Archiwum | Uncategorized RSS feed for this section

Przestałabym czuć się samotna

18 Czer

rozlaczonaRedakcja Polityki” bije na alarm: w Polsce mamy do czynienia z postępującą erozją empatii. Autorka analizy tego zjawiska (artykuł „Wolność, równość, obojętność” z 10 czerwca 2014), Ewa Wilk, pokazuje, że od lat coraz mniej sobie ufamy – według ostatniego badania CBOS z lutego 2014 już 75% z nas deklaruje nieufność wobec obcych. Nieufność łączy się z coraz większą atomizacją – wolny czas spędzamy głownie z partnerem lub najbliższą rodziną, coraz rzadziej utrzymujemy jakiekolwiek kontakty z sąsiadami, w sieci oraz innych mediach aż roi się od hejterskich wypowiedzi, pełnych nienawiści i niczym nieuzasadnionego jadu, normą staje się odczuwanie niechęci do ludzi o innych niż nasze poglądach. I niby wszystko to da się uzasadnić: autorka szuka przyczyn tego stanu m. in. w tym, iż Polakom przez ustawiczną okupację wykształciła się „kultura krzywdy”, nieufności wobec obcych, pozostałości PRL-owskiej propagandy wciąż są przekazywane kolejnym pokoleniom (podział na naszych i zdrajców, kto nie z nami, ten przeciwko nam), a w nas buzuje strach przed nieistnieniem (jeśli się nie wyróżnię, nie będę ważny – zniknę, nie będę nic wart), autorytaryzm Kościoła i szkoły podtrzymuje iluzję, że jest jakaś jedna właściwa filozofia życia. A wszystko to w atmosferze pośpiechu u znikających miejsc pracy oraz sprawnie wyolbrzymianego przez media poczucia zagrożenia i niedostatku. Ale nawet pełne zrozumienie przyczyn tego stanu, nazywanego przez Ewę Wilk wyuczonym autyzmem, nie przesłania faktu, że wciąż płacimy za to ogromną psychologiczną cenę: czujemy się coraz bardziej oddzieleni od innych, więc coraz bardziej samotni.

Tymczasem, co ciekawe, ludzie, którzy doświadczyli oświecenia donoszą, iż tak naprawdę wszyscy jesteśmy ze sobą połączeni, a nawet jesteśmy jednym. Na razie oświecenie mi się nie przytrafiło i chociaż nie tracę nadziei:-), stwierdziłam, że nadszedł czas, aby skończyć z iluzją samotności wspomagając się standardowymi, dostępnymi nam wszystkim sposobami.

A tak naprawdę zainspirowało mnie do tego pewne poruszające doświadczenie.

Jako uczestniczka Worldworku – międzynarodowego seminarium, podczas którego setki osób z wielu krajów zbierają się razem w potężne forum, pracujące nad społecznymi, środowiskowymi i politycznymi kwestiami – miałam okazję obserwować proces grupowy poświęcony nierównościom w dostępie do dóbr i dobrostanu. W pewnym momencie na środku pojawił się czarnoskóry mężczyzna, mieszkaniec Kenii, który szlochając i drżąc na całym ciele wykrzyczał między innymi takie słowa (cytat z pamięci): „I want to live to my highest potential! I want to live my life fully! And I can not and nobody listens! Nobody listens!”

Nie wiem czy miał na myśli siebie, czy też upominał się o uwagę świata w roli reprezentanta takich niedostrzeganych i niewspieranych osób, które w walce o godne warunki życia są pozostawione same sobie (tak się często dzieje w procesie grupowym inspirowanym Psychologią Procesu), ale jedno jest pewne – jego wystąpienie poruszyło mnie i wiele innych osób z kilkusetosobowej widowni bardzo głęboko.

Po raz pierwszy tak namacalnie  zdałam sobie sprawę, że wszyscy – ludzie – jesteśmy dokładnie tacy sami. Gdzieś w głębi, pod powierzchownymi różnicami mamy prawdopodobnie takie samo pragnienie (jedno z wielu nam wspólnych) – żyć w pełni, nie musieć zajmować się tylko przetrwaniem; doświadczać, że wykorzystaliśmy swój potencjał i po prostu nie zmarnowaliśmy życia.

Płynie dla mnie stąd ważne pytanie: „Czy nie jest tak, że sami organizujemy sobie poczucie oddzielenia od innych – przyjmując za prawdę tylko powierzchowne, prymitywne wyobrażenia na temat innych ludzi?”

Do tej pory mieszkańcy Afryki byli, wstyd się przyznać, zbici w mojej świadomości w jedną, walczącą z ogromnymi przeciwnościami masę i oprócz przeznaczania środków na cele mające ich wspierać w walce o przetrwanie, niezbyt potrafiłam się wczuć w ich potrzeby, zobaczyć ich jako takich samych ludzi jak ja. Może to naturalny mechanizm umysłu, ale uświadomienie go sobie daje wybór – tkwić dalej w pułapce uproszczenia i oddzielenia czy poczuć jak wiele nas łączy z każdym innym człowiekiem na świecie. Mnie osobiście ta ostatnia opcja przynosi pocieszenie i znakomicie pozbawia poczucia samotności.

Praktyka

W mojej głowie mocno pracuje teraz pytanie: „Jak możemy siebie nawzajem wspierać w pełnym życiu?”,  „Jak mogę w tym wspierać innych, których spotykam na swojej drodze albo tych, o których wiem, że istnieją i takiego wsparcia potrzebują?”

Praktyka

Kiedy spotykam teraz nowe osoby i obserwuję w sobie pewnego rodzaju dystans, niepokój, poczucie wyższości lub niższości, etykiety; przypominam sobie – ta oto osoba jest taka sama jak ja, chce przeżywać swoje życie w pełni. Do tego dąży wszelkimi znanymi jej sposobami. Chce zrealizować swoje najgłębsze tęsknoty, które na podstawowym poziomie nie różnią się od moich: chce być kochana i kochać, chce być w kontakcie z innymi, przynależeć, realizować się, odnaleźć sens życia. Już samo to wystarczy, aby odegnać uczucie samotności i oddzielenia.

Praktyka

Swojego czasu pisałam na tym blogu o odnajdywaniu swojego plemienia. O tym, że przynależność do wspólnoty, bycia częścią grupy, która podziela moje wartości, docenia mnie i wspiera, to jeden z najważniejszych składników mojego poczucia sensu życia i szczęścia.
Wciąż zgadzam się  z tym, że to świetne remedium na samotność, ale pociąga mnie również zrobienie kroku dalej –
Poszerzanie rodziny/plemienia, czyli grupy ludzi, których uważam za swoich. Pomocne jest w tym dla mnie Nonviolent Communication – metoda, która bazuje na przekonaniu, że jako ludzie dzielimy dokładnie te same potrzeby: bezpieczeństwa, akceptacji, dobrostanu fizycznego i emocjonalnego, autentyczności, przynależności, bycia widzianym, przestrzeni, samorealizacji, zaufania, otuchy, kontaktu z przyrodą i wiele, wiele innych; a różnimy się tylko gdy dochodzi do sposobów, w jakie próbujemy te potrzeby zrealizować. Za każdym działaniem innego mogę wypatrywać zatem dobrej intencji – czego ta osoba pragnie, jakie ważne pragnienie stoi za tym, co zdecydowała się zrobić?

W kontekście ostatnich wyborów jeszcze pogłębił się w Polsce podział na dwa zwalczające się obozy. Ale jeśli spojrzeć na to tak, iż zwolennikom z przeciwnych ugrupowań chodzi w głębi o to samo? Żeby czuć się bezpiecznie, stabilnie, móc żyć w pełni, być pewnym możliwości dobrego życia dla swoich bliskich? Cóż, strategie na to samo mają rożne, ale gdy odwołamy się do tego, co się za nimi kryje, może rozpocząć się przekraczanie poczucia oddzielenia – warunek prawdziwej rozmowy.

Praktyka

Pomocny w poszerzaniu mojego plemienia jest sposób, którym dzieli się Bridget Belgrave, trenerka metody Nonviolent Communication (Porozumienie Bez Przemocy) z Wielkiej Brytanii – praktyka kontaktu z potrzebami, która także w moim przypadku daje bardzo wiele satysfakcji i poczucia łączności z innymi.

Kiedy Bridget jest w kontakcie ze swoją niespełnioną potrzebą, formułuje to tak:

Tęsknię za spokojem. Jest tyle osób na świecie, które też za nim tęsknią. Niech, tak jak i ja, znajdą spełnienie tej potrzeby.”

Gdy kontaktuje się z potrzebą zaspokojoną – mówi sobie: „Czuję się teraz wdzięczna i radosna, bo moja potrzeba bliskości jest spełniona. Tyle innych osób na świecie marzy o jej spełnieniu, oby im się to udało.”

Bridget Belgrave bardzo ceni sobie fakt, iż w momencie, kiedy jest w kontakcie ze sobą, dzięki tej praktyce może być jednocześnie w kontakcie z innymi oraz spełniać swoją potrzebę troski o innych. Uświadomienie sobie, że także wielu innych ludzi w tym momencie tęskni za spełnieniem danej potrzeby, przypomina jej o tym, że na głębszym poziomie jesteśmy tacy sami i zaspokaja tym samym potrzebę wspólnoty.

Praktyka

Dobrym wsparciem w treningu rozszerzania kręgu ludzi, których uważamy za „swoich” jest medytacja miłującej dobroci, podczas której skupiamy się na życzeniu innym, aby byli bezpieczni, szczęśliwi, zdrowi, odnaleźli spokój. Zaczynamy od siebie („Obym była bezpieczna, obym była szczęśliwa, obym była zdrowa, obym odnalazła spokój”) i najbliższych osób, stopniowo rozszerzając grono: nieznajomy z ulicy, ktoś, go kogo czuję urazę,  mieszkańcy mojego miasteczka, mieszkańcy mojego kraju, wszyscy ludzie na świecie, wszystkie istoty na świecie, wreszcie wszechświat…

Praktyka

Odkryłam, że cennym sposobem na przegnanie, a przynajmniej nie pogłębianie, samotności jest dla mnie jak najmniej czasu albo wcale spędzać na Facebooku. Przez długo czas mnie to dziwiło: mimo kilku setek „znajomych”, ilekroć tam zaglądałam, pogłębiało się moje wrażenie samotności. Trochę sprawę rozjaśnił mi film, który przygotował  Shimi Cohen: „The Innovation of Loneliness” – według niego samotność to najbardziej wspólne doświadczenie w dzisiejszym świecie. Sprawy nie polepsza fakt, iż potrzebując kontaktu i więzi, zwracamy się po nią do ostatniego miejsca, gdzie moglibyśmy ją poczuć – i gdzie czeka na nas jedynie jej iluzja. Mamieni złudzeniem, że będąc wciąż w kontakcie, nie poczujemy się samotni, poświęcamy wiele czasu na edytowanie, przykrawanie i dopieszczanie swojego społecznościowego wizerunku, rezygnując z prawdziwej rozmowy (w której głębia kontaktu i intymność bierze się między innymi z tego, że nie możemy do końca kontrolować tego, co za chwilę powiemy). O tym już była mowa – przedstawiając światu swój prze-edytowany obraz, nie możemy liczyć na to, że zrodzą się z tego prawdziwe więzi.Mniej Facebooka to większa szansa na kontakt w realu.

Praktyka

Brene Brown w książce „Z wielką odwagą” zwraca uwagę jak oddzielenie manifestuje się w przestrzeni publicznej – w naszych kontaktach z ludźmi, którzy świadczą nam rożnego rodzaju usługi: sprzedawcami, pracownikami poczty, stacji benzynowej, urzędnikami, itp. Często traktujemy ich przedmiotowo, jak element otoczenia. Nie wykorzystujemy więc okazji, by nasze spotkanie przekształcić w moment prawdziwego międzyludzkiego kontaktu – zamiast rozmawiać przez komórkę w trakcie płacenia, spojrzeć ekspedientce w oczy, powiedzieć świadomie, a nie rutynowo  – dziękuję.  Łączy mi się to z obecną silnie w dzisiejszych czasach tendencją, której również często ulegam, patrzenia na innych wyłącznie przez pryzmat tego, czy i jak mogą zaspokoić nasze potrzeby.  Nie obchodzi mnie co czujesz, czego ty pragniesz, ważne jest, co mogę uzyskać, poświęcając czas na kontakt czy budowanie relacji z tobą? Przy takim podejściu poczucie samotności gwarantowane. Chciałabym być na to bardziej uważna.

Praktyka

W przywracaniu poczucia połączenia z innymi ludźmi pomaga mi również inspiracja płynąca od stoików. Naturalną ludzką reakcją jest, że gdy spotyka nas coś trudnego, zamykamy się w sobie i swoim nieszczęściu, co pogłębia rozżalenie na niesprawiedliwość losu i samotność. Stoicy udowadniają, że pytanie: „Dlaczego tylko mnie to spotkało?” praktycznie nigdy nie jest zasadne.

Piotr Stankiewicz, w książce  „Sztuka życia według stoików” przywołuje słowa Marka Aureliusza: „W każdej przygodzie miej przed oczami tych, których to samo spotkało.”  i dodaje, że: „Na każdej kłodzie, którą los nam rzuca pod nogi znajdziemy prowadzące na druga stronę ślady czyiś stóp. (…) Nic nie spotyka wyłącznie nas, zawsze już kogoś przed nami spotkało, lub dotknie kogoś po nas – zawsze możemy się rozejrzeć, żeby znaleźć kogoś, kto z czymś podobnym musiał się zmierzyć. Nie jesteśmy w swoim nieszczęściu sami. (…) Świat jest po prostu zbyt duży na to, by rozmaite przygody ludzkie nie musiały się od czasu do czasu powtarzać. Zawsze najdziemy jakąś bratnią, współudręczoną duszę, najczęściej zaś – cały legion. I świat nie będzie już musiał się walić na nasza osamotnioną głowę: bo będziemy mieć obok siebie głowy innych. (…) Mocny uścisk dłoni tych, którzy mocują się dzisiaj z tym samym losem, i którzy mocowali się z nim wczoraj, doda nam otuchy i wiary, że można się ni  poddać.”

Według autora współtowarzyszy niedoli możemy zatem szukać w przeszłości, w przyszłości, w literaturze, filmie, teatrze, w bliższym i dalszym otoczeniu. I nie chodzi o to, żeby ich naprawdę fizycznie znaleźć, a raczej o to, by mentalnie mieć wrażenie, że podobny trudny moment, który nam się przytrafił, przeżywało lub przeżywa właśnie wiele innych osób.

Praktyka

Czasami, kiedy zauważam swój oddech, uświadamiam sobie, że nabieram właśnie powietrza razem z kilkoma miliardami innych ludzi – i jak tu się czuć samotną?

Reklamy

Rusza nowa edycja projektu – szkolenia „Gdybym Dorosła”!

22 Maj

atlasZ wielką radością spieszę donieść, że dzięki nowej platformie o nazwie „Wirtualna Dojrzewalnia„, rusza druga edycja Projektu – szkolenia online „Gdybym Dorosła”. W jego pierwszej edycji wzięło udział ponad 500 wspaniałych, gotowych na zmiany i przejęcie steru swojego życia kobiet. Był to dla mnie czas szczególny – towarzyszenie im podczas pół roku intensywnej pracy, której celem było odzyskanie poczucia mocy, sensu i satysfakcji, otworzenie się na radość, docenienie siebie, mocne stanięcie na nogach i poczucie się dobrze we własnej skórze. A także pogłębienie relacji i bliskości, lepsze rozeznanie się tym, co jest dla nas w życiu najważniejsze i stanięcie za tym. Dużo się wydarzyło, ale dla mnie najważniejsze było to, iż mogłam się z innymi kobietami dzielić tym, co naprawdę przetestowałam na sobie i co zmieniło moje życie na lepsze. I patrzeć na to, jak ich życie także się powoli zmienia w satysfakcjonującym dla nich kierunku. Dlatego ogromnie się cieszę, że dzięki nowym możliwościom technicznym mogę zaprosić także i Ciebie do dołączenia do grona „Dorastających”

W tej edycji „Gdybym Dorosła” możesz:

  • rozwijać się w ulubionym miejscu, z filiżanką dobrej herbaty, w czasie, który najbardziej Ci pasuje
  • pracować w dowolnym tempie,
  • zdecydować się na udział w całym projekcie,
  • albo wybrać jeden lub kilka interesujących Cię modułów tematycznych.

Jeśli chcesz doświadczyć, jak wzięcie odpowiedzialności za swoje życie doda mu sensu, smaku, radości i głębi; wzmocni Twoje relacje oraz pozwoli Ci cieszyć się w pełni sobą, wyrusz na głęboko transformującą wyprawę z kobietami, które są w podobnym miejscu – będziesz mogła dzielić się z nimi swoimi odkryciami, omawiać trudności i prosić je o wsparcie na forum dyskusyjnym.

 

Więcej informacji, zapisy

 

Podczas programu będziemy pracować z przekonaniami, wykorzystamy metodę „The Work” autorstwa Byron Katie, Nonviolent Communication, narzędzia z metody Zen Coaching, filozofię małych kroków – Kaizen, metodę Mind-Body Bridging, pracę z cieniem, narzędzia pracy z procesem, Living Dance Form oraz wiele innych inspiracji. Plan naszej pracy jest tak zaprojektowany, abyś po zakończeniu programu mogła:

  • poczuć, że mocno stoisz na swoich nogach, a Twoje poczucie dobrostanu nie jest zależne od innych ludzi
  • otworzyć swoje serce i przekroczyć poczucie oddzielenia od innych
  • wieść zintegrowane, pełne sensu i ekscytacji życie, w którym jest wiele radości, głębokich, bliskich relacji i spokojnego poczucia szczęścia
  • wykorzystywać swoje talenty i potencjał, aby służyć innym i inicjować w świecie zmianę, którą chciałabyś zobaczyć
  • czuć, że żyjesz w świecie obfitości, a świat Cię wspiera
  • czuć, że rozkwitasz

W ramach szkolenia online zajmiemy się tematami:

  • Gdybym dorosła… budowanie osobistej mocy,
  • Gdybym dorosła… w związku,
  • Gdybym dorosła… ciało i seksualność,
  • Gdybym dorosła… w rodzicielstwie,
  • 
Gdybym dorosła… w pracy,
  • Gdybym dorosła… w świecie.

Moduł pierwszy: Gdybym dorosła… budowanie osobistej mocy

  • samoakceptacja i empatia dla siebie
  • radzenie sobie ze złością, frustracją, cierpieniem, poczuciem winy
  • świat obfitości, wdzięczność
  • jak zwiększyć wskaźnik „pozytywności” w swoim życiu i zacząć rozkwitać
  • odzyskiwanie wyboru, branie odpowiedzialności za swoje życie
  • moje najważniejsze potrzeby
  • jak „nie zdradzać siebie”
  • stworzenie projektu osobistej zmiany

Moduł drugi: Gdybym dorosła… w związku

  • empatia – podstawa udanego związku, budowanie empatycznego potencjału, empatyczne narzędzia
  • stworzenie misji związku/rodziny
  • akceptacja i rozwijanie miłości bezwarunkowej
  • branie odpowiedzialności za swoją potrzebę miłości, m. in. teoria języków miłości
  • celebrowanie związku i partnera
  • praca z przekonaniami na temat związku
  • praca z oczekiwaniami wobec partnera

Moduł trzeci: Gdybym dorosła… ciało i seksualność

  • mind-body bridging – jak być w ciele tu i teraz
  • współczesne mity i oczekiwania na temat kobiecego ciała: jak się z nimi rozprawić
  • jak docenić swoje ciało
  • jak zakończyć wojnę ze swoim ciałem i dzięki metodzie kai zen (metoda małych kroków) bezboleśnie i skutecznie przestawić się na zdrowe odżywianie, dobre myśli, jak zacząć ćwiczyć
  • odkrywanie, co znaczy dla mnie seksualność
  • seks – strategia na jakie moje potrzeby?

Moduł czwarty: Gdybym dorosła… w rodzicielstwie

  • stworzenie własnej definicji „dobrej matki”, odpuszczenie sobie nierealistycznych oczekiwań
  • godzenie potrzeb: swoich, partnera, rodziny i dzieci
  • jak postawić granice
  • jak przestać się martwić, czy moje dziecko będzie szczęśliwe
  • pożegnanie z etykietą „dziecko”
  • co zamiast kar i nagród
  • radzenie sobie z „nie”
  • empatia dla dzieci, główne dziecięce potrzeby, wspieranie emocji dziecka
  • najważniejsza wiadomość dla naszego dziecka: „Masz znaczenie”

Moduł piąty: Gdybym dorosła… w świecie

  • rozpoznanie swoich rang – jak mogę ich użyć do budowania lepszego świata
  • jak moje wybory wpływają na świat – ekologia, sprawiedliwość społeczna
  • ja w mojej społeczności – jak ją tworzyć i wspierać
  • jak odnaleźć swoje plemię
  • przekraczanie poczucia oddzielenia od innych i budowanie poczucia łączności
  • dzielenie się swoimi darami i talentami – co mogę wnieść do świata, czego nie może wnieść nikt inny

Moduł szósty: Gdybym dorosła… w pracy

  • stworzenie swojej osobistej misji życiowej
  • empatyczna komunikacja w pracy
  • budowanie harmonii między życiem zawodowym a osobistym
  • inteligencja duchowa w pracy
  • budowanie tzw. „ważnego życia”: praca jako służba na rzecz innych
  • jak budować finansową niezależność
  • podsumowanie projektu osobistej zmiany ze spotkania pierwszego, plan na przyszłość

Zapraszam ciepło! Ewa Panufnik

Więcej informacji, zapisy: http://www.dojrzewalnia.pl/wirtualna_dojrzewalnia/

Przechytrzyłabym hedonistyczną adaptację

15 Kwi

DSC_0769Kiedy obserwuję moją 4-letnia córkę, często jej zazdroszczę, bo przypomina mi zachwyt, który odczuwałam jako dziecko. Najdrobniejsze, banalne, zadawałoby się z dorosłej perspektywy, rzeczy potrafią obudzić w niej ekscytację i radość. Zanurzona w tu i teraz chłonie życie wszystkimi zmysłami i zachwyca się jego różnymi artefaktami. W takich momentach uświadamiam sobie, że jeszcze trochę pamiętam ten stan: budzenie się o poranku z motylami w brzuchu w oczekiwaniu na to, co przyniesie nowy dzień. A potem robi mi się naprawdę smutno, bo zauważam, że w moim dorosłym życiu prawie zupełnie straciłam z nim kontakt. Nic nie zachwyca: świat jest już poukładany w szufladki z odpowiednimi statycznymi etykietami, a nowy dzień może przynieść co najwyżej tylko nowe obowiązki i rozczarowania.

Czy to świat się zmienił? Raczej ja. Znalazłam się nagle po drugiej stronie – z dwóch sposobów na funkcjonowanie w świecie, które przywoływał Einstein mówiąc: „ Są dwie dro­gi, aby przeżyć życie. Jed­na to żyć tak, jak­by nic nie było cu­dem. Dru­ga to żyć tak, jak­by cu­dem było wszys­tko. „, wybrałam w którymś momencie drogę niedostrzegania całej złożoności i wspaniałości życia. Osiągnięcie choćby najbardziej ekscytującego celu daje mi satysfakcję na krótko. Jedyna pociecha, że nie jestem w tym sama.

To typowa dla większości ludzi tendencja. Jakkolwiek wielki i cudowny byłby nasz cel i niezależnie od tego, jak bardzo wierzymy, że jego osiągnięcie uczyni nas wreszcie szczęśliwymi, jedno jest pewne – nie uszczęśliwi nas na długo. Ta sama umiejętność przyzwyczajania się do warunków życia, która pozwala nam podnieść się po najtrudniejszych ciosach losu,  sprawi, że po osiągnięciu celu po krótkiej ekscytacji stosunkowo szybko zaczniemy odczuwać przesyt, uznawać pożądany wcześniej stan za coś zupełnie normalnego i formułować jeszcze większe oczekiwania. Tak właśnie działa hedonistyczna adaptacja. Jeśli wierzymy, że nowa praca, wymarzony małżonek, wygrana w totolotka czy podróż życia uszczęśliwią nas znacząco i na zawsze, z pewnością tak nie będzie – twierdzi badaczka, Sonja Lyubomirsky, w swojej nowej książce „Mity o szczęściu”. Po prostu szybko się do nich przyzwyczaimy i staną się mało docenianą częścią naszej rzeczywistości. Jest jednak i dobra wiadomość – istnieją naukowo potwierdzone sposoby, żeby spowolnić, a nawet odwrócić działanie tego mechanizmu.

Najważniejszym z nich jest aktywne i regularne docenianie tego, co jest naszym udziałem. Nie jest to proste do zrobienia, gdy naszym podstawowym, zapewniającym przetrwanie jako gatunkowi mechanizmem, jest skupianie się na potrzebach niespełnionych.

Zauważam, że dla mnie sporą w tym inspiracją i pomocą mogą być następujące strategie i rzeczy:

1. Przypominanie sobie jak najczęściej zdania, które wygłosił Wayne Dyer (popularny amerykański autor wielu książek z dziedziny rozwoju osobistego) i którego przesłanie było mniej więcej takie: jeśli nie jesteś w stanie docenić tego, co masz, jaki jest sens, aby w twoim życiu pojawiło się coś nowego? I tak tego nie docenisz.

2. Książka Billa Brysona „W domu. Krótka historia rzeczy codziennego użytku”. Ta pozycja o wielkości dwóch cegieł stała się na długi czas moją ulubiona lekturą. Kiedykolwiek poczułam się źle w moim życiu, wystarczyło otworzyć ją i przeczytać w dowolnym miejscu kilka stron, aby zacząć pławić się w morzu wdzięczności za rzeczy, które są moim udziałem i których istnienie uważałam dotąd za oczywiste, a nawet niegodne zauważenia. Bryson pozbawił mnie tych złudzeń. Pokazuje bowiem niezwykle obrazowo jak długo i z jakim mozołem ludzkość dochodziła do tych wszystkich ułatwiaczy życia, które dla nas po prostu są oczywistością. Oraz jak wyglądało i jak trudne było życie przed tymi wynalazkami. Czy pomyślelibyście na przykład, że jeszcze w XVII wieku szklane szyby były zupełnym wyjątkiem zarezerwowanym dla najbogatszych i tak cennym, że zdarzało się je zapisywać w testamencie komuś innemu niż ten, kto odziedziczył dom? Chociażby więc ta komfortowa temperatura, co do której uważamy, że nam się należy, była nieosiągalna dla większości ludzi żyjących w tamtym czasie.

3. W docenianiu tego co mam nieodmiennie pomaga mi porównywanie mojej sytuacji życiowej i moich możliwości do okoliczności życia mojej babci – nierzadko głodującej wraz z dziećmi po przyjeździe z robót w Niemczech do obcego kraju w pierwszych latach po zakończeniu drugiej wojny światowej. Ale nie muszę nawet szukać tak daleko, wystarczy przypomnieć sobie lata dzieciństwa aby z wdzięcznością zauważyć, że należymy teraz do niezwykle uprzywilejowanego, w porównaniu z wieloma innymi, narodu na ziemi. Czasami urządzam sobie takie uważnościowe wyprawy na zakupy – oczami dziecka z PRL-u spoglądam na zapełnione niezliczoną ilością dóbr półki, pławiąc się w zachwycie jaki mam wybór, ile czeka na mnie kolorów, wzorów, kształtów, rodzajów, faktur, modeli, smaków, dopasowanych do moich potrzeb niemal idealnie (np. zdrowa żywność). Bez tej specjalnej uważności, najczęściej przechodzę nad tym do porządku dziennego, bez żadnych pozytywnych emocji.

4. Zalecenie stoików, a wiem o nim dzięki lekturze książki Piotra Stankiewicza: „Sztuka życia według stoików. Jak żyć dobrze, mądrze i szczęśliwie”, aby regularnie przypominać sobie, ile szczęśliwych splotów okoliczności musiało zajść, abyśmy mogli się cieszyć teraz tym, co mamy oraz że to, że coś posiadamy nie jest wcale takie pewne. Stoicy przestrzegają również przed porównywaniem się z innymi – bo uznają je za najczęstsze źródło naszej frustracji wynikającej ze wzrostu oczekiwań i aspiracji oraz braku zadowolenia z tego, co mamy.

5. Aby w pełni docenić swój bliski związek i nie nie pozwolić, by stał się kolejną ofiarą hedonistycznej adaptacji – proponuje Sonja Lyubomirsky, dobrze jest pozbawić go elementu oczywistości i „wyobrazić sobie, że go w naszym życiu nie ma„. A także świadomie dostrzegać i doceniać, co dobrego wnosi w nasze życie – badacze stwierdzili bowiem, że „ludzie konsekwentnie skupiający uwagę na pozytywnych wydarzeniach ze swojego życia w mniejszym stopniu się do nich przyzwyczajają„.  Warto pielęgnować spontaniczność, fundować sobie we dwoje nowe doświadczenia i doznania, zaskakiwać niespodziankami oraz zrezygnować ze statycznych etykiet dotyczących naszego partnera/rki.

6. W docenieniu swojego stanu majątkowego może pomóc rozprawienie się z wielkim mitem, w który często wierzymy – tym mianowicie, że trwale uszczęśliwi nas wejście w posiadanie bogactwa. Według badań, przywoływanych przez Lybomirsky, tak raczej nie będzie – po pierwsze zostaliśmy zaprogramowani, żeby pragnąć coraz więcej i stale do czegoś dążyć, po drugie dwie trzecie korzyści związanych ze wzrostem dochodu ulega zatarciu w ciągle jednego roku – przyzwyczajamy się do nowego statusu, pojawiają się nowe wydatki i potrzeby, zaczynamy się też porównywać z ludźmi o jeszcze wyższym statusie finansowym. Przestajemy się cieszyć drobiazgami życia codziennego, potrzebujemy coraz większych bodźców, żeby poczuć zadowolenie. Badaczka podpowiada jednak jak sprawić, żeby pieniądze, którymi dysponujemy, dawały nam satysfakcję i wspierały poczucie szczęścia. Przede wszystkim warto wydawać je tak, aby spełniać dzięki temu trzy podstawowe potrzeby, jakie mamy: potrzebę kompetencji (budowanie swoich możliwości, wiedzy), potrzebę przynależności i kontaktu z innymi (relacje) oraz potrzebę autonomii (poczucia kontroli nad własnym życiem). Ten sposób warto polecić też dlatego, że takie wydawanie pieniędzy nie stymuluje nieustannego przyrostu pragnień. Warto też wydawać pieniądze na innych, a nie na siebie, a jeśli już wybierzemy to ostatnie, to lepiej wydać nasze zasoby na wiele drobnych przyjemności dawkowanych sobie regularnie niż na jedną dużą. Zdecydowanie więcej satysfakcji przyniosą nam wydatki na doświadczenia, a nie na przedmioty oraz fundowanie sobie przerw w kosztowaniu tego, co zakupiliśmy  – możemy wówczas bowiem posmakować wiele razy „pierwszego kęsa”. Jeśli zdamy sobie sprawę, że nasza ważną ludzką potrzebą jest również potrzeba różnorodności, wówczas także możemy lepiej zarządzać procesem hedonistycznej adaptacji. Planując wydatki, możemy wówczas rozważyć wyższość wynajmowania nad kupowaniem czegoś na stałe (np. domu w górach, do którego się szybko przyzwyczaimy versus wynajmowanie domów w rożnych atrakcyjnych miejscach). Pomoże nam też uważność – dzięki której dostrzeżemy nowe cechy i wymiary rzeczy, które posiadamy albo wymyślimy dla nich nowe  zastosowanie.

7. Hedonistyczną adaptację przejawiającą się w znudzeniu i znużeniu pracą, która wcześniej dawała satysfakcję, przechytrzyłabym zaangażowaniem się w działanie, które jest manifestacją największych wartości, w które wierzę. Realizowanie naszych wartości może dawać ogromne poczucie sensu i w dużo mniejszym stopniu, albo wcale, nie zużywa się z czasem. Viktor Frankl, twórca logoterapii, zorientowanego na sens podejścia w psychoterapii, twierdził, że tylko poszukiwanie sensu może nam dać  spełnienie, którego tak pragniemy. Przestrzegał, że poszukiwanie jedynie przyjemności, a także to, co z niego wyniknie,  nigdy nie stanie się źródłem głębokiej, stale obecnej w życiu, satysfakcji. A zafascynowany jego pracami Alex Pattakos, autor książki „Więźniowie własnych myśli. Zastosowanie zasad logoterapii Viktora Frankla w życiu zawodowym”, proponuje, aby zatrzymywać się i zadawać sobie często pytania o nasze wartości: „Co robię? Dlaczego to robię? Co dla mnie znaczy moje życie? Co dla mnie znaczy moja praca? Każdego dnia życie podsuwa nam wiele znaczących odpowiedzi ale sens pojawi się dopiero wtedy, gdy zatrzymamy się, żeby docenić życie. Żeby zauważyć i rozpoznać sens, musimy być naprawdę obecni. Szalone tempo jest sprzeczne z naturą naszej egzystencji. Jeśli się nie zatrzymamy i nie poświęcimy czasu na to, by się jej przyjrzeć, odnalezienie sensu pozostanie niespełnialnym marzeniem.” 

8. Zamieszkanie w pobliżu zieleni – badacze odkryli, że to jedna z niewielu rzeczy która przez długie lata, albo wcale nie poddaje się działaniu hedonistycznej adaptacji. Nieodmiennie codzienność blisko parku, lasu, czy choćby szpaleru drzew jest sposobem na stałe podniesienie poczucia ogólnego szczęścia.

9. Cytat, który znalazłam w „Więźniach własnych myśli”: „Nigdy nie jest za późno, żeby kleknąć i ucałować ziemię.” (Rumi). Dla mnie jest on dobrym przypomnieniem, aby z większą uważnością rozglądać się po swoim życiu oraz rozkoszować się tym, co nam oferuje. Tak długo wyczekiwana wiosna już już, o mały włos nie stała się dla mnie obojętną oczywistością, ale zatrzymałam się i  przyjrzałam drobnym pączkom na gałęziach, odetchnęłam głęboko zapachem kwitnących jabłoni, poczułam świeżość i jakąś obietnicę w wiosennym powietrzu i atmosferze. Czy to nie cud, pomyślałam, że drzewa wiedzą, iż nadszedł czas, aby wypuścić liście i zakwitnąć? I  że nie mogą nie poddać się temu popędowi? A potem spojrzałam na córkę, innego rodzaju cud (jak każde dziecko), który dziwnym trafem traktuję często jako kolejną oczywistość i przez chwilę dzieliłam z nią uczucie zachwytu życiem i światem…

 

 

 

Wychodziłabym poza linię

15 Lu

limitsKilka dni temu moja córka, która zazwyczaj bardzo lubi rysować, wyrzuciła ofiarowaną jej przez kogoś kolorowankę. Po krótkim śledztwie udało się ustalić, że straciła cały zapał do rysowania i kolorowania ponieważ „wychodzi poza linie”. Zrobiło mi się smutno, od jej urodzenia starałam się być bardzo uważna, jeśli chodzi o komentarze, że coś powinna robić w jeden konkretny sposób. Niestety, świat ma swoje sposoby, żeby przemycić nam tę wiadomość – jak się okazało bardzo wcześnie. Mojej córce pewnie przekazała ją niania, a córce mojej znajomej panie w przedszkolu (wydało się, gdy któregoś dnia mała z płaczem zaparła się, że do przedszkola nie pójdzie). I tak to się toczy.

Prosta, wydawałoby się, informacja często formatuje całe nasze życie, wpływa na wybory, których dokonujemy i decyduje o tym, jak bardzo się umniejszamy, żeby tylko nie przekroczyć rożnego rodzaju wytyczonych nam przez innych „linii”.

Czego się tak boimy? Co najgorszego mogłoby się nam wówczas przydarzyć? Komuś może się nie spodobać to, co powiemy. Zrobimy. Narysujemy. Zaśpiewamy. Wyrazimy opinię. Może nas wówczas odrzucić. Ocenić. Skrytykować. Uznać, że nie zasługujemy na akceptację, przynależność, szacunek, uznanie. Nie, nie zamierzam tu dawać złudzeń, że tak nie będzie. Choć świat z niecierpliwością czeka na to, aż zdecydujemy się ujawnić nasze najbardziej wrażliwe, kreatywne i najbardziej nasze części, jednocześnie stanie się to wielkim wyzwaniem dla tych, którzy nie są gotowi na taki krok. Bo zakwestionuje ich pozostawanie w ramach wytyczonych linii jako jedyną sensowną opcję.

Jakiś czas temu miałam okazję doświadczyć takiej właśnie reakcji. Któregoś dnia ze zdziwieniem zauważyłam, że do mojej skrzynki mailowej zaczynają spływać setki bardzo napastliwych w tonie i treści komentarzy dotyczących mojego wcześniejszego postu na tym blogu – „Usunęłabym ze słownika etykietę dziecko„. Jeszcze większym zaskoczeniem była informacja, że w ciągu kilku godzin wpis przeczytało ponad dziesięć tysięcy osób. Okazało się, że ktoś postanowił umieścić link do niego w popularnym serwisie, w którym internauci dzielą się swoimi znaleziskami z rożnych miejsc w sieci. Oczywiście link został opatrzony bardzo negatywnym komentarzem, który sformatował dyskusję – to było dość przerażające, a jednocześnie fascynujące – obserwować ten festiwal nienawiści zupełnie obcych mi ludzi, którzy poczuli się urażeni, dotknięci, zniesmaczeni, oburzeni, itp. moimi poglądem i filozofią wychowania mojego dziecka. W setkach komentarzy w owym serwisie krytykowano moje podejście, życzono mi tego, co najgorsze, proponowano, co powinno się ze mną zrobić, nie przebierając w epitetach przewidywano jak źle skończy moja córka wychowywana w taki właśnie sposób, wyszydzano i obrażano mnie na rożne sposoby. Słowem – gdyby to było możliwe, pewnie domagano by się publicznego linczu. A wszystko z powodu tego, że podzieliłam się z innymi tym, w co naprawdę żywo wierzę – aby dzieci traktować z z takim samym szacunkiem jak dorosłych.

Cóż, nie byłam na to przygotowana i w pierwszej chwili przeżyłam swego rodzaju szok. Nie chodziło o krytykę – trudno mi było potraktować większość anonimowych komentarzy poważnie z powodu ich formy, a także braku merytorycznych argumentów. Po prostu przeraziło mnie z lekka jak mało trzeba „wyjść poza linię”, żeby wywołać taki poziom cynizmu i agresji w innych. I to jest mój moment wyboru – mogłabym uznać to wydarzenie za dobrą nauczkę na przyszłość – zostałam przywołana do porządku – lepiej nie mówić niczego, co nie jest zgodne z obowiązującym przekonaniem większości na jakiś temat. Lepiej się nie wychylać. To przecież tylko moje prywatne zdanie, nie muszę się nim dzielić z innymi. Zgoda. Ale jestem też świadoma, że zamilknięcie z powodu takiego doświadczenia byłoby pewnego rodzaju duchowym samobójstwem – uznaniem, że moja wewnętrzna prawda jest mniej ważna niż prawda, w którą wierzy większość (a może jednak – mam nadzieję – mniejszość, ale ta bardziej „walcząca”).

Z wypiekami na twarzy przeczytałam wywiad z Marią Peszek dla Gazety Wyborczej (z 14 lutego 2014), która opowiada, że mimo doświadczeń z różnorodnymi komentarzami po jej poprzednich płytach, skala reakcji po utworze „Jezus Maria Peszek” zaskoczyła ją i przerosła. Mimo świadomości, że mówi o rzeczach kontrowersyjnych dla wielu osób w naszym kraju, agresywne komentarze i ich skala ją bolały. Chcąc w jakiś sposób wyjść temu naprzeciw, umożliwiła wszystkim dorysowywanie do klatek z jej klipu dowolnych treści. Opowiada: „Odzew – trzydzieści tysięcy odpowiedzi w trzy tygodnie. A nich cała Polska. Wszystko, co w nas kipi. Fobie i furie – ta fala okrucieństwa dokonującego się na moje twarzy była obezwładniająca. Penisy, swastyki, pejsy. Pogrupowaliśmy to i zmontowaliśmy, zachowując proporcje. I gdy patrzysz na ten klip, widzisz głownie fiuta w ustach i noże podrzynające mi gardło.” Peszek mówi, że to było dewastujące doświadczenie i można się po takim rozsypać, a jednocześnie można to potraktować jako kawałek wiedzy o Polsce i dalej robić swoje; mówić o prawie do inności i wyrażania swojego światopoglądu (co nie jest równoznaczne z narzucaniem go innym).

Hmmm, pozostawanie w ramach mainstreamowych granic na pewno jest bezpieczne, a szczerość co do swoich wewnętrznych światów na pewno może niektórych maksymalnie prowokować. Ja jednak nie wyobrażam sobie, że mogłabym kupić sobie bezpieczeństwo za taką ogromną cenę.

Dlatego postanowiłam stworzyć sobie Program wspierający wychodzenie poza linię.

Krok pierwszy. Rozpoznanie skąd biorą się nasze lęki.

Bardzo mnie ciekawi, dlaczego tak bardzo boimy się odrzucenia, że czasami jesteśmy gotowi sprzedać własną duszę?

Na trop odpowiedzi wpadłam czytając książkę Brene Brown, badaczki wrażliwości, zatytułowaną „Z wielką odwagą”. Brene, opierając się na wynikach między innymi swoich badań pisze: „Jesteśmy psychologicznie, emocjonalnie, kognitywnie i duchowo zaprogramowani na odczuwanie więzi, przynależności i miłości. (…) To właśnie one nadają sens i znaczenie naszemu życiu. Wstyd to strach przed zerwaniem więzi – to lęk, że coś, co zrobiliśmy lub to, czego zaniechaliśmy, ideał którego nie udało nam się zrealizować, bądź cel, którego nie osiągnęliśmy czynią nas niegodnymi więzi z innymi ludźmi.”

To dlatego tak bardzo chronimy się przed odczuwaniem wstydu„ dlatego często decydujemy się nie wychylać. Co więcej – gdy nie umiemy się przeciwstawić wstydowi, z dużym prawdopodobieństwem zdecydujemy się na niszczące nas zachowania lub atakowanie i zawstydzanie innych.

Brene Brow przestrzega: „Jeśli chcemy radzić sobie z rozczarowaniami, bolesnymi doświadczeniami i zranionymi uczuciami, które są nieuniknione w życiu przeżywanym w pełni, to nie możemy utożsamiać porażki z byciem niegodnym miłości, przynależności i radości. Jeśli tak zrobimy, to nigdy się nie odsłonimy i nie spróbujemy ponownie.” Dzięki Brene łatwiej mi zobaczyć, że moje działania, to co powiedziałam, stworzyłam, zaprezentowałam oraz ich odbiór, nie mają nic wspólnego z moim poczuciem wartości. Nie są ich żadnym wyznacznikiem. Pokazują czym się zajmuję, ale nie kim naprawdę jestem.

Krok drugi: Rozpoznanie co tracimy nie decydując się na wyrażanie siebie

Warto jak najczęściej przypominać sobie drugą stronę medalu – co tracimy chroniąc się przed odczuwaniem wstydu – możemy wówczas dosłownie zmarnować życie – nie nawiązać głębokich relacji, nie wnieść do świata naszego unikalnego wkładu. Jak pisze Pam Grot, autorka książki „Living Big”: może okazać się, że zamiast biegać z wilkami, wiosłujemy na skraj przepaści z lemingami. Nawołuje ona do tego, żeby tworzyć i wyrażać siebie, ponieważ jeśli tego nie zrobimy, będziemy skazani na tęsknotę, niespełnienie, stracimy szansę doświadczenia swojego wewnętrznego bogactwa i piękna.

Głęboko przemawia do mnie to, co pisze Julia Cameron, autorka kultowej książki „Droga artysty. Jak wyzwolić w sobie twórcę”: „Twórczość to naturalny porządek życia. Życie jest energią – czystą energią twórczą.”, „Wyrzekanie się twórczości jest samowolą, sprzeczną z naszą prawdziwą naturą.” I jeszcze: „Nasze twórcze marzenia i tęsknoty pochodzą z boskiego źródła. Podążając za nimi, przybliżamy się do boskości.”

Zinternalizowanie przykazania, że nie można w kolorowance wychodzić poza naszkicowane kontury wydaje się banalne i niegroźne, ale prostą drogą prowadzi do tego, by już zawsze tych ram wszędzie szukać i się do nich dopasowywać. Do oglądania się zawsze, zanim się wypowiemy, na innych i przewidywania, czy nasza wypowiedź zyska ich aprobatę. Do rezygnowania z wyrażenia siebie, jeśli przewidujemy, że nie. Do całkowitego zamilknięcia w końcu, bo lepiej nie ryzykować, bo a nuż. Do pozostawienia człowieka, który potrzebuje pomocy leżącego na ulicy, bo nikt inny nie zdecydował się pomóc, więc i my nie wyjdziemy przed szereg. Do pasywnego zgadzania się na bezduszne, krzywdzące nas lub innych propozycje polityków, bo protestując zawsze się komuś narazimy.

Sześcioletnie dziecko mojej znajomej uczęszcza do klasy, w której uczniowie tak boją się swoje nauczycielki, że znerwicowane, co dziesięć minut muszą chodzić do toalety. Rodzice są bardzo zaniepokojeni i oburzeni, ale nikt jeszcze nie odważył się zareagować, bo „co jeśli tylko ja to zrobię i nauczycielka zemści się na moim dziecku? Wolą więc zostawić dzieci same z problemem i dużym emocjonalnym dyskomfortem, bo a nuż… Tak, nie wolno przekraczać linii, bo pani będzie zła. To wciąż w nas żywy przekaz.

Pam Grot zachęca do buntu: ” Nasi nauczyciele rysunku objawiają nam zasady: ” Trawa jest zielona, a niebo niebieskie.” Dlaczego posłuchaliśmy? Jak ktoś inny może wiedzieć, jakiego koloru jest twoja trawa? Jak ktoś inny może wiedzieć, jakie nuty masz zaśpiewać? Wiedzą, co jest właściwe dla nich, ale nie mają żadnego pojęcia, co jest dobre dla ciebie.”

Chcę, aby moje życie było większe niż strach. Kiedy nie wyrażam tego, co dla mnie ważne, w co wierzę, czego pragnę dla świata, przede wszystkim zdradzam siebie. Mimo ryzyka decyduję się zatem, że będę wychodzić poza linię i przed szereg. To niezbędny warunek, żeby czuć, że żyję.

Krok trzeci. Nauczenie radzenia sobie z sobie z niekonstruktywną krytyką (skierowana do mnie i ode mnie)

Dziesiątki komentarzy pod wspomnianym wcześniej postem poświęconym szacunkowi należnemu także dzieciom, zawierały wyłącznie niewybredną i czasami wulgarną ocenę mojej poczytalności z powodu imienia jakie nosi moja córka. Brene Brown z kolei wspomina jak po wystąpieniu na TED wiele nienawistnych komentarzy poświęconych było jej wyglądowi, wadze, itp. Dla mnie ogromne pomocne byłoby zrozumienie skąd ta miażdżąca, niemerytoryczna krytyka się bierze? Brene z wielkim zaangażowaniem analizuje i opisuje tarcze, które sprawiamy sobie, żeby nie odczuwać bolesnego poczucia wstydu. Na jedną z nich składają się cynizm, krytycyzm, tumiwisizm i okrucieństwo. To tarcza, która może stać się jednocześnie bronią – dzięki której można spróbować „zadawać rany ludziom, którzy są wrażliwi i sprawiają, że czujemy się niekomfortowo. Jeśli należymy do osób, które „nie praktykują wrażliwości”, nic nie wywoła w nas większego poczucia zagrożenia, chęci podjęcia ataku i zawstydzania innych osób, niż widok kogoś, kto wykazuje się wielką odwagą. Odważne zmagania drugiego człowieka są dla nas jak niepokojąca tafla lustra, która odbija nasze własne lęki związane z wyjściem do ludzi, bycie twórczym i odsłonięciem się. Dlatego właśnie tak się miotamy. Gdy jesteśmy świadkami okrucieństwa, możemy być niemal pewni, że zostało sprowokowane czyjąś wrażliwością.”

Wspomniana wcześniej Julia Cameron przypomina, że wstyd jest narzędziem kontroli. Zawstydzamy kogoś, by powstrzymać go przed zachowaniem, które wprawia nas w zakłopotanie. Klasyczne zabijanie posłańca z niekorzystną wiadomością w nadziei, że magicznie zlikwiduje to samą wiadomość.

Może być też tak, że cyniczne i napastliwe krytykowanie to dla niektórych jedyny sposób, jaki znaleźli, aby ktoś ich zobaczył i usłyszał. Albo żeby poczuć przez chwilę ulgę projektując swoje poczucie zawstydzenia na innych. To podejście bardzo pomogło mi nabrać dystansu – ale nie w sensie, że czuję się lepsza od krytykujących mnie w ten sposób. Pozwoliło zobaczyć w tym działaniu wyraz ogólnoludzkiego, dotyczącego także mnie, bólu związanego ze wstydem. A jednocześnie stać się bardziej świadomą, kiedy ja wpadam w taki mechanizm i umożliwić sobie wówczas wybór, czy chcę zdecydować się na taką krótkoterminową i mało skuteczną strategię podnoszenia sobie poczucia własnej wartości.

Brene przestrzega, by nie przestać się całkowicie troszczyć o to, co inni ludzie sobie pomyślą – wówczas moglibyśmy stracić naszą umiejętność tworzenia więzi i nie skorzystać z ważnej informacji zwrotnej jak nasze działania wpływają na innych. Jednak jednocześnie nie można poddawać się skierowanej do nas nienawiści – aby nasz duch nie został złamany.

Jako dawna perfekcjonistka, Brene bardzo przeżywała każdą krytykę i negatywną ocenę jej prac, prezentacji, itp. Po wystąpieniu na konferencji TED przez trzy dni nie wychodziła z domu, bo cierpiała na coś w rodzaju wrażliwościowego kaca i zawstydzenia, że podzieliła się z pięciuset osobami swoją bezbronnością (wówczas jeszcze na szczęście nie wiedziała, że wspomniany występ obejrzy 6 milionów internautów:-) Brene wypracowała w końcu dla siebie własne wytyczne, od kogo chce, a od kogo nie, przyjmować informację zwrotną. Dla mnie są one bardzo pomocne:

  • bierze pod uwagę przede wszystkim opinie osób, które są „na arenie”, zajmują się podobną tematyką i też czasami narażają własną bezbronność na ocenę dzieląc się swoimi przemyśleniami czy wynikami pracy.
  • druga ważną grupą, której zdanie się dla niej liczy, są naprawdę bliskie osoby, ich nazwiska nosi dla przypomnienia spisane na karteczce umieszczonej w portfelu. Osoby kochające ją zarówno za jej mocne strony, jak i za jej słabości.

Podoba mi się też jej podejście do komentarzy internetowych: „Wykaż się wielka odwagą i umieść swoje imię i nazwisko przy swoich komentarzach internetowych. Jeśli nie czujesz się komfortowo, podpisując się pod nimi, to nie wypowiadaj ich. Jeśli natomiast jesteś administratorem portalu, którego użytkownicy pozostawiają komentarze, to powinieneś się wykazać wielką odwagą i skłonić ich do podpisywania się i używania prawdziwych nazwisk, czyniąc wspólnotę odpowiedzialną za tworzenie atmosfery pełnej wzajemnego szacunku.”

Julia Cameron z kolei proponuje, żeby odróżniać krytykę użyteczną od szkodliwej: jeśli wypowiedź jest pełna lekceważenia, ośmieszania czy ogólnego potępienia, zawstydzająca, oceniająca bez wskazania konkretnych faktów i propozycji ich ulepszenia – nie jest ci do niczego potrzebna, bo niczego nie uczy. Krytyka przydatna często wywołuje ulgę, że wreszcie wiemy co zmienić, aby udoskonalić to, co stworzyliśmy.

A jeśli dopadnie cię wstyd lub lęk, że wyrażając siebie narazisz się na odrzucenia, zaryzykowałaś utratę miłości, że nikt nie będzie cię chciał? Powiedz sobie jak jedna z bohaterek książki „Living Big”: „Ja siebie chcę.”

A potem zadzwoń do jednej lub dwóch najbliższych osób i opowiedz im o tym, jak boleśnie odczuwasz wstyd i co do tego doprowadziło. Według Brene Brown to jedna z najlepszych metod, aby wstyd zniknął – podzielenie się swoją historią z kimś, kto bez oceniania, za to z empatią, nas wysłucha. Jako propagatorka empatii doświadczyłam dziesiątków, jeśli nie setek takich małych cudów – zarówno, gdy ktoś ze zrozumieniem wysłuchiwał mnie, jak i gdy mogłam taką jakość słuchania i wsparcia zaoferować innym. W magiczny sposób rozpuszcza to przekonanie: „Nie jestem wystarczająco dobry/a, żeby być godny/a miłości, przynależności, zainteresowania.”

Wierzę Brene, że jeśli chcemy żyć w pełni, całym sercem, musimy wykazać się wielką odwagą i pozwolić się zobaczyć. Powtarzam więc sobie za nią: „Poczucie własnej wartości to prawo przysługujące mi od urodzenia” i skaczę. Trzymajcie kciuki.

P.S. Rysunek towarzyszący temu odcinkowi (Limits live only in my head) został zainspirowany kursem kreatywności „Taking Flight”, którego celem jest między innymi wsparcie kobiet w wyrażaniu swojej wewnętrznej prawdy:-)

Zmieniłabym swoją życiową narrację

27 Maj

Jeśli założyć, że większość decyzji w naszym życiu podejmujemy w oparciu o przekonania na temat siebie i świata, które sformułowaliśmy w dzieciństwie, całkiem niegłupim pomysłem wydaje mi się myśl, aby im się dokładnie przyjrzeć. Mogły bowiem wspierać nas gdy byliśmy mali i zależni od innych, ale teraz niepotrzebnie hamują nasz rozwój i ograniczają życiowe możliwości. Czas zmienić swoją życiową narrację – najczęściej nie ma bowiem rzeczywistych podstaw.

Natalia de Barbaro, w majowo-czerwcowym numerze magazynu Coaching, w artykule „Jak zachować wewnętrzną młodość czyli wojna maja z listopadem”, przywołuje psychologię narracyjną, która „opiera się na założeniu, że umysł myśli historiami. Kluczowa dla naszego życia jest narracja, jaką powiadamy sobie o sobie samych. Uważamy się za wybrańców losu albo za tego losu ofiary, za (nie)godnych miłości, za utalentowanych lub tępych. Wszystkie te przekonania mają moc samospełniających się przepowiedni.” Autorka bierze pod lupę przekonania dotyczące tego na ile młodzi się czujemy i pięknie pokazuje konsekwencje narracji, która opiera się na wierze, że w pewnym wieku wszystko, co dobre, już się dla nas stało (już nie zostaniemy kimś innym, nie ujawnimy nowych cech, niczego nowego się nie nauczymy, niczego ciekawego nie doświadczymy), versus takiej, która opiera się na ciekawości: kim jeszcze mogę się stać, dokąd pojechać, dokąd dążę, czego mogę spróbować?

Już jakiś czas temu zaczęłam się przyglądać opowieści, na której przez długie lata budowałam swoje poczucie tożsamości, oraz skutkom takiego wyboru oraz badać możliwości, które pojawiają się, kiedy przestaję traktować ją tak poważnie i jednostronnie. Okazało się to dobrym punktem wyjścia do zakwestionowania i zabawy z wieloma innymi wątkami mojego i nie tylko, życia.

W dzieciństwie opowiadano mi następująca historię: „podczas porodu (który wydarzył się miesiąc wcześniej niż powinien) utknęłaś twarzyczką w kanale rodnym – a działo się to w szpitalu, w którym nie wykonywano jeszcze wówczas cesarskiego cięcia – po wielu godzinach, kiedy trafiłaś do właściwego szpitala, ledwo cię więc odratowali przy porodzie, byłaś już całkiem sina” – i na długie lata uwierzyłam, że dostałam to życie przypadkiem, że nie do końca na nie zasługuję, życie skleiło mi się ze śmiercią, nieustannie wypatrywałam zagrożeń, a sama sobie wydawałam się słaba i delikatna.

A gdyby te samą historię opowiedzieć sobie inaczej: byłam taka silna i zdecydowana żyć, że mimo najgorszych okoliczności (poród zaczął się już w szóstym miesiącu) nie poddałam się, wytrwałam, przetrwałam, moim przeznaczeniem było po prostu żyć. Jak to wiele zmienia! Nagle czuję, że mogę góry przenosić, zaczynam dostrzegać dowody swojej wielkiej siły i hartu ducha w wielu swoich działaniach. A moje ciało wibruje energią i mocą.

Jakie jeszcze mało wspierające historie inni nam opowiedzieli i opowiadają? Jakie opowieści snujemy o samych sobie? Co by się stało, gdybyśmy przestali w nie wierzyć i stworzyli sobie inne, wzmacniające nas wersje?

  • Mówią: twoje emocje świadczą o twojej słabości i przez lata starasz się zapanować nad uczuciami, wypierając je i udając, że nic nie czujesz albo wstydząc się i obwiniając za to przepływające przez ciebie życie. Ideałem stają się dla ciebie mężczyźni spędzający 80 godzin w tygodniu w pracy, uzależnieni od internetu, albo codziennego kieliszka wina, żeby tylko nie poczuć, że coś czują.A gdyby tak powiedzieć sobie: Moje emocje świadczą o tym, że żyję, że pozwalam temu życiu płynąć, że mam siłę i odwagę doświadczać trudnych uczuć, umiem szukać wsparcia, ryzykuję zranienie, kiedy się otwieram, ale i tak decyduję się to robić, bo bez bycia autentyczną moje życie nie miałoby sensu? I wesprzeć się słowami , które napisał John Bradshaw w książce, „Powrót do swojego wewnętrznego domu”: „(…) twoje uczucia stanowią część twojej siły. Są psychicznym paliwem, które skłania do czynu, żebyś mógł zaspokoić swoje potrzeby. Sygnalizują ci niebezpieczeństwo, mówią, kiedy stajesz się obiektem przemocy i kiedy tracisz coś cennego.” Brandon Bays, twórczyni metody The Journey, przez ostatnie trzy dni przekonywała mnie i innych uczestników The Journey Intensive, że to właśnie zablokowane, niewyrażone emocje są źródłem wielu chorób i problemów oraz szkodzących nam życiowych wzorców. Doświadczenia samej Brandon (19 lat temu wyleczyła się dzięki emocjonalnemu procesowi z raka wielkości piłki koszykówki) i setek praktyków jej metody wskazują, że ich uwolnienie często pozwala odzyskać zdrowie i emocjonalną równowagę. A nawyk ich swobodnego odczuwania i niewypierania, bycia z nimi, kiedy się pojawiają to świetna prewencja.
    Praktyka
    A gdyby często w ciągu dnia pytać siebie: Co czuję teraz? Gdzie w ciele to odczuwam? Czy mogę powiedzieć temu „tak” i objąć miłością, zejść do rdzenia tego uczucia i być w nim?


    Praktyka

    A gdyby, kiedy zauważę, że robię coś, co mi nie służy – sięgam po kolejnego papierosa, kolejnego drinka, tabliczkę czekolady, siadam na kolejną godzinę do komputera, kupuję kolejną niepotrzebną rzecz, zapytać siebie, co było chwilę przed tym działaniem, co czułem/łam? Jakiej emocji chciałam/łem uniknąć? Co w niej jest takiego trudnego? Czy mogę teraz zdecydować się w niej pobyć?

  • Mówią: silny nikogo nie potrzebuje, a kiedy całą sobą tęsknisz za głębokimi więziami z innymi i gdzieś głęboko czujesz, że czerpiesz z nich wielkie spełnienie, starasz się o tym zapomnieć i w samotności zagryzając zęby, udajesz, że wszystko zawdzięczasz sobie. A gdyby tak powiedzieć sobie: Tęskniąc za wspólnotą wyrażam istotę człowieczeństwa. Nawet w dorosłym życiu, wbrew temu, co się nam sugeruje i w co chcielibyśmy wierzyć, nasze życie w niezliczonych aspektach zależy od innych – producentów jedzenia na naszych talerzach, budowniczych naszych domów, lekarzy, nauczycieli, przyjaciół… Angela Meiers, edukatorka ze Stanów Zjednoczonych wymyśliła i prowadzi kampanię społeczną, która bardzo mnie inspiruje i wzrusza. Jest przekonana, że jeśli mielibyśmy przekazać dzieciom jedną rzecz, która miałaby im pomóc radzić sobie w naszym skomplikowanym świecie, powinna to być wiadomość: „Masz znaczenie” – oraz masz w sobie potencjał, który może zmienić na lepsze życie innych ludzi, zmienić na lepsze świat. „Jesteś ok” nie wystarczy – każdy potrzebuje wiedzieć, że jest niezbędną częścią całości – że może wzbogacać życie innych. Tak zostaliśmy zaprogramowani, to kwestia DNA. Chcemy mieć pewność, że nasze życie ma znaczenie dla innych i dla ich dobrobytu, że robi różnicę. Zachęcam anglojęzyczne osoby do obejrzenia dwóch wystąpień Angeli – naprawdę warto: http://www.youtube.com/watch?v=FzhckPAl1Ek oraz http://www.youtube.com/watch?v=7FHdHUzRnms
  • Mówią: jeśli rzucasz świetnie opłacaną pracę w korporacji jesteś słaba/y ( i w dodatku niezbyt rozsądna/y), bo tam udaje się przetrwać tylko najsilniejszym. To oni odnoszą prawdziwy życiowy sukces.A gdyby tak powiedzieć sobie: Jestem niesamowicie silna, bo znajduję w sobie odwagę, by iść za głosem swojej pasji, wnosić do świata to, co jest moim prawdziwym talentem, na swoich własnych warunkach. Boję się, ale ufam, że życie prowadzi mnie w dobrym kierunku i ryzykuję – po to by moje życie miało głębię i sens. Prawdziwy sukces to nie tylko wysokie saldo na koncie, okupione brakiem relacji, więzi i życiowej harmonii. Oto jak mówi o tym Paul McKenna: „Autentyczne bogactwo to dobre zdrowie i prawdziwe szczęście. To posiadanie rodziny i przyjaciół, z którymi możesz dzielić się intymnymi i przyjemnymi doświadczeniami, z którymi możesz się śmiać, którzy cię stymulują i fascynują. To poczucie, że dajesz coś światu i że twoje życie jest wartościowe.”,
  • Mówią: jeśli nie wyglądasz jak kobiety z magazynów o modzie, nie zasługujesz na szczęście, uwagę, życiowy sukces i miłość i wierzysz w to, próbując poprawić się w każdym calu, zadając ból swojemu ciału, nie kochając go i nie ciesząc się tym, co pozwala Ci w życiu robić. Jesteś przekonana, że zgodny z kanonami wygląd to najlepsze, co możesz ofiarować światu, i jednocześnie podstawowy warunek sukcesu i poczucia życiowego spełnienia. A gdyby tak powiedzieć sobie: „Gdyby piękno prowadziło do szczęścia, wszyscy urodziwi ludzie pławiliby się w wiecznej radości, a mniej atrakcyjni byliby nieszczęśliwi. Lekarze kierowaliby pacjentów na operacje plastyczne i kursy makijażu, zamiast przepisywać leki przeciwdepresyjne. (…) Piękno nie uodparnia na klęski. Pomagają natomiast wysoka samoocena, pozytywne postrzeganie ciała i wiara w umiejętność radzenia sobie z życiowymi trudnościami.” (Linda Papapadopoulos, „Lustereczko powiedz przecież… Rewolucja w myśleniu o własnym wyglądzie”.) Pragnienie bycia kimś innym sprawia, że umniejszam to, kim jestem i odmawiam sobie jedynej rzeczy, która może mnie uszczęśliwić – samoakceptacji. Zamiast dążyć do idealnej urody – mogę dążyć do najzdrowszej, najszczęśliwszej wersji siebie, a ciało potraktować jako wehikuł, który pomaga cieszyć się życiem. A gdyby pamiętać, że kanony piękna wyznacza polityka i kultura – cały czas się zmieniają i są niedoścignione. Zgodzić się z Lindą Papapadopoulos, że najwyższym osiągnięciem kobiet nie jest piękno zewnętrzne, ale przede wszystkim kompetencje, umiejętności, dojrzałość, piękno wewnętrzne: pozytywny stosunek do innych, siebie i życia. A mężczyźni mogą przede wszystkim pragnąć kobiet pewnych siebie, które umieją się cieszyć swoim i ich wewnętrznym pięknem.
    Praktyka

    A gdyby pytać siebie: Jak mnie wspiera moje ciało? Co jest możliwe dzięki niemu? Co jest możliwe dzięki zmysłom? Za co mogę być wdzięczna ciału? (np. odczucie przepływu podczas biegu, doznania bliskości podczas seksu z ukochanym, satysfakcja płynąca z dobrego jedzenia, zachwyt nad pięknym widokiem, itp…)


    Praktyka

    Gary M. Douglas, w swojej książce: „Divorceless Relatioships”, zachęca do następującego eksperymentu: Zamknij oczy i postaraj się poczuć swoje granice – nie granice swojego ciała, ale granice siebie. Czy to możliwe? Czy nie jest tak, że gdziekolwiek popatrzysz, tam jesteś? Otwórz oczy, ta przestrzeń, której doświadczałaś, która jest wszędzie i jest nieskończona – to ty. Jesteś nieskończoną istotą. Opierając się na tym doświadczeniu, zadaj sobie pytanie, czy możesz się zatem zmieścić w czymś tak małym jak twoje ciało? Czy raczej ciało zawiera się w Tobie? Twoje ciało zawiera się w tobie, nie Ty w Twoim ciele.

  • Mówią: jesteś słaba, bo boisz się latać samolotem i przez lata wierzysz, że choć latasz wiele razy do roku, lęk, który wówczas odczuwasz, tylko potwierdza twoją słabość. A gdyby tak powiedzieć sobie: mam w sobie ogromną siłę, bo decyduję konfrontować się ze swoim strachem i mimo fobii leciałam już ponad 50 razy. Jeśli coś jest dla mnie ważne, potrafię pokonać każdy lęk na drodze to tego celu.
  • Mówią: jesteś słaba, bo jesteś kobietą. Rządzą tobą hormony, przydarzają ci się syndromy napięcia, trudne dni i miesiączki, które najlepiej powinnaś ukrywać przed innymi, bo to powód do wstydu. A gdyby tak powiedzieć sobie, słowami Izy Sznajder autorki książki „Kobieta, księżyc i czerwona sukienka”: Jesteśmy w pewien sposób uprzywilejowane. Aby doświadczyć swojej mocy i przynależności do wszechświata, nie musimy wędrować, szukać przygód i niebezpieczeństw. Naszą wielką przygoda jest doświadczenie swojego ciała i uczuć, które w nim żyją. Nasza krew pomaga nam co miesiąc realizować ten zamiar. Poprzez swoje ciało kobieta odczuwa to, co jest wieczne.(…) Menstruacja to ogromny dar, ponieważ w sposób bezpośredni przypomina kobiecie o potędze natury i niejako zmusza ją do przeżywania oraz kontemplowania tej potęgi. Świadomie, uważnie przeżyta menstruacja to także akt pokory, który skłania do wsłuchiwania się w głos serca i budzi tęsknotę za poszukiwaniem źródła swojej prawdziwej tożsamości. (…) Nie chodzi tylko o to, że wraz z pierwszym okresem możesz już mieć dzieci, zostać matką. Krew mówi znacznie więcej, mówi o tym, że jesteś częścią całości, rytmem wszechświata, podlegasz zmianom cyklicznym tak, jak pory roku, fazy księżyca, przypływy i odpływy, oceanu. Mówi o prastarym źródle kobiecej natury. Przypomina o losie wszystkich kobiet, uczy, że jesteśmy takie same, lecz jedyne w swoim rodzaju, że dzielimy ten sam ból, niepokój i radość. Pokazuje ci, że stałaś się dorosła, niezależna, i masz możliwość odnaleźć przesłanie swojego życia. Uczy powagi i lekkości chwili, Pokazuje cie twoją moc. Uczy, ze masz w sobie zdolność do pokonywania wszystkich przeciwności losu. Pokazuje ci alchemię twojego ciała i opowiada o jego pięknie i mądrości. Wreszcie mówi, że czas niestrudzenie wywiera wpływ na twoje życie, pokazuje, że coś się w nim zaczyna, coś kończy. Uczy, że jesteś i że przemijasz.” Praktyka

    A gdyby podczas najbliższej miesiączki zatrzymać się na 10 minut? Sprawdzić, jakie uczucia pojawiają się w moim ciele. Jakie odczucia pojawiają się w moim podbrzuszu? O co prosi mnie ciało? O głęboki oddech, moment zatrzymania, o zauważenie napięcia, zauważenie ważnej tęsknoty, docenienie, dłuższy odpoczynek? Jak ciało pokazuje mi moją wewnętrzną prawdę?

     

  • Mówią: twój partner jest odpowiedzialny za twoje szczęście, a jego miłość lub jej brak świadczy o twojej wartości. Możesz otworzyć serce tylko jeśli dana osoba spełni wymyślone przez ciebie warunki – zachowa się w określony sposób, nigdy cię nie zrani, da ci emocjonalną pewność.A gdyby tak powiedzieć sobie: To wielka pułapka – w ten sposób mogę przeżyć całe życie nie pozwalając miłości we mnie płynąć i zasilać mnie i innych. Potrafię zaznawać szczęścia i pełni życia w stopniu większym niż mi się zdaje. Często jednak nie sięgam po szczęście, gdyż wierzę, że to czyjeś zachowanie mi nie pozwala. Ignoruję obowiązek rozwijania i ulepszania siebie, bo uparcie próbuję przeobrażać innych.Praktyka
    A gdyby, jak proponuje amerykańska trenerka metody Nonviolent Communication, Miki Kasthan, zobowiązać się przed sobą: „Nawet kiedy moje potrzeby są w dużym stopniu niespełnione, decyduję się, ze moje serce pozostanie otwarte. Jeśli zauważę, że pogrążam się w ocenach, złości i negatywnych emocjach, poszukam pomocy, aby je przetransformować i spotkać drugą osobę z miłością.”

    Praktyka
    David Deida dużo pisze o otwieraniu serca jako drodze do realizacji naszej pełni. Dla mnie to jedno z podstawowych dorosłych zadań. W trakcie dzieciństwa i dojrzewania musiałyśmy zbudować wokół siebie wiele ochronnych warstw, niekiedy nawet całkiem poważny pancerz. Podobnie jak nasze serca, także i nasze miednice od wielu lat mogą być zaciśnięte, usztywnione i spragnione spontaniczności i życia. Jednym z prowadzących do rozluźnienia, przepływu i pełni sposobów, które sugeruje Deida jest „święty taniec”: „(…) jeśli kochasz tańczyć, możesz użyć tańca do swojej praktyki. Być może pamiętasz czas, kiedy tańczyłaś i czułaś, że jesteś totalnie otwarta, jakbyś poddawała się sile miłości i życia… i jakby to one tańczyły przez ciebie. Jak się wtedy poruszałaś? Co czułaś w sercu? Jako tańcząca, żywa miłość, w jaki sposób twoje stopy dotykają podłoża? Co czujesz w nogach? Gdy tańczysz tak cała otwarta, co czujesz pomiędzy nogami i w swoich lędźwiach – seksualnie, energetycznie, fizycznie? Co czujesz w brzuchu u klatce piersiowej, gdy muzyka wchodzi w ciebie i wibruje w całym ciele? Co pokazuje ekspresja twojej twarzy, ramion, dłoni? Jak miłość porusza cie i promieniuje poprzez całe twoje ciało? Raduj się tańcem jako prawdziwą duchową praktyką, odkrywając, w jaki sposób tańczyć, aby twoje serce się otwierało, a ciao oddychało żywe niczym pełnia miłości. Jak masz tańczyć teraz, aby ciało i serce otwierało się na głębokie przyjmowanie każdej chwili i aby życie wyrażało miłość przez cały dzień? Jak możesz tańczyć przez kolejne lata, aby nawet kiedy ciało będzie się starzeć i więdnąć, twoje serce mogło otworzyć się jeszcze pełniej, tak szeroko, jak przepływająca chwila i błyszczeć promienna radością do wszystkich?”

  • Mówią: nieudane, traumatyczne dzieciństwo i toksyczni rodzice sprawili, że nie możesz mieć głębokich, karmiących relacji i wieść szczęśliwego życia. A gdyby tak powiedzieć sobie: Moi rodzice też byli skrzywdzonymi dziećmi, które stanęły przed ogromnym zadaniem – rodzicielstwem. Obwiniając ich, stoję w miejscu, tracę z oczu możliwość rozwoju i fakt, że teraz ja jestem odpowiedzialna za swój dobrobyt.

    PraktykaJohna Bradshaw, amerykański psycholog, autor książki „Powrót do swego wewnętrznego domu. Jak odzyskać i otoczyć opieką swoje wewnętrzne dziecko”, proponuje następujące doświadczenie – „Idź do parku, popatrz na trawę, kwiaty, ptaki, drzewa i zwierzęta. To wszystko należy do wszechświata. Stanowi nieodłączną część stworzenia. Ty także masz tu swoje miejsce. Masz prawo być tutaj, tak samo jak ptaki, pszczoły, drzewa i ptaki. Należysz do tej Ziemi. Witaj!”

    Praktyka

    A gdyby powtarzać sobie to, czego nie usłyszałaś/łeś od rodziców, a co bardzo potrzebowałaś/łeś usłyszeć: np., jak podpowiada Bradshaw: „Bóg się ucieszył, gdy przyszłaś na świat”. „Zasługujesz na to, żeby mieć to, czego pragniesz.”„Nigdy nie było kogoś takiego jak ty. Jesteś niepowtarzalny/a, jedyny/a w swoim rodzaju”, „Chcę cię wysłuchać. Widzę cię.”, „Wszystko, co czujesz, jest ok.”, „To normalne, że się boisz.”, „Cieszę się, że chcesz być sobą.”,„To dobrze, że jesteś inna, że masz swoje własne poglądy na rożne sprawy.”, „To dobrze, że badasz i odkrywasz, kim jesteś.”

    Praktyka
    A gdyby zbierać dowody, że świat nie jest miejscem przerażającym i niebezpiecznym, a wręcz mi sprzyja ( Wewnętrzne Dziecko często było straszone i jest przesadnie ostrożne). Doceniać to, co mi się udało. Codziennie podsumować jak świat mnie wspierał tego dnia. Zrobić listę rzeczy, o których marzę, ale których się boję i zastosować metodę małych kroków, żeby się do nich zbliżać i zacząć je realizować?

  • Mówią: musisz manipulować innymi, aby sprawić, żeby twoje potrzeby zostały zaspokojone. Inni są zainteresowani tylko swoim dobrem, więc musisz ich odpowiednio podejść, żeby zadbać o siebie. A gdyby tak powiedzieć sobie: Moje potrzeby są piękne, pokazują, jak przepływa przeze mnie życie. Inni z radością chcą przyczyniać się do mojego dobrobytu (to jedna z podstawowych ludzkich potrzeb) – kiedy mają wybór i nie czują się do tego zmuszani. PraktykaA gdyby prosić, a nie żądać? Sprawdzić, jaka będzie moja reakcja na odmowę? Czy moją intencją jest, aby inni zrobili to, o co proszę tylko, jeśli sami tego chcą? Czy też zgadzam się, by spełnili to, o co proszę kierowani poczuciem obowiązku, winy, strachu przed konsekwencjami? Jeśli spotkawszy się z odmową, uderzę w ton krytyczny lub osądzający, odmówię partnerowi ciepłych uczuć, znaczy to, że nie prosiłam, a żądałam. Kiedy rozmówca słyszy żądanie, widzi przed sobą tylko dwa wyjścia – uległość albo bunt. W obu wypadkach traktuje prośbę jako próbę wywarcia przymusu i jest mu trudniej zareagować ze współczuciem, skutkuje to także utratą zaufania i otwartości w przyszłości w naszej relacji. A gdyby mieć świadomość, że kiedy żądam, to sygnał, że nie wierzę w piękno moich potrzeb, w to, że zasługuję na wsparcie innych i świata – i objąć ten fakt ciepłą refleksją?

Przestałabym wierzyć, że jestem centrum świata

11 Sty

palceTo przekonanie jest tak fundamentalne i głęboko zakorzenione, że jego dostrzeżenie zajęło mi naprawdę dużo czasu. Kiedy już udało się je uchwycić, kolejnym odkryciem był fakt, że to właśnie ono jest odpowiedzialne za większość odczuwanego przeze mnie cierpienia.

A stąd już tylko krok do reinterpretacji tego, co się nam przydarza i do większego życiowego spokoju. Zdjęcie egocentrycznych okularów może nas zaprosić do całkiem fajnej zabawy. Pofantazjujmy…

Na przykład:

  • kiedy córka kolejny raz rzuca o ziemię moim telefonem, nie będąc centrum świata, zamiast myśleć, że jej celem jest zrobienie mi na złość, mogę zobaczyć to zachowanie jako konieczne na tym etapie rozwoju sprawdzanie granic lub eksplorowanie siły grawitacji… Zamiast się na nią wściekać, mogę zastanowić się jak ją wesprzeć w rozwoju i jednocześnie zadbać o bezpieczeństwo co cenniejszych rzeczy…
  • kiedy inny kierowca zajeżdża mi drogę, nie będąc centrum świata, zamiast myśleć, że jego celem jest okazanie mi braku szacunku,  mogę zacząć zgadywać, dokąd tak się spieszy.  Może do chorego dziecka, czy na ważne spotkanie o pracę  –  zamiast z podwyższonym ciśnieniem wymyślać mu od najgorszych, mogę zwolnić i zrobić mu więcej miejsca na drodze…
  • kiedy mój partner odpływa w myślach i nie słyszy co do niego mówię, nie będąc centrum świata, zamiast myśleć, że to znaczy, że mu nie zależy, mogę  go zapytać, co ważnego dzieje się w jego życiu…
  • kiedy moje dziecko płacze, nie będąc centrum świata, zamiast skupiać się na bólu związanym z tym, że to obwiniam się o bycie  złą matką, mogę skoncentrować się na tym, że to normalny sposób okazania swoich emocji, gdy nie dysponuje się potrzebnym słownictwem… i mogę skupić się na skutecznym wspieraniu go w tego typu ekspresji uczuć i pozbywania się napięcia
  • kiedy ekspedientka w sklepie odpowiada niemiło na moje pytanie, nie będąc centrum świata, zamiast odbierać to zachowanie jako cios w moje poczucie wartości, mogę zastanowić się skąd jej podły nastrój, może martwi się, co poda dzieciom na obiad kiedy pensja już prawie się skończyła?…A może jest zmęczona tym, że tylko ona ma okazywać innym zainteresowanie i uprzejmość, a tęskni za tym, żeby i ją ktoś naprawdę zobaczył?… Jak mogłabym ją w tym wesprzeć?…
  • kiedy ktoś nie dostrzega mojego wewnętrznego piękna, nie będąc centrum świata, mogę przestać wierzyć, że to oznacza, iż  go nie ma, a mogę pomyśleć, że ta osoba ma inne jego kanony oraz co mogę zrobić, żeby samej/samemu bardziej je w sobie dostrzegać…
  • kiedy ktoś mówi „nie” w odpowiedzi na moją prośbę, nie będąc centrum świata, zamiast wypominać mu/jej, że się o mnie nie troszczy, mogę zastanowić się, jakim  swoim ważnym potrzebom mówi w tym momencie „tak”  i poszukać innej strategii albo innej osoby, aby zadbać o moje potrzeby…
  • kiedy ktoś mnie zdradza, nie będąc centrum świata, zamiast katować się podejrzeniem, że nie jestem wystarczająco dobra, mogę wczuć się jak bardzo on/ona chciała poczuć, ze naprawdę żyje i mogę opłakać, że nie znalazł/a na to lepszej strategi…
  • kiedy lekarz bezdusznie i bez krzty empatii traktuje mnie podczas wizyty, nie będąc centrum świata mogę przestać odbierać to osobiście i zamiast złości i przygnębienia, mogę zacząć odczuwać współczucie dla przytłoczenia i bezradności, które musi czuć spotykając się dzień w dzień z trudnymi przypadkami, którym nie zawsze może zaradzić…
  • kiedy ktoś mówi: „Zawsze myślisz tylko o  sobie.”, nie będąc centrum świata, zamiast koncentrować się na tym, że mnie obraża, mogę dostrzec, jak bardzo on/ona tęskni za doświadczaniem bycia wziętym pod uwagę albo, że ktoś się o niego/nią troszczy…
  • kiedy ktoś mówi „Jesteś nieodpowiedzialny/a”, nie będąc w centrum świata, mogę przestać widzieć w tym zdaniu zagrażającą ego krytykę, a zobaczyć jak bardzo temu komuś zależy na tym, aby dzielić się odpowiedzialnością za nasz wspólny byt i na bezpieczeństwie finansowym; i odpowiednio na to zareagować…
  • kiedy ktoś nie docenia tego, co dla niego/niej robię, zamiast pielęgnować w sobie żal, mogę pomyśleć, że być może jest pewien, że jego/jej wdzięczność jest dla mnie oczywista i podzielić się, jak bardzo jednak chciałabym usłyszeć, czy moje działania polepszyły jego/jej życie…
  • kiedy ktoś mówi: „Czuję się ignorowany”, nie będąc centrum świata, zamiast rzucać się z dowodami, że go/jej nie ignoruję, mogę usłyszeć jak bardzo ta osoba czuje się samotna nie mając pewności, że jej potrzeby i uczucia także się liczą i są brane pod uwagę… i mogę pokazać jej, że ją w tym pragnieniu słyszę…
  • kiedy moje dziecko uparcie nie chce iść na studia, nie będąc centrum świata, zamiast pogrążyć się w cierpieniu o zmarnowanych szansach i energii, która włożyłam w jego/jej wychowanie, mogę zaufać, że ma do przejścia swoją własną drogę i nie mi oceniać, jak ma ona wyglądać… a potem zastanowić się, jak mogę być dla niego/niej najlepszym wsparciem w jego/jej  życiowym scenariuszu…
  • kiedy ktoś nie spełnia moich potrzeb, nie będąc centrum świata, zamiast odmawiać mu/jej miłości, mogę pomyśleć, że nie urodził/a się po to, by dopasowywać się do moich oczekiwań, i zastanowić się jak sam/a mogę bardziej te potrzeby spełniać…

I tak dalej, i tym podobnie… Podoba mi się ta zabawa. Jestem ciekawa waszych uwolnionych od ego reinterpretacji zdarzeń… Jakieś przykłady?

Byłabym w swoim życiu

13 List

Kilka dni temu moja niespełna trzyletnia córka zadała mi pytanie, które wgniotło mnie w fotel: „Mamo, czy jesteś w swoim życiu?„. Zaskoczyło mnie niewątpliwie, że trzylatka potrafi skonstruować takie zdanie, ale jeszcze większe wrażenie zrobiła na mnie próba odpowiedzenia jej i sobie na to pytanie.

Otóż córeczko, z przykrością muszę odpowiedzieć, że nie – nie za bardzo jestem w swoim życiu.

Po pierwsze: nie ma mnie tu i teraz

Większość czasu spędzam myśląc o tym, co może się wydarzyć w przyszłości – negatywnego i pozytywnego. Rozpamiętuję, co się nie wydarzyło, a powinno (bo wówczas moje życie byłoby spełnione), planuję rożne rzeczy, które chciałabym, żeby się wydarzyły (bo wówczas moje życie wreszcie będzie spełnione), dużo energii tracę na wypieranie trudnych uczuć, słowem – robię wiele, aby uciec od bieżącej chwili. Ronald D. Siegel w swojej książce „Uważność. Trening pokonywania codziennych trudności  (Wydawnictwo Czarna Owca) pokazuje jak bardzo mechanizm myślenia, przewidywania problemów i planowania  działań w calu zaspokajania potrzeb pomógł nam w ogóle przetrwać i jednocześnie, jak jest kosztowny – pozbawia nas prawie całego bogactwa doznań płynących z bycia w obecnej chwili. Kiedy myślimy o tym, co może się nie udać, płacimy także na poziomie fizjologii – włącza się system reakcji obronnych, powodując lęk, przygnębienie i zniechęcenie. Bardzo często także mózg wyolbrzymia to, co dobrego mogłoby się zdarzyć i jak przyjemnie wówczas byśmy się czuli – spędzamy więc wiele nieprzyjemnych chwil, frustrując się, że jeszcze tego nie mamy, albo  – gdy wymarzona sytuacja wreszcie się wydarzy – próbując sobie poradzić z rozczarowaniem, że wcale nie jest tak pięknie jak w naszych wcześniejszych wyobrażeniach. Czytaj dalej