej opcji szkoleniowych i samorozwojowych

Podczas warsztatu, który ostatnio prowadziłam, uczestnicy przyglądali się swoim rangom i wiele osób było zupełnie zdumionych, że mozna ich znaleźć aż tyle. Chociażby to, że ma się włosy, albo nie ma się ich za dużo poza głową (gdy się jest kobietą) i w ogóle wygląd który trafia w wymagania mainstreamu – to dopiero jest ranga.  Łatwość pisania, którą ktoś wymienił jako przywilej przypomniała mi o niedocenianej przez osoby, które tym dysponują, randze polegającej na łatwości zabierania głosu w grupie – przez lata cierpiałam w milczeniu, bo nie potrafiłam przełamać swojego strachu przed publicznym wypowiadaniem się. Wielokrotnie rosła też moja uraza do osób, którym przychodziło to z łatwością i zabierały czas i przestrzeń nie dbając o to, że inni cały czas milczą – tak jakby było to tylko osobisty wybór i problem, który w żaden sposób nie wpływa na grupę. Podczas pewnego warsztatu zawiązaliśmy nawet małą grupę wsparcia, aby przyjrzeć się co możemy zrobić, aby pomóc sobie w zabieraniu głosu. Oczywiście, ci, którzy nie mieli z tym problemu, nie byli zainteresowani aby nas w tym wesprzeć, bo zupełnie nie czuli, jaki to jest przywilej i że nie jest to tylko kwestią woli. Wzbudziło to sporo mało przyjaznych emocji wynikających z poczucia bycia niewysłuchanymi i niezrozumianymi. Zabrakło po prostu świadomości tej rangi i wzięcia za nią odpowiedzialności, choćby w postaci wsparcia tych, którzy do nie j nie mieli dostępu (np. zaproponowanie i wprowadzenie procedur, które pomogłyby wszystkim członkom grupy się wyrazić, np. pisemnie, czy w mniejszych grupach – tak, aby mogło to być w jakiś sposób wniesione do całej grupy, lub chociażby proste upewnienie się, że inni milczą, bo nie mają potrzeby nic powiedzieć, czy też mają z tym problem ). Teraz, w roli trenera staram się być uważna na takie sytuacje i czasami sprawdzam w przerwie z osobami, które milczą, czy to naprawdę ich wybór. Nie jestem do końca pewna, czy mężczyźni, którzy wypowiadają się w mieszanej genderowo grupie są świadomi, że kultura i wychowanie sprawia, że kobiety oddają wówczas często przestrzeń i milkną, obdarzając ich swoistą rangą. I czy kobiety są  świadome, że to robią? Oj, przydałaby się jakaś męsko-damska dyskusja na początku takiego spotkania, aby wnieść to zjawisko do świadomości grupy. Mógłby z tej refleksji nad szablonami, w które wtłacza nas kultura  wyniknąć jakiś nowy wzorzec bycia razem  – partnerski i autentyczny, pełen wrażliwości i chęci dzielenia się przywilejami. Marzenie?

A gdzie przejawia się moja niższa ranga?

Na pewno w relacji z partnerem, szczególnie gdy pojawia się dziecko – z automatu to on ma większą szansę, że będzie kontynuował pracę (bo przecież więcej zarabia – m. in. dlatego, że jest mężczyzną) i codziennie miał 10 godzin dla siebie, gdy nie musi się martwić opieką nad dzieckiem.

W byciu kobietą w Polsce – szklany sufit, utrudniony dostęp do polityki, mniejsze płace za tę samą pracę, ogromne wymagania co do wyglądu – od którego uzależnia się powodzenie społeczne – plus presja zarabianie na kolejne kosmetyki i ciuchy.

W byciu matką – to jednocześnie ranga, jak i mniejsze przywileje – zamknięcie w domu z dziećmi, coraz większe wymagania (rodź naturalnie i bez znieczulenia, bądź matką w kontakcie, noś dziecko przez pół roku przy piersi, codziennie gotuj dziecku – i to eko, stosuj i pierz eko pieluchy, dbaj o rozwój dziecka, karm 2 lata piersią – ale nie publicznie, itp., itd), zmniejszone możliwości swobodnego poruszania się, skoncentrowania uwagi, samorozwoju.

Niski wzrost sprawia, że często nie jestem traktowana poważnie. Podobnie z niezbyt donośnym głosem.

Przeżywanie emocji, bycie nieracjonalnym (nie tylko myślenie logiczne) prowokuje często do oceniania mnie jako „słabszą”, trudniej przebić się z informacją dostarczaną przez intuicję w porównaniu z informacją pochodzącą z racjonalnego umysłu.

Trudność w wyrażaniu złości to przyczynek do tego, ze osobom, które tego ograniczenia nie mają, łatwo mnie zakrzyczeć czy zastraszyć gdy zdecydują się na krzyk czy innego rodzaju wyrażenie agresji.

Uderza mnie, jak często jestem niezrozumiana przez osoby, które mają większą tolerancję na niska temperaturę – jestem oceniana, jako dziwna, nadwrażliwa,  zmarźluch, i żadna z tych osób nawet przez chwilę nie cieszy się świadomie przywilejem, który jej się przytrafił, uważając, że to one są ok, a ze mną jest coś nie tak i że marznięcie to mój osobisty wybór.

W byciu pacjentem w Polsce – kiedy podczas ciąży leżałam w jednym z najlepszych szpitali według rankingu akcji „Rodzić po ludzku”, doświadczyłam boleśnie, jak znika cała moja osobowość, godność, prawo do informacji i wyboru,  i prawie wszystkie inne demokratyczne oczywistości. Byłam tylko brzuchem, w którym usiłowano przytrzymać ciążę. Wszelkie próby dyskusji z lekarzami, niezgadzania się na przyjmowanie niektórych leków, spotykały sie z nagonką i groźbą, że oto mogę przestać być leczona. Pacjenci, dzieci i ryby głosu nie mają. Mocna lekcja jak działają rangi, gdy nie są uświadomione przez tych, którzy nimi dysponują. To była też doskonała okazja, aby przekonać się jak to jest nie być pełnosprawną, w całości być uzależnioną od pomocy innych (nie zdarzyło się np. aby pielęgniarka zrobiła mi coś do picia – nawet mimo prośby –  chociaż miałam zakaz nawet siadania, nie mówiąc o chodzeniu).

Czy w tym wszystkich chodzi o świadomość i wrażliwość – uznanie, że moje przywileje to po prostu wielki łut szczęścia i że to, że mam lepiej nie czyni mnie lepszą/lepszym od innych, którzy tego nie mają. Oraz, że w tym miejscu – wdzięczności za to uprzywilejowane miejsce, w którym się znalazłam, może się narodzić empatia i współodczuwanie, a nawet chęć podzielenie się korzyściami, jakie niesie moja wyższa ranga.

Praktyka pierwsza

Mindell zachęca, aby jak najwięcej mówić o swoich rangach – cieszyć się wyższymi i przekazywać innym, jakie wyzwania niosą ze sobą niższe. Ostatnio spotkałam świeżo upieczoną mamę, która we łzach wyznała, że jest w rozpaczy, bo jest okropną matką. Polegało to na tym, że jest jej trudno poradzić sobie z zamknięciem w domu, nagłym skurczeniem większości życiowym możliwości i spełniania swoich potrzeb oraz całą odpowiedzialnością i troską o dziecko na swojej głowie. Była przekonana, że to wyłącznie jej historia, i że wszystkie inne matki radzą sobie koncertowo. To oczywiście skutek tego, że tak bardzo boimy się czasem przyznać, że nie spełniamy społecznych oczekiwań.  Wówczas nie tylko nie doświadczamy wspólnoty wynikającej z trudnego położenia i bardzo niesprawiedliwych oczekiwań względem kobiet w roli rodzica w porównaniu z mężczyznami – ojcami, ale i nie dajemy takiej szansy innym matkom, wzmacniając w nich nieprawdziwe przekonania, że to tylko one nie sobie nie radzą i system społeczny nie ma z tym nic wspólnego.

Rozmowa może wiele zmieniać . W mojej relacji od zawsze borykamy się z różnicami w przeżywaniu rzeczywistości – mój partner to siła spokoju, zaufania do życia, bycia tu i teraz;  ja – przeciwnie – mam bardzo wiele obaw związanych z przyszłością, swoim zdrowiem, często wierzę, że możliwa jest tylko najczarniejsza opcja. Mojego partnera bardzo to złościło bo wydawało mu się, że to tylko mój wybór, który w każdej chwili silnym postanowieniem mogę zmienić i polepszyć swoje i nasze życie. To z kolei doprowadzało mnie do szewskiej pasji i budowało głęboką urazę wobec niego, bo ja wiedziałam, że te schematy mają źródło bardzo głęboko w moich przeżyciach z dzieciństwa i mimo wieloletniej pracy rożnymi metodami nie jest łatwo je przeprogramować.  Kiedy zwróciłam uwagę mojego partnera, że ma on w porównaniu ze mną ogromną rangę psychologiczną, wynikającą z tego, że nie doświadczył równie traumatycznych przeżyć gdy się rozwijał – było to dla niego wielkim odkryciem i bardzo go poruszyło. Był to moment dużej bliskości – poczułam się wreszcie zrozumiana, zobaczona.  Mam wrażenie, że ta świadomość wpłynie pozytywnie na nasze dalsze radzenie sobie z tym tematem.

Podobną sytuację opisuje Mindell.

„Powiedzmy, zę tój partner jest w depresji spowodowanej nadmiernym samokrytycyzmem. Jeśli ty nie cierpisz na to samo, to odczuwasz wobec msiebie szacunek, będący rodzajem psychologicznej rangi. Jesli nie używasz tej rangi świadomie, możesz lekceważyć problem twojego partnera, tracąc do niego cierpliwośc. Możesz też myśleć – „No tak, to typowe dla takich mężczyzn. Nic nie mogę z tym zrobić. W ten sposób popierasz porządek społęczny, przyjmując założenie, że twój partner nie może uwolnić się spod jego wpływu i minimalizując znaczenie tego problemu w ogóle.

W tej samej sytuacji możesz postąpić odwrotnie i pokazać, że społeczeństwo wywiera presję na nas wszystkich, abyśmy lepiej wyglądali, mieli wyższe wykształcenie i aby się nam finansowo lepiej wiodło. Na Zachodzie powinniśmy być raczej konformistami, a nie ludźmi szalonymi, powinniśmy być logiczni, a nie czujący, mocni, a nie podatni na zranienie, szczupli, anie pulchni i mieć jasną, a nie ciemną skórę. Większość wewnętrznych krytyków staje po stronie kultury,  w której dana osoba żyje. Spytaj swego partnera, czy jego wewnętrzny krytyk jest rasistą , seksista, homofobem, antysemitą lub też czy może uwewnętrzni jakieś inne uprzedzenia pochodzące z kultury większości. Badając te kwestie, ty i twój partner przeprowadzacie jednocześnie pracę wewnętrzną, relacyjną i polityczną. Możecie się nawzajem wyzwolić od norm kulturowych i dać sobie wzajemne przyzwolenie na bycie emocjonalnym, wrażliwym na zranienie, dziecinnym, śmiesznym, obdarzonym bogatą wyobraźnią lub bulwersującym otoczenie, i kimkolwiek jeszcze zechcecie być”.

Praktyka druga

Bardzo podoba mi się praktyka wdzięczności za rangi i wynikające z nich przywileje, które przypadły nam w udziale.

„Ciesz się swoimi przywilejami w myślach lub z przyjaciółmi. Bądź wdzięczny(a) za swoje szczęście, za to, że twoje przywileje oszczędzają ci bólu i za sposób, w jaki wzbogacają twoje życie. Bądź szczęśliwy(a), że je masz. Wyobraź sobie, jeśli chcesz, boską istotę dającą ci te przywileje. Spytaj tej istoty, dlaczego otrzymałeś (łaś) te dary. ” – proponuje Mindell.

To także przyczynek do tematu przeprowadzki do świata obfitości – kiedy decydujemy się zauważać swoje ragi i wynikające z nich przywileje, czujemy się niezwykle obdarowani.

Praktyka trzecia

„Ludzie świadomi swojej rangi wiedzą, że wiele swoich przywilejów odziedziczyli i że przywileje te nie są dostępne dla wszystkich. Nie patrzą z góry na tych, którzy mają mniejsze możliwości. (…) jeśli używasz rangi świadomie, to bywa ona lekarstwem. W innym przypadku jest trucizną. Nie możesz pozbyć się rangi, więc może postaraj się, aby wynikło z niej coś dobrego.  (…)  Spytaj innych jak możesz się nimi podzielić. (…) Pomyśl o paru jednostkach lub grupach, które nie mają tego przywileju. Czy potrafisz dzielić się lub używać swoich przywilejów w taki sposób, aby inni czuli się dumni z własnych? Aby potrafili mówić głośno o swoich problemach i uprzedzeniach?”- proponuje Mindell.

Jak mogę używać swoich rang do  do zmieniania moich relacji,  społeczności,  świata?

Co miesiąc wpłacam pieniądze na konto organizacji Avaaz, która, mam wrażenie, ma realne możliwości wpływania na palące światowe kwestie (chociażby wywierając presję na polityków czy organizacje międzynarodowe poprzez petycje podpisywane przez setki tysięcy osób na całym świecie).

Mój profil na facebooku w większości poświęcam na publikowanie wiadomości z obszaru budowania umiejętności współodczuwania i empatii oraz na ważne akcje społeczne.

Bardzo dużo opowiadam o tym, jakie to wyzwanie przez 2 lata opiekować się małym dzieckiem domu, jakie oprócz oczywistych radości jest to frustrujące, męczące, pozbawiające wielu możliwości, w tym niezbędnych mi do życia stymulacji intelektualnej oraz kontaktów z innymi.

Przez 2 lata prowadziłam bezpłatnie program Ambasadorzy Empatii, który miał zainspirować do większej empatycznej uważności i współodczuwania z innymi. Udział w nim wzięło 850 osób.

W rozmowach z partnerem staram się mieć świadomość mojej rangi polegającej na swobodnym mówieniu o emocjach i albo prowadzę ich mniej (wiedząc jaki to dyskomfort dla niego) albo próbuję pomagąć mu empatycznie w wyrażaniu siebie w ten sposób.

Podczas dwudziestu trzech edycji Festiwalu PROGRESSteron wciąż i wciąż mówimy głośno, jakie to ważne dla kobiet, aby realizować siebie, spełniać także swoje potrzeby. Festiwal jest miejscem, gdzie to się dzieje. Pokazujemy drogi wzmacniania siebie:  emocjonalnego, zawodowego, finansowego, itp.

W Dojrzewalni bardzo wspieramy empatyczne podejście w biznesie, organizujemy festiwale (Korporacja z duszą), warsztaty (Leadership from the Heart, Making Cooperation Real), dyskusje.

Chciałabym być uważna na wielkie przywileje, które daje ranga bycia rodzicem. W porównaniu z moją córką mam ogromną możliwość decydowania o swoich działaniach. Miki Kashtan, trenerka Nonviolent Communication z USA zachęcała mnie, aby jak najczęściej przypominać sobie swoje odczucia z dzieciństwa i stawiać się na miejscu dziecka – często bezrefleksyjnie wykorzystujemy władzę jaką mamy nad dzieckiem, na pierwszym miejscu stawiając swoje potrzeby. A także i tutaj chodzi po prostu o współodczuwanie – wczucie się w emocje i potrzeby dziecka i branie ich pod uwagę na równi ze swoimi (potrzeba jest duża kreatywność w szukaniu rozwiązań, które spełnią nasze potrzeby jednocześnie. No i empatia wyrażana wobec dziecka, gdy takiego rozwiązania nie uda się znaleźć. ).

To wszystko to tylko kropla w morzu.

Chciałabym przez następny miesiąc odnaleźć więcej sposobów na dzielenie się moimi rangami.

A co ty możesz zrobić?

Zamiast „Co tu mogę dostać?” pytałabym „Co mogę tu dać?”

2 List

„Co mogę tu dać?” jest pytaniem, które wszystko zmienia. Nasza kultura jest oparta na braku, a więc nieustannie zadajemy sobie pytania z tym związane: „Czy wystarczy dla mnie”?, ” Czy ta osoba mi to da?”,  „Czego mi brakuje?” , „Czy tutaj to dostanę?”, „Co muszę zrobić, aby mi to dali?”, „Czy mogę kochać, jeśli on/ona mi tego nie daje?”

Kiedy postrzegam siebie jako kogoś, komu cały czas czegoś brakuje, a świat jako miejsce, w którym nigdy niczego nie jest wystarczająco dużo, jak wygląda moje życie? Dosyć smutno.

A gdyby tak założyć, że nic mi nie brakuje, i zacząć patrzeć, czym mogę się dzielić?

Pamiętam, jak ta zmiana perspektywy wpłynęła na mój egzamin na prawo jazdy. Podchodziłam do niego już 2 razy i zawsze byo to związane z paraliżującym stresem. Na sesji coachingowej pracowałam nad tym jak go zminimalizować, m. in. szukając warunków, które powinny być spełnione przez egzaminatora (powinien być spokojny, ciepły, nie krytykować, kontaktowy, itp.) . Budziło to tylko coraz większa frustrację i poczucie bezradności, bo byłam przecież świadoma, że nie mam żadnego wpływu na to, jakiego egzaminatora wylosuję.   Osoba, która prowadziła coaching zapytała więc w pewnym momencie:  „A co ty mogłabyś dać egzamininatorowi?” To pytanie na początku bardzo mnie rozśmieszyło, tak było dalekie od tego, jak normalnie myślimy. Ale podjęłam wyzwanie i zaczęłyśmy szukać tego, czego potrzebuje osoba, która przez wiele godzin ma do czynienia z przerażonymi kierowcami, którzy nie są zbyt kontaktowi. Pomyślałam, że mogę mu dać empatię i zrozumienie, zobaczyć w nim żywego człowieka, a nie tylko rolę,  za którą się skrywa. Ja mogę być bardziej kontaktowa. To spowodowało naprawde znaczącą zmianę przy następnym egzaminie. Dalej byłam zestresowana, ale nie czułam się bezradna – nie czułam się ofiarą totalnie zależną od egzaminatora, który okazał się niezbyt ciepły i dosyć skłonny do krytyki. W trudnych momentach skupiałam sie na pytaniu, co mogę zrobić, aby jemu i sobie ułatwić te sytuację. Naprawdę, to doświadczenie było inspirujące – czułam, że bardziej panuję nad całą sytuacją i mimo kilku słów krytyki – egzamin ostatecznie zdałam. Do dziś jestem przekonana, że pomogła zmiana nastawienia.

Mój przyjaciel przez długi czas zmagał się z problemem, że jego pracownicy nie okazują mu szacunku, np. spóźniając się do pracy albo niestarannie wykonując jego polecenia. W jego umyśle pojawiało się wiele niepochlebnych ocen na ich temat, wiele irytacji, poczucia oddzielenia. Zastosowaliśmy wówczas metodę odwróceń (turnings around) Byron Katie i myśl „Oni powinni mnie szanować” zamieniliśmy na „Ja powinienem szanować ich” oraz „Ja powinienem szanować siebie”. Przy każdym odwróceniu należy znaleźć przynajmniej trzy przykłady, że są równie albo bardziej prawdziwe jak pierwotna myśl, która sprawia ból. Przyjaciel zauważył wówczas, że oceniając pracowników, przydając im etykiety leniwych, niestarannych, itp. np. bez zapytania o przyczyny tych zachowań, również ich nie szanuje. Nie szanuje również siebie interpretując zachowania pracowników jako wymierzone przeciwko niemu czy umniejszające jego wartość jako szefa.  To było dla niego bardzo uwalniające – postanowił od tej pory okazywać szacunek pracownikom na różne sposoby. Relacje w jego firmie uległy wielkiej zmianie.

„Co mogę tu dać?” – to szczególnie transformujące pytanie w bliskich związkach.  Zazwyczaj traktujemy związki jako miejsce, gdzie powinniśmy wiele dostawać i dopiero wówczas gdy tak się dzieje, jako element swoistego handlu wymiennego możemy także dawać, także miłość,  akceptację, zrozumienie, wsparcie.

„Związek to dwoje ludzi, którzy nawzajem zgadzają się ze swoimi opowieściami. Jeżeli zgadzam się z tobą, kochasz mnie. A w chwili, kiedy się z tobą nie zgadzam, w chwili gdy poddaję w wątpliwość jedno z twoich świętych przekonań, w myślach się ze mną rozwodzisz. Następnie zaczynasz szukać wszelkich argumentów, aby udowodnić, że masz rację, i skupiasz się na tym, co jest poza tobą. (…) Partner to twoje lustro (…), kiedy więc dostrzegasz u niego jakiekolwiek niedoskonałości, to możesz być pewien, że są to twoje niedoskonałości. (…) Nie ma innego sposobu, by autentycznie połączyć się z partnerem, jak tylko uwolnić się od przekonania, że potrzebujesz od niego czegoś, czego ci nie daje. (…) Stanowisz jedność ze swoim mężem, dopóki nie uwierzysz, że powinien wyglądać w określony sposób, że powinien ci coś dać, że powinien być czymś innym niż jest.” Byron Katie, Stephen Mitchell, „Radość każdego dnia”

To jest dla mnie cytat, który przypomina o tym, jak często przywiązujemy się do pomysłu, że nasi najbliżsi maja być narzędziami do spełniania naszych potrzeb i od tego, czy to robią, uzależniamy nasze pozytywne uczucia do nich. Nic dziwnego, że przy takim podejściu często się buntują, uruchamia się ich potrzeba wolności i autonomii – sami chcą decydować, czy i w jaki sposób będą wzbogacać nasze życie swoimi działaniami. I nie chodzi o to, by naszych potrzeb w związkach nie wyrażać i nie prosić o pomoc w ich zaspokojeniu – wręcz przeciwnie – taka szczerość to podstawa relacji; ale by pozbyć się przekonania, że ktoś udowodni nam swoją miłość tylko, jeśli je spełni. Taka zmiana pomoże nam pozbyć się energii żądania z naszych wypowiedzi i zwiększy intymność pomiędzy nami a bliskimi.

Praktyka

Zrób listę potrzeb, jakie chciał(a)byś, aby były spełnione w twojej relacji z partnerem/ką. Zakreśl 5 kluczowych dla ciebie. Wyobraź sobie, że partner/ka przyczynia się do ich spełnienia. Co czujesz? Czy wpływa to na stan twoich uczuć do niego/niej? A teraz wyobraź sobie odwrotność tej sytuacji – czy twoje uczucia do partnera/ki się zmieniły na mniej pozytywne? Jeśli tak, może to oznaczać, że podtrzymujesz w sobie przekonanie, że partner/ka powinien spełniać twoje potrzeby i może on to wyczuwać jako żądanie (potencjalną karą za odmowę jest wycofanie ciepłych uczuć do niego) i reagować buntem lub poddaniem się – żadna z tych reakcji nie wzmacnia waszej więzi, a wręcz przeciwnie – buduje poczucie zranienia i odrzucenia.

Praktyka

Często, gdy oceniam kogoś negatywnie, bo czegoś nie nie dał (a ja oczywiście tego od niego/niej) oczekiwałam), proste odwrócenie przywraca poczucie mocy, zaczynamy widzieć, że tak naprawdę chcieliśmy od kogoś czegoś, co sami możemy zaofiarować światu. Któregoś dnia miałam za złe mojemu partnerowi, że za mało ze mną rozmawia. Kiedy to odwróciłam, znalazłam wiele dowodów, że to ja za mało z nim rozmawiam – kiedy inicjuje rozmowę, często na przykład chcę rozmawiać o swoich przemyśleniach, uczuciach itd. Nie jest to prawdziwa rozmowa – wymiana. Zaczęłam sie przyglądać uważniej swoim motywacjom i być ciekawa co interesuje mojego partnera. Chciałabym automatycznie dokonywać odwróceń gdy oskarżam kogoś, że czegoś mi nie daje i patrzeć co z tego wynika, jeśli chodzi o odzyskiwanie poczucia osobistej mocy.

Praktyka

Jak otworzyć się na dawanie w związku? Często latami buduje się w nas poczucie żalu do partnera, z powodu naszych niespełnionych potrzeb. Czekamy wówczas na pierwszy krok z jego/jej strony, mówiąc sobie, że dopiero wtedy my możemy zacząć okazywać miłość.

Poniżej trzy ćwiczenia, które pomogą rozpuścić to nastawienie

Ćwiczenie

1. Dokończ 3 razy następujące zdanie:

Będę szczęśliwy/a, gdy ty….. (co konkretnie powinien zrobić twój partner/ka)

Będę szczęśliwy/a, gdy ty będziesz wracał wcześniej z pracy.

Będę szczęśliwy/a, gdy ty będziesz zgadywała czego potrzebuję i dawała mi to.

Będę szczęśliwy/a, gdy ty będziesz mniej grał w gry komputerowe.

2. Zadaj sobie teraz następujące pytania:

Czy to prawda? Czy nie zdarzyło się w przeszłości, że partner zrobił to, o czym mówisz, a ty i tak byłaś/łeś nieszczęśliwy (np. z innego powodu).

Jak traktuję swojego partnera/rkę gdy wierzę tej myśli, a on/ona nie reaguje w określony sposób?

Jak bym go/ją traktował/a bez tej myśli?

Byron Katie zachęca, aby „pominąć pośrednika” na naszej drodze do odczuwania satysfakcji i radości życia. Kiedy przestaniemy wierzyć myśli, że nasze szczęście zależy od tego, co robią inni, w tym nasz partner/ka, nie dość, że będziemy mieli na to odczucie o wiele większą szansę, to jeszcze otworzymy się na jego/jej potrzeby. Przestaniemy bowiem traktować wspieranie go/jej w ich zaspokajaniu jako transakcję wymienną. Pojawi się w nas czysta radość dawania – wzbogacania czyjegoś życia.

Ćwiczenie

1. Pomyśl o 5 rzeczach, które denerwują cię w twoim partnerze/rce i wypisz je.

Na przykład: Mój partner jest leniwy.

2. Teraz, zgodnie z teorią, że partnerzy są naszymi lustrami i projektujemy na nich obszary, w których potrzebujemy się rozwinąć, dokonaj odwrócenia:

Ja jestem leniwy/a.

3. Podaj 5 przykładów ze swojego życia, kiedy tobie nie chciało się np. czegoś zrobić.

4. A teraz jeszcze inne odwrócenie:

Mój/a partner/ka nie jest leniwa.

5. Podaj 5 przykładów potwierdzających to zdanie.

Ćwiczenie

1. Kiedy złapiesz się na myśli: ”On/a powinien/nna mnie kochać”, zamień ją na myśl: „Ja powinnam kochać jego/ją.”

2. Zastanów się jaki jest główny język miłości twojego partnera/rki.

3. Zrób listę rzeczy, które według ciebie sprawiają, że bliska osoba ma poczucie bycia kochaną.

4. Poproś ją o weryfikację listy i jej uzupełnienie, pytając: „Co mogę zrobić, aby twoje życie było lepsze?”

Bardzo mi się podoba zestawienie, które zrobiła Susan Jeffers, autorka wielu książek o rozwoju osobistym i funkcjonowaniu w relacjach, pokazujące, co dla niej oznacza prawdziwa miłość do drugiej osoby. Wybrałam z jej listy te punkty, które mnie kojarzą się z głęboką troską o bliską osobę i zmianą nastawienia z „Co tu mogę dostać?” na „Co mogę tu dać?”.

1. Kiedy nasza bliska osoba zaczyna wątpić w swoje „piękno”, przypominamy jej jak jest piękna.

2. Wspieramy jej rozwój, nawet, gdy oznacza, że zmieniając się może się od nas oddalić.

3. Troszczymy się o swój rozwój, aby móc być dla niej jak największym wsparciem, a nie obciążeniem.

4. Cieszymy się jej sukcesami niezależnie od tego, czy sami w danym momencie ich doświadczamy.

5. Zachęcamy ją, aby rozwijała swoją niezależność, nawet jeśli jej zależność od nas dawałaby nam poczucie bezpieczeństwa w relacji. I odwrotnie – my również staramy się wzmacniać naszą niezależność.

6. Nie oczekujemy, że zapewni nam szczęście i spełnienie w życiu, a raczej chcemy się z nią dzielić tym stanem.

7. Zdajemy sobie sprawę, że jak każdy, ma w sobie zranienia, których doświadczyła w dzieciństwie i które łatwo mogą wydobyć się na wierzch sprowokowane naszym zachowaniem. Staramy się ich nie zaogniać.