Rusza nowa edycja projektu – szkolenia „Gdybym Dorosła”!

22 Maj

atlasZ wielką radością spieszę donieść, że dzięki nowej platformie o nazwie „Wirtualna Dojrzewalnia„, rusza druga edycja Projektu – szkolenia online „Gdybym Dorosła”. W jego pierwszej edycji wzięło udział ponad 500 wspaniałych, gotowych na zmiany i przejęcie steru swojego życia kobiet. Był to dla mnie czas szczególny – towarzyszenie im podczas pół roku intensywnej pracy, której celem było odzyskanie poczucia mocy, sensu i satysfakcji, otworzenie się na radość, docenienie siebie, mocne stanięcie na nogach i poczucie się dobrze we własnej skórze. A także pogłębienie relacji i bliskości, lepsze rozeznanie się tym, co jest dla nas w życiu najważniejsze i stanięcie za tym. Dużo się wydarzyło, ale dla mnie najważniejsze było to, iż mogłam się z innymi kobietami dzielić tym, co naprawdę przetestowałam na sobie i co zmieniło moje życie na lepsze. I patrzeć na to, jak ich życie także się powoli zmienia w satysfakcjonującym dla nich kierunku. Dlatego ogromnie się cieszę, że dzięki nowym możliwościom technicznym mogę zaprosić także i Ciebie do dołączenia do grona „Dorastających”

W tej edycji „Gdybym Dorosła” możesz:

  • rozwijać się w ulubionym miejscu, z filiżanką dobrej herbaty, w czasie, który najbardziej Ci pasuje
  • pracować w dowolnym tempie,
  • zdecydować się na udział w całym projekcie,
  • albo wybrać jeden lub kilka interesujących Cię modułów tematycznych.

Jeśli chcesz doświadczyć, jak wzięcie odpowiedzialności za swoje życie doda mu sensu, smaku, radości i głębi; wzmocni Twoje relacje oraz pozwoli Ci cieszyć się w pełni sobą, wyrusz na głęboko transformującą wyprawę z kobietami, które są w podobnym miejscu – będziesz mogła dzielić się z nimi swoimi odkryciami, omawiać trudności i prosić je o wsparcie na forum dyskusyjnym.

 

Więcej informacji, zapisy

 

Podczas programu będziemy pracować z przekonaniami, wykorzystamy metodę „The Work” autorstwa Byron Katie, Nonviolent Communication, narzędzia z metody Zen Coaching, filozofię małych kroków – Kaizen, metodę Mind-Body Bridging, pracę z cieniem, narzędzia pracy z procesem, Living Dance Form oraz wiele innych inspiracji. Plan naszej pracy jest tak zaprojektowany, abyś po zakończeniu programu mogła:

  • poczuć, że mocno stoisz na swoich nogach, a Twoje poczucie dobrostanu nie jest zależne od innych ludzi
  • otworzyć swoje serce i przekroczyć poczucie oddzielenia od innych
  • wieść zintegrowane, pełne sensu i ekscytacji życie, w którym jest wiele radości, głębokich, bliskich relacji i spokojnego poczucia szczęścia
  • wykorzystywać swoje talenty i potencjał, aby służyć innym i inicjować w świecie zmianę, którą chciałabyś zobaczyć
  • czuć, że żyjesz w świecie obfitości, a świat Cię wspiera
  • czuć, że rozkwitasz

W ramach szkolenia online zajmiemy się tematami:

  • Gdybym dorosła… budowanie osobistej mocy,
  • Gdybym dorosła… w związku,
  • Gdybym dorosła… ciało i seksualność,
  • Gdybym dorosła… w rodzicielstwie,
  • 
Gdybym dorosła… w pracy,
  • Gdybym dorosła… w świecie.

Moduł pierwszy: Gdybym dorosła… budowanie osobistej mocy

  • samoakceptacja i empatia dla siebie
  • radzenie sobie ze złością, frustracją, cierpieniem, poczuciem winy
  • świat obfitości, wdzięczność
  • jak zwiększyć wskaźnik „pozytywności” w swoim życiu i zacząć rozkwitać
  • odzyskiwanie wyboru, branie odpowiedzialności za swoje życie
  • moje najważniejsze potrzeby
  • jak „nie zdradzać siebie”
  • stworzenie projektu osobistej zmiany

Moduł drugi: Gdybym dorosła… w związku

  • empatia – podstawa udanego związku, budowanie empatycznego potencjału, empatyczne narzędzia
  • stworzenie misji związku/rodziny
  • akceptacja i rozwijanie miłości bezwarunkowej
  • branie odpowiedzialności za swoją potrzebę miłości, m. in. teoria języków miłości
  • celebrowanie związku i partnera
  • praca z przekonaniami na temat związku
  • praca z oczekiwaniami wobec partnera

Moduł trzeci: Gdybym dorosła… ciało i seksualność

  • mind-body bridging – jak być w ciele tu i teraz
  • współczesne mity i oczekiwania na temat kobiecego ciała: jak się z nimi rozprawić
  • jak docenić swoje ciało
  • jak zakończyć wojnę ze swoim ciałem i dzięki metodzie kai zen (metoda małych kroków) bezboleśnie i skutecznie przestawić się na zdrowe odżywianie, dobre myśli, jak zacząć ćwiczyć
  • odkrywanie, co znaczy dla mnie seksualność
  • seks – strategia na jakie moje potrzeby?

Moduł czwarty: Gdybym dorosła… w rodzicielstwie

  • stworzenie własnej definicji „dobrej matki”, odpuszczenie sobie nierealistycznych oczekiwań
  • godzenie potrzeb: swoich, partnera, rodziny i dzieci
  • jak postawić granice
  • jak przestać się martwić, czy moje dziecko będzie szczęśliwe
  • pożegnanie z etykietą „dziecko”
  • co zamiast kar i nagród
  • radzenie sobie z „nie”
  • empatia dla dzieci, główne dziecięce potrzeby, wspieranie emocji dziecka
  • najważniejsza wiadomość dla naszego dziecka: „Masz znaczenie”

Moduł piąty: Gdybym dorosła… w świecie

  • rozpoznanie swoich rang – jak mogę ich użyć do budowania lepszego świata
  • jak moje wybory wpływają na świat – ekologia, sprawiedliwość społeczna
  • ja w mojej społeczności – jak ją tworzyć i wspierać
  • jak odnaleźć swoje plemię
  • przekraczanie poczucia oddzielenia od innych i budowanie poczucia łączności
  • dzielenie się swoimi darami i talentami – co mogę wnieść do świata, czego nie może wnieść nikt inny

Moduł szósty: Gdybym dorosła… w pracy

  • stworzenie swojej osobistej misji życiowej
  • empatyczna komunikacja w pracy
  • budowanie harmonii między życiem zawodowym a osobistym
  • inteligencja duchowa w pracy
  • budowanie tzw. „ważnego życia”: praca jako służba na rzecz innych
  • jak budować finansową niezależność
  • podsumowanie projektu osobistej zmiany ze spotkania pierwszego, plan na przyszłość

Zapraszam ciepło! Ewa Panufnik

Więcej informacji, zapisy: http://www.dojrzewalnia.pl/wirtualna_dojrzewalnia/

Przestałabym walczyć o miłość, aprobatę i przynależność

22 Maj

niemiesci„Głębokie poczucie miłości i przynależności stanowią nieusuwalną potrzebę wszystkich ludzi w każdym wieku. Zarówno na poziomie biologicznym, kognitywnym, fizycznym, jak i duchowym jesteśmy zaprogramowani na to, by kochać, być kochanym i przynależeć. Kiedy nie udaje nam się zaspokoić tych potrzeb, nie funkcjonujemy tak, jak powinniśmy. Załamujemy się. Rozpada nam się osobowość. Pogrążamy w odrętwieniu. Cierpimy. Krzywdzimy innych. Chorujemy. ” – twierdzi Brene Brown, badaczka wstydu, wrażliwości i autentyczności, autorka „Darów niedoskonałości. Jak przestać się przejmować tym, kim powinniśmy być, i zaakceptować to, kim jesteśmy”. A ja się z nią zgadzam. I postanawiam, że koniec z gonieniem za miłością, staraniem się o nią, zasługiwaniem, walczeniem o aprobatę i przynależność. Wbrew pozorom ma to sens i wcale się nie wyklucza.

Po prostu w ostatnim czasie naprawdę dotarło do mnie to, co wielokrotnie powtarza Byron Katie – że życie polegające na odgadywaniu i spełnianiu oczekiwań innych nigdy nie zapewni nam poczucia, że jesteśmy kochani: „Będziesz próbował stać się kimś innym niż jesteś, a gdy powiedzą: <<Kocham cię>>, nie uwierzysz, ponieważ w rzeczywistości kochają sztuczną atrapę. Zabieganie o miłość innych jest bardzo trudne, a nawet śmiertelnie niebezpieczne. Dążąc do tego, można utracić swoje prawdziwe ja.” A także radość życia, poczucie osadzenia w sobie, życiową energię – dodam z własnego doświadczenia. Brene Brown twierdzi nawet, że powinniśmy rodzić się z ostrzeżeniem, podobnym do tych na paczkach papierosów: „Uwaga, jeśli ze względu na bezpieczeństwo zrezygnujemy z naszej prawdziwości, możemy ucierpieć z powodu lęku, depresji, zaburzeń jedzenia, nałogów, napadów złości, poczucia winy, resentymentów i niewyjaśnionego żalu.”

Szukamy tam, gdzie nie mamy szansy znaleźć – wkładamy ogromnie dużo wysiłku w prezentację swojego wizerunku – w złudzeniu, że podziw innych dla tej wykreowanej, nieistniejącej w rzeczywistości postaci, naszego avatara – da nam społeczną akceptację oraz poczucie, że jesteśmy kochani. Stajemy się ulepszoną, poddaną edycji fasadą na Facebooku, zadowalając się namiastką prawdziwej więzi. Problem w także i w tym, że myli nam się dopasowywanie się z przynależnością. Tymczasem bycie kameleonem tak naprawdę ograbia nas z możliwości poczucia prawdziwego poczucia przynależności. Jeśli ubieram się tak, aby zdobyć akceptację innych; dzielę się z innymi tylko tym, co będzie dobrze tolerowane, a przemilczam rzeczy, które są dla mnie ważne; nie pokazuję swoich lęków i słabości, to uznanie dla tej zmodyfikowanej wersji mnie nigdy nie nakarmi wersji prawdziwej, spragnionej miłości. Według Brene Brown rozróżnienie jest bardzo proste: „Jeśli się dopasowujemy do jakiegoś środowiska, to musimy je najpierw właściwie ocenić, a następnie tak zmodyfikować siebie, aby nas zaakceptowano. Natomiast jeśli przynależymy do jakiegoś środowiska, to nie musimy siebie zmieniać – powinniśmy po prostu pozostać sobą.”

Nie, dziękuję, dłużej nie zamierzam grać w tę nieracjonalną, wyczerpującą grę w zabieganie o miłość i aprobatę, w której nie da się wygrać, a stracić można tak wiele.

Oto mój dzisiejszy manifest: Chcę być kochana dokładnie taka jaka jestem, bez starania się, zmieniania siebie, wysiłków mających na celu przypodobanie się i spełnienie oczekiwań innych, ukrywania tego, co jest dla mnie ważne. Chcę przynależeć bez konieczności ucinania kawałków siebie, zaprzeczania swojemu wewnętrznemu głosowi i nie za cenę rezygnacji z autentyczności.

I podejmuję ryzyko, że to się może nigdy nie wydarzyć. Oraz to, że mogę zostać odrzucona. Niezrozumiana. Niedoceniona. I nawet jeśli, to jest lepsza opcja niż nieustanne wydatkowanie energii na przykrawanie i dostosowywanie siebie do wymagań i pomysłów innych, jaka powinnam być, żeby zasłużyć na ich miłość. W najgorszym wypadku zostanę z satysfakcjonującym poczuciem wewnętrznej integralności i wierności sobie, bycia sobą w pełni. Całkiem przyzwoicie.

Od dzisiaj zatem nie chcę więcej:

– mówić „tak”, jeśli tak naprawdę czuję, że chcę powiedzieć „nie”, tylko po to, by ktoś nic złego o mnie nie pomyślał

– tłumaczyć się

– uzasadniać swojego istnienia

– przepraszać i kajać się, jeśli będzie to tylko wymogiem dobrych manier, a nie mojej głębokiej potrzeby

Chcę za to:

– prosić innych o pomoc w spełnianiu moich potrzeb

– ufać swojemu wewnętrznemu głosowi i go wyrażać

– troszczyć się jednocześnie o innych i o siebie – szukając w miarę możliwości takich rozwiązań, które sprawią, że nikt nie będzie musiał rezygnować z czegoś ważnego dla siebie, aby zaspokoić potrzeby drugiej strony.

Brzmi nieźle, prawda? Tylko, że może wcale nie okazać się takie proste do zrealizowania. Przekonanie, że musimy zasłużyć na miłość zostaje w nas zaszczepione najczęściej we wczesnym dzieciństwie i postępowanie zgodnie z nim staje się swojego rodzaju wieloletnim uzależnieniem. I mimo swej wyczerpującej natury, daje nam też sporo benefitów. Gonienie za miłością może kusić szansą, żeby oddalić się od towarzyszącego nam wciąż niepokoju, pomieszania, wewnętrznej pustki, braku celu i motywacji. W skończeniu z nałogiem nie pomaga nam też kultura, w której żyjemy. Dzięki przekazom w niej obecnym wierzymy, że im bardziej cierpimy, tym większa miłość. Robin Norwood, znana terapeutka rodzinna Z USA, autorka książki „Kobiety, które kochają za bardzo”, dużo pisze o tym, jak bardzo uwodzące może być dla nas spotkanie partnera czy innych osób, z którymi możemy powrócić do odgrywania schematu z dzieciństwa, w którym czułyśmy się niekochane lub niechciane. Pojawia się pokusa uwierzenia, że właśnie z takim partnerem i w związku dostarczającym nam podobnych sygnałów o tym, że na miłość musimy zasłużyć, wreszcie „przepracujemy” nieudane relacje z rodzicami. Ponownie odgrywając role z dzieciństwa, wierzymy, że tym razem uda nam się zapanować nad cierpieniem i bólem wynikającym z poczucia bycia niekochaną. Że zmienimy stosunek partnera do nas i wreszcie dostaniemy to, czego tak bardzo od lat pragniemy. Że wreszcie pokonamy dawne lęki i poczujemy ulgę. Tak jednak się nie stanie.

Po pierwsze – ponieważ wybrałyśmy takiego, a nie innego partnera do tych swoistych potyczek, a po drugie, bo nawet jeśli jakimś cudem uda nam się wygrać i zasłużymy na jego uczucie, tak jak już wspomniałam wcześniej, nie będzie to miłość skierowana do nas, tylko do jakiejś sztucznego tworu, który udało nam się stworzyć wielkim wysiłkiem i dzięki staraniu się, aby doskoczyć do oczekiwań.

Oto zatem mój plan wsparcia w wychodzeniu z uzależnienia od zasługiwania na miłość i przynależność.

Praktyka pierwsza

Świetną odtrutką okazuje się dla mnie sporządzenie listy wyrzeczeń i dostosowań koniecznych do tego, aby otaczający mnie ludzie obdarzyli mnie warunkową miłością i aprobatą:

Żeby zasłużyć na miłość i aprobatę powinnam m. in.: polubić górską wspinaczkę, pozbyć się wszelkich lęków, porzucić zdrowe odżywianie, szybko odpowiadać na maile, przejąć wszystkie przekonania o życiu pewnej osoby i postępować według nich, zawsze mieć przestrzeń na wysłuchanie zwierzeń, być miłą, wyglądać zgodnie z kulturowym ideałem kobiety, ułatwiać życie, przejąć na siebie większość obowiązków, nie potrzebować bliskości, zawsze odbierać telefony, a przynajmniej oddzwaniać, nie wyrażać swoich frustracji, nie mieć żalu, pomagać finansowo, być zawsze uśmiechnięta, nie marznąć, przestać być taka wrażliwa, być bardziej wysportowana, nigdy się nie złościć, przestać mieć swoje potrzeby, itp., itd….

Przebudzające jest uświadomienie sobie, że ta absurdalna lista może być nieskończenie długa, w dodatku niektóre warunki konieczne do zaakceptowania mnie wciąż się zmieniają w zależności od humoru, okoliczności i potrzeb zainteresowanych. To dokładnie syzyfowa praca.

Praktyka druga

Rozprawienie się z przekonaniami mówiącymi o tym, do czego konieczna jest mi aprobata i miłość innych.

Byron Katie twierdzi, że przyczyną naszego uzależnienia od spełniania potrzeb innych w ramach walczenia o ich uznanie i miłość są nieprawdziwe myśli, w które wierzymy bezrefleksyjnie, podobne do poniższych:

Potrzebuję twojej miłości, aby czuć się dobrze, żyć w pełni, potwierdzić swoją wartość, rozkwitnąć.

Jeśli zaniecham starań, nikt nie będzie mnie wspierał.

Jeśli nie będę się starać przykroić do wymagań innych, nigdy nie będę kochana.

Nie mogę być kochana taka jaka jestem.

Bez miłości będę samotna i niepełna.

Tylko miłość zapewni mi dobre samopoczucie, da spokój i bezpieczeństwo oraz sens życia.

Kochać to znaczy potrzebować.

Jeśli muszę się zmienić, by zdobyć cudzą miłość i aprobatę, to musi być we mnie coś złego.

Dobrym sposobem pracy z takimi przekonaniami jest zaproponowana przez Byron Katie metoda czterech pytań:

Czy to prawda?

Czy jestem absolutnie pewna, że to prawda?

Jak się czuję i reaguję, jak traktuję innych, gdy wierzę w taką myśl?

Kim mogłabym być, gdybym w nią nie wierzyła?

Uwielbiam jak tym sposobem Byron rozprawia się na przykład z myślą: Jeśli zaniecham starań, nikt nie będzie mnie wspierał., pokazując jak bez żadnego wysiłku z naszej strony jesteśmy wspierani. Na przykład: wszystkie niesamowite warunki konieczne, abyśmy zaistnieli zostały w nieprawdopodobny sposób spełnione, w naszej drużynie wsparcia są między innymi ci, którzy wzięli udział w procesie przygotowywania jedzenia na naszym stole; ci, którzy nas nauczyli; a nawet siła grawitacji, która sprawia, że możemy funkcjonować na Ziemi. Zachęcam do lektury książki Byron Katie: „Kłamstwa o miłości”, aby w pełni poczuć jak metoda czterech pytań może nas wpierać w transformowaniu bólu związanego z uzależnieniem od miłości.

Lubię czasami pomedytować nad poniższymi pytaniami, proponowanymi przez Byron – pojawia się wówczas we mnie więcej swobody do tego, żeby spróbować jak to jest po prostu być sobą:

  • Jaka jestem, gdy rezygnuję z próby zdobycia miłości aprobaty innych?

  • Kim mogłabym być, gdybym nie wierzyła myśli, że muszę wywierać na innych dobre wrażenie?

  • Kim mogłabym być, gdybym nie wierzyła w myśl, że moje szczęście zależy od kogoś innego?

Praktyka trzecia

Warto przyjrzeć się jednemu szczególnemu przekonaniu, które po bliższej analizie okazuje się propozycją handlową skierowaną do bliskiej osoby:

Jeśli zmienię się dostosowując do twoich oczekiwań, uszczęśliwię Cię, a w konsekwencji ty zmienisz się i uszczęśliwisz w ten sposób mnie.

Cóż, to że w nie głęboko wierzymy ma prostą przyczynę. Jak to podsumowuje Robin Norwood:„Znacznie łatwiejsze i bliższe wydaje się poszukiwanie źródła szczęścia poza sobą niż poddanie się wewnętrznej dyscyplinie, odkrycie własnych zasobów, uczenie się jak wypełnić pustkę wewnątrz, a nie na zewnątrz.” Norwood proponuje, aby przestać się łudzić, że ta transakcja kiedyś dojdzie do skutku i postarać się żyć tak, jakbyśmy nie mogły na nikim polegać. Całkowita samodzielność to dla niej sposób na wykorzystywanie wszystkich naszych talentów oraz na dbanie o te, które trzeba w sobie rozwinąć, aby wieść życie spełnione i pełne satysfakcji, bez nieproduktywnego oglądania się na innych, na których chciałoby się ten obowiązek scedować. „Póki nie rozwiniesz własnych zdolności, nie uwolnisz się od uczucia frustracji. I o tę frustrację będziesz miała żal do swojego partnera, a powodem jest to, że w rzeczywistości nie radzisz sobie z życiem.” Jedną z zalecanych przez nią praktyk jest robienie codziennie dwóch rzeczy, na które nie ma się ochoty: choćby to było zwrócenie wadliwego produktu, czy wykonanie nieprzyjemnego telefonu. Nie tak dawno, nie miałam ochoty pojechać na badanie techniczne samochodu i próbowałam zrzucić ten obowiązek na partnera – poświęciłam wiele energii, by go do tego przekonać. W końcu jednak zdecydowałam się zrobić to sama i była to spora satysfakcja wynikająca z tego, że jestem samowystarczalna.

Kolejnym wpierającym nas działaniem może być według Norwood nauczenie się dawania sobie – czasu, uwagi, rzeczy, na które mamy ochoty. Pytamy siebie, na co mamy dziś ochotę, a potem doświadczamy jednocześnie, co znaczy dawać i otrzymywać. Ostatnio to pytanie wsparło mnie podczas pewnego koncertu. Mimo cudownej muzyki i widowni pełnej zachwyconych widzów, jakoś nie mogłam się zaangażować i cieszyć się słuchaniem. Subtelne sygnały ciała, że nie chcę już tam być udawało mi się najpierw pacyfikować mało racjonalnymi lub dość egocentrycznymi (ponieważ prawdopodobnie błędnie zakładałam, że moje działanie ma znaczenie dla innych) myślami, iż tak nie wypada, nie wychodzi się w środku koncertu, że świadczy to o moim złym guście, że narażę się na coś w rodzaju ostracyzmu, nie dzieląc z innymi pełnego uwielbienia zaangażowania w to wydarzenie (na widowni było sporo dalszych i bliższych znajomych). W pewnym momencie przypomniałam sobie jednak o pytaniu: „Czego ja naprawdę teraz chcę?” – i kiedy je sobie zadałam, jednoznacznie okazało się, że chciałam wyjść, zdążyć na pociąg i wrócić do domu. Więc tak właśnie zrobiłam, przeszłam przez całą widownię i wyszłam. Nie było to zbyt przyjemne, ale z pewnością większy dyskomfort sprawiłoby mi pozostanie na siłę na sali ze strachu przed tym, co pomyślą inni.

Praktyka czwarta

Zmierzenie się z wewnętrzną pustką. Ten etap na pewno się pojawi, jeśli zdecydujemy się pożegnać z uzależnieniem od walczenia o miłość i aprobatę. Dotychczas ta pustka była wypełniana koncentrowaniem się na innych, których należało przekonać, że zasługujemy na miłość. Dobrze byłoby przyjąć ja w pełni, nie starać się jej zapełnić czymś z zewnątrz. Nie zawsze tam będzie, pociesza Robin Norwood: „Odczuwanie jej i zachowanie spokoju umożliwi z czasem wypełnienie tej pustki ciepłem samoakceptacji.” W takim przyjmowaniu może pomóc nam kolejna praktyka.

Praktyka piąta

Jak to trafnie podsumowuje Brene Brown: „Teraz rozumiem, że by naprawdę czuć przynależność muszę być prawdziwa, a do tego jest mi potrzebne ćwiczenie miłości do samej siebie. Przez wiele lat myślałam, że jest odwrotnie: Muszę robić wszystko, co w mojej mocy, by się dopasować, a wówczas poczuję się akceptowana, a przez to polubię siebie. (Męczy mnie już samo myślenie o tym, ile lat tak żyłam. Nic dziwnego, że byłam zupełnie wyczerpana!)”.

W związku z powyższym moją ważną praktyką stanie się więc współczucie i empatia dla siebie samej. Pomocą w tym może być polecany przez Brown serwis http://www.self-compassion.org, gdzie zacząć możemy od wykonania testu, na ile jesteśmy współczujący wobec samych siebie. Ja zdobyłam mało punktów, więc sporo praktykowania przede mną zanim stanie się to moim nawykiem.

Empatia dla siebie nie rożni się w praktyce od empatii, która oferujemy innym w trudnych chwilach.

  1. Najpierw konieczne jest zauważenie, że cierpimy, a potem wczucie się w to wrażenie (co dokładnie odczuwam? Czy to cierpienie wynikające z lęku, frustracji, smutku, żalu, zazdrości, zawiści, desperacji, braku nadziei? Gdzie i jak odczuwam te uczucia w ciele? Jak mogę chwilę z nimi pobyć? Z jakiej niespełnionej potrzeby wynikają?). Nie ignoruję swojego bólu, mogę za to powiedzieć sobie: to naprawdę boli, to trudny czas dla mnie. Jak mogę sobie ulżyć, pocieszyć się, co mogę zrobić, żeby poczuć się lepiej?

  2. Współczucie oznacza również otwarte, pozytywne nastawienie do cierpiącej osoby – w tym przypadku nas samych i oferowanie zrozumienia, a nie osądzanie siebie i krytykę.

  3. Niezwykle ważne jest porzucenie iluzji o tym, że należy i można by perfekcyjnym, oraz uznanie, że cierpienie, porażki i niedoskonałość to nieodłączne części ludzkiego istnienia. Tym sposobem możemy także „załatwić sobie” szybko także swoiste poczucie przynależności – gdy uświadomimy sobie, że dzielimy trudne uczucia i okoliczności, które nam się przytrafiły z całą rzeszą innych ludzi.

  4. Dla mnie pomocne jest także przypominanie sobie, że uczucia, także te mało komfortowe, to tylko nośniki informacji, że jakaś nasza potrzeba nie jest spełniona lub nie i w jakim stopniu.

Praktyka szósta

Kiedy decydujemy się przestać walczyć o miłość, jednym z obszarów, który okaże się wówczas sporym wyzwaniem będzie prawdopodobnie mówienie „nie” – w sytuacjach, kiedy autentycznie czujemy, iż nie chcemy się na coś zgodzić w odpowiedzi na czyjąś prośbę o pomoc, wsparcie, itp.

Przydać się nam wówczas może przypominanie sobie, że moje „nie” oznacza „tak” dla mnie, dla jakieś mojej ważnej potrzeby, której spełnienie byłoby zagrożone, gdybym osobie proszącej nie odmówiła. Czemu więc mówię „tak”?

Odmawianie kojarzy nam się z sytuacją, w której możemy zostać odrzuceni za brak chęci wyjścia komuś naprzeciw, ale jest trudne także i dlatego, że przeważnie szczerze się troszczymy o drugą stronę i wczuwamy się w to, jak nasza odmowa na nią wpłynie, może będzie bolesna, może skojarzy się z kolei z odrzuceniem jej przez nas.

Jak więc mówić „nie” z troską?

  1. Pierwszy krok to przyznanie i wyrażenie tego głośno, że widzę, iż drugiej stronie naprawdę na czymś bardzo zależy i jestem jej pierwszą, może najważniejszą strategią, aby to się mogło dla niego/niej wydarzyć.

  2. Szczere podzielenie się informacją, że z pewnego powodu/ów nie chcę, nie mogę, nie mam ochoty tego zrobić. Najlepiej, gdybyśmy mogli się też podzielić tymi powodami z drugą stroną.

  3. Zaproponowanie innej strategii, która włącza także moje potrzeby pod uwagę i spełnia jednocześnie potrzeby drugiej strony (często jeśli zejdziemy głębiej do potrzeb, okazuje się że taka inna strategia jest jak najbardziej możliwa, choć gdy koncentrowaliśmy się wcześniej na rozwiązaniu, nie było to takie oczywiste).

    W moim związku przez długi czas sprawa sporną i bardzo podgrzewającą negatywne emocje była kwestia wygodnej kanapy przed telewizorem. Dla mnie była idealnym miejscem do cichego relaksu, gdy tymczasem mój partner czasami w takich sytuacjach chciał oglądać telewizję. Wówczas dla mnie kończył się czas odpoczynku. Na jego prośbę, abym przeniosła się gdzieś indziej, nie było we mnie często autentycznego „tak”, więc albo robiłam to ze złością, albo zaczynaliśmy kłótnię, kto ma większe prawo do kanapy – ktoś, kto przyszedł pierwszy, czy ktoś kto chce oglądać telewizję, bo to jedyne miejsce do tego? Wiele kłótni później, sprawa skończyła się szybko, gdy poznałam metodę Nonviolent Communication i kiedy okazało się, że oboje byliśmy przyklejeni do jedynego możliwego według nas rozwiązania. Kiedy zeszliśmy na poziom potrzeb i okazało się, że w moim przypadku nie chodzi tylko o wygodę, ale także o cichy relaks, wpadliśmy na pomysł, że przecież telewizję można oglądać korzystając ze słuchawek. Więc moje autentyczne „nie, nie chcę przenieść się gdzieś indziej” wygenerowało sposób, który w nikim nie buduje poczucia żalu i nadużywania się w imię powiedzenia tak drugiej stronie. Równie dobrze mogło okazać się, że mój partner chce tak desperacko oglądać telewizję, bo potrzebuje oderwania od stresu, a może mieć na to także inne, może nawet bardziej wspierające w tym metody – przejażdżkę na rowerze, czy rozmowę z przyjacielem – patrz następny punkt.

  4. Zaproponowanie pomocy w burzy mózgów, aby pomóc znaleźć strategię, która mnie nie angażuje w sposób, którego nie chcę, a odpowiada na potrzeby drugiej strony.

Praktyka siódma

Poproszenie kogoś bliskiego, komu ufamy, żeby powiedział:

Nie musisz się starać. Możesz być sobą i być kochana. Jesteś wystarczająca taka, jaka jesteś.”

I zauważenie, co nam to robi. Jakie uczucia budzi, jakie myśli przychodzą nam do głowy, gdy to słyszymy? Mnie osobiście usłyszenie tych zdań przynosi duże wzruszenie i poczucie prawdziwej ulgi. Mam wrażenie, jakby nagle świat się powiększał, a moje możliwości rosły.

Praktyka siódma

Uświadamianie sobie jak manipuluję innymi, żeby dostać od nich miłość i aprobatę, i że kosztuje to mnie poczucie oddzielenia od nich – widzę ich wówczas tylko przedmiotowo, jako dostarczycieli „narkotyku”. Oraz poczucie oddzielenia od samej siebie: płacę za to swoją integralnością, rezygnacją z ważnych dla mnie wartości: troski o innych, brania ich pod uwagę, itp.

Praktyka ósma

Nie zawadzi też zauważyć, że gra w walczenie o miłość, aprobatę i przynależność ma zawsze dwie strony. I że często jesteśmy również tą z nich, która określa warunki dla innych. Może odświeżę sobie dawny wpis na ten temat: „Przestałabym kolonizować ludzi”, aby mieć więcej świadomości wokół tego, jak wykorzystuję naturalną potrzebę miłości, głęboko obecną też przecież w innych innych, do stawiania im żądań?

Praktyka dziewiąta

A poniższy cytat przykleję sobie na lustro, żeby łatwiej było mi pozostać na obranym dziś kursie autentyczności i bycia sobą:

Prawdziwą miłością możemy zostać obdarzone dopiero wtedy, gdy odsłonimy się całkowicie. Kiedy odkryjemy, jakie naprawdę jesteśmy, kiedy ujawnimy swoją najprawdziwszą istotę. To ona zostanie pokochana.”, Robin Norwood

Hough

Przechytrzyłabym hedonistyczną adaptację

15 Kwi

DSC_0769Kiedy obserwuję moją 4-letnia córkę, często jej zazdroszczę, bo przypomina mi zachwyt, który odczuwałam jako dziecko. Najdrobniejsze, banalne, zadawałoby się z dorosłej perspektywy, rzeczy potrafią obudzić w niej ekscytację i radość. Zanurzona w tu i teraz chłonie życie wszystkimi zmysłami i zachwyca się jego różnymi artefaktami. W takich momentach uświadamiam sobie, że jeszcze trochę pamiętam ten stan: budzenie się o poranku z motylami w brzuchu w oczekiwaniu na to, co przyniesie nowy dzień. A potem robi mi się naprawdę smutno, bo zauważam, że w moim dorosłym życiu prawie zupełnie straciłam z nim kontakt. Nic nie zachwyca: świat jest już poukładany w szufladki z odpowiednimi statycznymi etykietami, a nowy dzień może przynieść co najwyżej tylko nowe obowiązki i rozczarowania.

Czy to świat się zmienił? Raczej ja. Znalazłam się nagle po drugiej stronie – z dwóch sposobów na funkcjonowanie w świecie, które przywoływał Einstein mówiąc: „ Są dwie dro­gi, aby przeżyć życie. Jed­na to żyć tak, jak­by nic nie było cu­dem. Dru­ga to żyć tak, jak­by cu­dem było wszys­tko. „, wybrałam w którymś momencie drogę niedostrzegania całej złożoności i wspaniałości życia. Osiągnięcie choćby najbardziej ekscytującego celu daje mi satysfakcję na krótko. Jedyna pociecha, że nie jestem w tym sama.

To typowa dla większości ludzi tendencja. Jakkolwiek wielki i cudowny byłby nasz cel i niezależnie od tego, jak bardzo wierzymy, że jego osiągnięcie uczyni nas wreszcie szczęśliwymi, jedno jest pewne – nie uszczęśliwi nas na długo. Ta sama umiejętność przyzwyczajania się do warunków życia, która pozwala nam podnieść się po najtrudniejszych ciosach losu,  sprawi, że po osiągnięciu celu po krótkiej ekscytacji stosunkowo szybko zaczniemy odczuwać przesyt, uznawać pożądany wcześniej stan za coś zupełnie normalnego i formułować jeszcze większe oczekiwania. Tak właśnie działa hedonistyczna adaptacja. Jeśli wierzymy, że nowa praca, wymarzony małżonek, wygrana w totolotka czy podróż życia uszczęśliwią nas znacząco i na zawsze, z pewnością tak nie będzie – twierdzi badaczka, Sonja Lyubomirsky, w swojej nowej książce „Mity o szczęściu”. Po prostu szybko się do nich przyzwyczaimy i staną się mało docenianą częścią naszej rzeczywistości. Jest jednak i dobra wiadomość – istnieją naukowo potwierdzone sposoby, żeby spowolnić, a nawet odwrócić działanie tego mechanizmu.

Najważniejszym z nich jest aktywne i regularne docenianie tego, co jest naszym udziałem. Nie jest to proste do zrobienia, gdy naszym podstawowym, zapewniającym przetrwanie jako gatunkowi mechanizmem, jest skupianie się na potrzebach niespełnionych.

Zauważam, że dla mnie sporą w tym inspiracją i pomocą mogą być następujące strategie i rzeczy:

1. Przypominanie sobie jak najczęściej zdania, które wygłosił Wayne Dyer (popularny amerykański autor wielu książek z dziedziny rozwoju osobistego) i którego przesłanie było mniej więcej takie: jeśli nie jesteś w stanie docenić tego, co masz, jaki jest sens, aby w twoim życiu pojawiło się coś nowego? I tak tego nie docenisz.

2. Książka Billa Brysona „W domu. Krótka historia rzeczy codziennego użytku”. Ta pozycja o wielkości dwóch cegieł stała się na długi czas moją ulubiona lekturą. Kiedykolwiek poczułam się źle w moim życiu, wystarczyło otworzyć ją i przeczytać w dowolnym miejscu kilka stron, aby zacząć pławić się w morzu wdzięczności za rzeczy, które są moim udziałem i których istnienie uważałam dotąd za oczywiste, a nawet niegodne zauważenia. Bryson pozbawił mnie tych złudzeń. Pokazuje bowiem niezwykle obrazowo jak długo i z jakim mozołem ludzkość dochodziła do tych wszystkich ułatwiaczy życia, które dla nas po prostu są oczywistością. Oraz jak wyglądało i jak trudne było życie przed tymi wynalazkami. Czy pomyślelibyście na przykład, że jeszcze w XVII wieku szklane szyby były zupełnym wyjątkiem zarezerwowanym dla najbogatszych i tak cennym, że zdarzało się je zapisywać w testamencie komuś innemu niż ten, kto odziedziczył dom? Chociażby więc ta komfortowa temperatura, co do której uważamy, że nam się należy, była nieosiągalna dla większości ludzi żyjących w tamtym czasie.

3. W docenianiu tego co mam nieodmiennie pomaga mi porównywanie mojej sytuacji życiowej i moich możliwości do okoliczności życia mojej babci – nierzadko głodującej wraz z dziećmi po przyjeździe z robót w Niemczech do obcego kraju w pierwszych latach po zakończeniu drugiej wojny światowej. Ale nie muszę nawet szukać tak daleko, wystarczy przypomnieć sobie lata dzieciństwa aby z wdzięcznością zauważyć, że należymy teraz do niezwykle uprzywilejowanego, w porównaniu z wieloma innymi, narodu na ziemi. Czasami urządzam sobie takie uważnościowe wyprawy na zakupy – oczami dziecka z PRL-u spoglądam na zapełnione niezliczoną ilością dóbr półki, pławiąc się w zachwycie jaki mam wybór, ile czeka na mnie kolorów, wzorów, kształtów, rodzajów, faktur, modeli, smaków, dopasowanych do moich potrzeb niemal idealnie (np. zdrowa żywność). Bez tej specjalnej uważności, najczęściej przechodzę nad tym do porządku dziennego, bez żadnych pozytywnych emocji.

4. Zalecenie stoików, a wiem o nim dzięki lekturze książki Piotra Stankiewicza: „Sztuka życia według stoików. Jak żyć dobrze, mądrze i szczęśliwie”, aby regularnie przypominać sobie, ile szczęśliwych splotów okoliczności musiało zajść, abyśmy mogli się cieszyć teraz tym, co mamy oraz że to, że coś posiadamy nie jest wcale takie pewne. Stoicy przestrzegają również przed porównywaniem się z innymi – bo uznają je za najczęstsze źródło naszej frustracji wynikającej ze wzrostu oczekiwań i aspiracji oraz braku zadowolenia z tego, co mamy.

5. Aby w pełni docenić swój bliski związek i nie nie pozwolić, by stał się kolejną ofiarą hedonistycznej adaptacji – proponuje Sonja Lyubomirsky, dobrze jest pozbawić go elementu oczywistości i „wyobrazić sobie, że go w naszym życiu nie ma„. A także świadomie dostrzegać i doceniać, co dobrego wnosi w nasze życie – badacze stwierdzili bowiem, że „ludzie konsekwentnie skupiający uwagę na pozytywnych wydarzeniach ze swojego życia w mniejszym stopniu się do nich przyzwyczajają„.  Warto pielęgnować spontaniczność, fundować sobie we dwoje nowe doświadczenia i doznania, zaskakiwać niespodziankami oraz zrezygnować ze statycznych etykiet dotyczących naszego partnera/rki.

6. W docenieniu swojego stanu majątkowego może pomóc rozprawienie się z wielkim mitem, w który często wierzymy – tym mianowicie, że trwale uszczęśliwi nas wejście w posiadanie bogactwa. Według badań, przywoływanych przez Lybomirsky, tak raczej nie będzie – po pierwsze zostaliśmy zaprogramowani, żeby pragnąć coraz więcej i stale do czegoś dążyć, po drugie dwie trzecie korzyści związanych ze wzrostem dochodu ulega zatarciu w ciągle jednego roku – przyzwyczajamy się do nowego statusu, pojawiają się nowe wydatki i potrzeby, zaczynamy się też porównywać z ludźmi o jeszcze wyższym statusie finansowym. Przestajemy się cieszyć drobiazgami życia codziennego, potrzebujemy coraz większych bodźców, żeby poczuć zadowolenie. Badaczka podpowiada jednak jak sprawić, żeby pieniądze, którymi dysponujemy, dawały nam satysfakcję i wspierały poczucie szczęścia. Przede wszystkim warto wydawać je tak, aby spełniać dzięki temu trzy podstawowe potrzeby, jakie mamy: potrzebę kompetencji (budowanie swoich możliwości, wiedzy), potrzebę przynależności i kontaktu z innymi (relacje) oraz potrzebę autonomii (poczucia kontroli nad własnym życiem). Ten sposób warto polecić też dlatego, że takie wydawanie pieniędzy nie stymuluje nieustannego przyrostu pragnień. Warto też wydawać pieniądze na innych, a nie na siebie, a jeśli już wybierzemy to ostatnie, to lepiej wydać nasze zasoby na wiele drobnych przyjemności dawkowanych sobie regularnie niż na jedną dużą. Zdecydowanie więcej satysfakcji przyniosą nam wydatki na doświadczenia, a nie na przedmioty oraz fundowanie sobie przerw w kosztowaniu tego, co zakupiliśmy  – możemy wówczas bowiem posmakować wiele razy „pierwszego kęsa”. Jeśli zdamy sobie sprawę, że nasza ważną ludzką potrzebą jest również potrzeba różnorodności, wówczas także możemy lepiej zarządzać procesem hedonistycznej adaptacji. Planując wydatki, możemy wówczas rozważyć wyższość wynajmowania nad kupowaniem czegoś na stałe (np. domu w górach, do którego się szybko przyzwyczaimy versus wynajmowanie domów w rożnych atrakcyjnych miejscach). Pomoże nam też uważność – dzięki której dostrzeżemy nowe cechy i wymiary rzeczy, które posiadamy albo wymyślimy dla nich nowe  zastosowanie.

7. Hedonistyczną adaptację przejawiającą się w znudzeniu i znużeniu pracą, która wcześniej dawała satysfakcję, przechytrzyłabym zaangażowaniem się w działanie, które jest manifestacją największych wartości, w które wierzę. Realizowanie naszych wartości może dawać ogromne poczucie sensu i w dużo mniejszym stopniu, albo wcale, nie zużywa się z czasem. Viktor Frankl, twórca logoterapii, zorientowanego na sens podejścia w psychoterapii, twierdził, że tylko poszukiwanie sensu może nam dać  spełnienie, którego tak pragniemy. Przestrzegał, że poszukiwanie jedynie przyjemności, a także to, co z niego wyniknie,  nigdy nie stanie się źródłem głębokiej, stale obecnej w życiu, satysfakcji. A zafascynowany jego pracami Alex Pattakos, autor książki „Więźniowie własnych myśli. Zastosowanie zasad logoterapii Viktora Frankla w życiu zawodowym”, proponuje, aby zatrzymywać się i zadawać sobie często pytania o nasze wartości: „Co robię? Dlaczego to robię? Co dla mnie znaczy moje życie? Co dla mnie znaczy moja praca? Każdego dnia życie podsuwa nam wiele znaczących odpowiedzi ale sens pojawi się dopiero wtedy, gdy zatrzymamy się, żeby docenić życie. Żeby zauważyć i rozpoznać sens, musimy być naprawdę obecni. Szalone tempo jest sprzeczne z naturą naszej egzystencji. Jeśli się nie zatrzymamy i nie poświęcimy czasu na to, by się jej przyjrzeć, odnalezienie sensu pozostanie niespełnialnym marzeniem.” 

8. Zamieszkanie w pobliżu zieleni – badacze odkryli, że to jedna z niewielu rzeczy która przez długie lata, albo wcale nie poddaje się działaniu hedonistycznej adaptacji. Nieodmiennie codzienność blisko parku, lasu, czy choćby szpaleru drzew jest sposobem na stałe podniesienie poczucia ogólnego szczęścia.

9. Cytat, który znalazłam w „Więźniach własnych myśli”: „Nigdy nie jest za późno, żeby kleknąć i ucałować ziemię.” (Rumi). Dla mnie jest on dobrym przypomnieniem, aby z większą uważnością rozglądać się po swoim życiu oraz rozkoszować się tym, co nam oferuje. Tak długo wyczekiwana wiosna już już, o mały włos nie stała się dla mnie obojętną oczywistością, ale zatrzymałam się i  przyjrzałam drobnym pączkom na gałęziach, odetchnęłam głęboko zapachem kwitnących jabłoni, poczułam świeżość i jakąś obietnicę w wiosennym powietrzu i atmosferze. Czy to nie cud, pomyślałam, że drzewa wiedzą, iż nadszedł czas, aby wypuścić liście i zakwitnąć? I  że nie mogą nie poddać się temu popędowi? A potem spojrzałam na córkę, innego rodzaju cud (jak każde dziecko), który dziwnym trafem traktuję często jako kolejną oczywistość i przez chwilę dzieliłam z nią uczucie zachwytu życiem i światem…

 

 

 

Wychodziłabym poza linię

15 Lu

limitsKilka dni temu moja córka, która zazwyczaj bardzo lubi rysować, wyrzuciła ofiarowaną jej przez kogoś kolorowankę. Po krótkim śledztwie udało się ustalić, że straciła cały zapał do rysowania i kolorowania ponieważ „wychodzi poza linie”. Zrobiło mi się smutno, od jej urodzenia starałam się być bardzo uważna, jeśli chodzi o komentarze, że coś powinna robić w jeden konkretny sposób. Niestety, świat ma swoje sposoby, żeby przemycić nam tę wiadomość – jak się okazało bardzo wcześnie. Mojej córce pewnie przekazała ją niania, a córce mojej znajomej panie w przedszkolu (wydało się, gdy któregoś dnia mała z płaczem zaparła się, że do przedszkola nie pójdzie). I tak to się toczy.

Prosta, wydawałoby się, informacja często formatuje całe nasze życie, wpływa na wybory, których dokonujemy i decyduje o tym, jak bardzo się umniejszamy, żeby tylko nie przekroczyć rożnego rodzaju wytyczonych nam przez innych „linii”.

Czego się tak boimy? Co najgorszego mogłoby się nam wówczas przydarzyć? Komuś może się nie spodobać to, co powiemy. Zrobimy. Narysujemy. Zaśpiewamy. Wyrazimy opinię. Może nas wówczas odrzucić. Ocenić. Skrytykować. Uznać, że nie zasługujemy na akceptację, przynależność, szacunek, uznanie. Nie, nie zamierzam tu dawać złudzeń, że tak nie będzie. Choć świat z niecierpliwością czeka na to, aż zdecydujemy się ujawnić nasze najbardziej wrażliwe, kreatywne i najbardziej nasze części, jednocześnie stanie się to wielkim wyzwaniem dla tych, którzy nie są gotowi na taki krok. Bo zakwestionuje ich pozostawanie w ramach wytyczonych linii jako jedyną sensowną opcję.

Jakiś czas temu miałam okazję doświadczyć takiej właśnie reakcji. Któregoś dnia ze zdziwieniem zauważyłam, że do mojej skrzynki mailowej zaczynają spływać setki bardzo napastliwych w tonie i treści komentarzy dotyczących mojego wcześniejszego postu na tym blogu – „Usunęłabym ze słownika etykietę dziecko„. Jeszcze większym zaskoczeniem była informacja, że w ciągu kilku godzin wpis przeczytało ponad dziesięć tysięcy osób. Okazało się, że ktoś postanowił umieścić link do niego w popularnym serwisie, w którym internauci dzielą się swoimi znaleziskami z rożnych miejsc w sieci. Oczywiście link został opatrzony bardzo negatywnym komentarzem, który sformatował dyskusję – to było dość przerażające, a jednocześnie fascynujące – obserwować ten festiwal nienawiści zupełnie obcych mi ludzi, którzy poczuli się urażeni, dotknięci, zniesmaczeni, oburzeni, itp. moimi poglądem i filozofią wychowania mojego dziecka. W setkach komentarzy w owym serwisie krytykowano moje podejście, życzono mi tego, co najgorsze, proponowano, co powinno się ze mną zrobić, nie przebierając w epitetach przewidywano jak źle skończy moja córka wychowywana w taki właśnie sposób, wyszydzano i obrażano mnie na rożne sposoby. Słowem – gdyby to było możliwe, pewnie domagano by się publicznego linczu. A wszystko z powodu tego, że podzieliłam się z innymi tym, w co naprawdę żywo wierzę – aby dzieci traktować z z takim samym szacunkiem jak dorosłych.

Cóż, nie byłam na to przygotowana i w pierwszej chwili przeżyłam swego rodzaju szok. Nie chodziło o krytykę – trudno mi było potraktować większość anonimowych komentarzy poważnie z powodu ich formy, a także braku merytorycznych argumentów. Po prostu przeraziło mnie z lekka jak mało trzeba „wyjść poza linię”, żeby wywołać taki poziom cynizmu i agresji w innych. I to jest mój moment wyboru – mogłabym uznać to wydarzenie za dobrą nauczkę na przyszłość – zostałam przywołana do porządku – lepiej nie mówić niczego, co nie jest zgodne z obowiązującym przekonaniem większości na jakiś temat. Lepiej się nie wychylać. To przecież tylko moje prywatne zdanie, nie muszę się nim dzielić z innymi. Zgoda. Ale jestem też świadoma, że zamilknięcie z powodu takiego doświadczenia byłoby pewnego rodzaju duchowym samobójstwem – uznaniem, że moja wewnętrzna prawda jest mniej ważna niż prawda, w którą wierzy większość (a może jednak – mam nadzieję – mniejszość, ale ta bardziej „walcząca”).

Z wypiekami na twarzy przeczytałam wywiad z Marią Peszek dla Gazety Wyborczej (z 14 lutego 2014), która opowiada, że mimo doświadczeń z różnorodnymi komentarzami po jej poprzednich płytach, skala reakcji po utworze „Jezus Maria Peszek” zaskoczyła ją i przerosła. Mimo świadomości, że mówi o rzeczach kontrowersyjnych dla wielu osób w naszym kraju, agresywne komentarze i ich skala ją bolały. Chcąc w jakiś sposób wyjść temu naprzeciw, umożliwiła wszystkim dorysowywanie do klatek z jej klipu dowolnych treści. Opowiada: „Odzew – trzydzieści tysięcy odpowiedzi w trzy tygodnie. A nich cała Polska. Wszystko, co w nas kipi. Fobie i furie – ta fala okrucieństwa dokonującego się na moje twarzy była obezwładniająca. Penisy, swastyki, pejsy. Pogrupowaliśmy to i zmontowaliśmy, zachowując proporcje. I gdy patrzysz na ten klip, widzisz głownie fiuta w ustach i noże podrzynające mi gardło.” Peszek mówi, że to było dewastujące doświadczenie i można się po takim rozsypać, a jednocześnie można to potraktować jako kawałek wiedzy o Polsce i dalej robić swoje; mówić o prawie do inności i wyrażania swojego światopoglądu (co nie jest równoznaczne z narzucaniem go innym).

Hmmm, pozostawanie w ramach mainstreamowych granic na pewno jest bezpieczne, a szczerość co do swoich wewnętrznych światów na pewno może niektórych maksymalnie prowokować. Ja jednak nie wyobrażam sobie, że mogłabym kupić sobie bezpieczeństwo za taką ogromną cenę.

Dlatego postanowiłam stworzyć sobie Program wspierający wychodzenie poza linię.

Krok pierwszy. Rozpoznanie skąd biorą się nasze lęki.

Bardzo mnie ciekawi, dlaczego tak bardzo boimy się odrzucenia, że czasami jesteśmy gotowi sprzedać własną duszę?

Na trop odpowiedzi wpadłam czytając książkę Brene Brown, badaczki wrażliwości, zatytułowaną „Z wielką odwagą”. Brene, opierając się na wynikach między innymi swoich badań pisze: „Jesteśmy psychologicznie, emocjonalnie, kognitywnie i duchowo zaprogramowani na odczuwanie więzi, przynależności i miłości. (…) To właśnie one nadają sens i znaczenie naszemu życiu. Wstyd to strach przed zerwaniem więzi – to lęk, że coś, co zrobiliśmy lub to, czego zaniechaliśmy, ideał którego nie udało nam się zrealizować, bądź cel, którego nie osiągnęliśmy czynią nas niegodnymi więzi z innymi ludźmi.”

To dlatego tak bardzo chronimy się przed odczuwaniem wstydu„ dlatego często decydujemy się nie wychylać. Co więcej – gdy nie umiemy się przeciwstawić wstydowi, z dużym prawdopodobieństwem zdecydujemy się na niszczące nas zachowania lub atakowanie i zawstydzanie innych.

Brene Brow przestrzega: „Jeśli chcemy radzić sobie z rozczarowaniami, bolesnymi doświadczeniami i zranionymi uczuciami, które są nieuniknione w życiu przeżywanym w pełni, to nie możemy utożsamiać porażki z byciem niegodnym miłości, przynależności i radości. Jeśli tak zrobimy, to nigdy się nie odsłonimy i nie spróbujemy ponownie.” Dzięki Brene łatwiej mi zobaczyć, że moje działania, to co powiedziałam, stworzyłam, zaprezentowałam oraz ich odbiór, nie mają nic wspólnego z moim poczuciem wartości. Nie są ich żadnym wyznacznikiem. Pokazują czym się zajmuję, ale nie kim naprawdę jestem.

Krok drugi: Rozpoznanie co tracimy nie decydując się na wyrażanie siebie

Warto jak najczęściej przypominać sobie drugą stronę medalu – co tracimy chroniąc się przed odczuwaniem wstydu – możemy wówczas dosłownie zmarnować życie – nie nawiązać głębokich relacji, nie wnieść do świata naszego unikalnego wkładu. Jak pisze Pam Grot, autorka książki „Living Big”: może okazać się, że zamiast biegać z wilkami, wiosłujemy na skraj przepaści z lemingami. Nawołuje ona do tego, żeby tworzyć i wyrażać siebie, ponieważ jeśli tego nie zrobimy, będziemy skazani na tęsknotę, niespełnienie, stracimy szansę doświadczenia swojego wewnętrznego bogactwa i piękna.

Głęboko przemawia do mnie to, co pisze Julia Cameron, autorka kultowej książki „Droga artysty. Jak wyzwolić w sobie twórcę”: „Twórczość to naturalny porządek życia. Życie jest energią – czystą energią twórczą.”, „Wyrzekanie się twórczości jest samowolą, sprzeczną z naszą prawdziwą naturą.” I jeszcze: „Nasze twórcze marzenia i tęsknoty pochodzą z boskiego źródła. Podążając za nimi, przybliżamy się do boskości.”

Zinternalizowanie przykazania, że nie można w kolorowance wychodzić poza naszkicowane kontury wydaje się banalne i niegroźne, ale prostą drogą prowadzi do tego, by już zawsze tych ram wszędzie szukać i się do nich dopasowywać. Do oglądania się zawsze, zanim się wypowiemy, na innych i przewidywania, czy nasza wypowiedź zyska ich aprobatę. Do rezygnowania z wyrażenia siebie, jeśli przewidujemy, że nie. Do całkowitego zamilknięcia w końcu, bo lepiej nie ryzykować, bo a nuż. Do pozostawienia człowieka, który potrzebuje pomocy leżącego na ulicy, bo nikt inny nie zdecydował się pomóc, więc i my nie wyjdziemy przed szereg. Do pasywnego zgadzania się na bezduszne, krzywdzące nas lub innych propozycje polityków, bo protestując zawsze się komuś narazimy.

Sześcioletnie dziecko mojej znajomej uczęszcza do klasy, w której uczniowie tak boją się swoje nauczycielki, że znerwicowane, co dziesięć minut muszą chodzić do toalety. Rodzice są bardzo zaniepokojeni i oburzeni, ale nikt jeszcze nie odważył się zareagować, bo „co jeśli tylko ja to zrobię i nauczycielka zemści się na moim dziecku? Wolą więc zostawić dzieci same z problemem i dużym emocjonalnym dyskomfortem, bo a nuż… Tak, nie wolno przekraczać linii, bo pani będzie zła. To wciąż w nas żywy przekaz.

Pam Grot zachęca do buntu: ” Nasi nauczyciele rysunku objawiają nam zasady: ” Trawa jest zielona, a niebo niebieskie.” Dlaczego posłuchaliśmy? Jak ktoś inny może wiedzieć, jakiego koloru jest twoja trawa? Jak ktoś inny może wiedzieć, jakie nuty masz zaśpiewać? Wiedzą, co jest właściwe dla nich, ale nie mają żadnego pojęcia, co jest dobre dla ciebie.”

Chcę, aby moje życie było większe niż strach. Kiedy nie wyrażam tego, co dla mnie ważne, w co wierzę, czego pragnę dla świata, przede wszystkim zdradzam siebie. Mimo ryzyka decyduję się zatem, że będę wychodzić poza linię i przed szereg. To niezbędny warunek, żeby czuć, że żyję.

Krok trzeci. Nauczenie radzenia sobie z sobie z niekonstruktywną krytyką (skierowana do mnie i ode mnie)

Dziesiątki komentarzy pod wspomnianym wcześniej postem poświęconym szacunkowi należnemu także dzieciom, zawierały wyłącznie niewybredną i czasami wulgarną ocenę mojej poczytalności z powodu imienia jakie nosi moja córka. Brene Brown z kolei wspomina jak po wystąpieniu na TED wiele nienawistnych komentarzy poświęconych było jej wyglądowi, wadze, itp. Dla mnie ogromne pomocne byłoby zrozumienie skąd ta miażdżąca, niemerytoryczna krytyka się bierze? Brene z wielkim zaangażowaniem analizuje i opisuje tarcze, które sprawiamy sobie, żeby nie odczuwać bolesnego poczucia wstydu. Na jedną z nich składają się cynizm, krytycyzm, tumiwisizm i okrucieństwo. To tarcza, która może stać się jednocześnie bronią – dzięki której można spróbować „zadawać rany ludziom, którzy są wrażliwi i sprawiają, że czujemy się niekomfortowo. Jeśli należymy do osób, które „nie praktykują wrażliwości”, nic nie wywoła w nas większego poczucia zagrożenia, chęci podjęcia ataku i zawstydzania innych osób, niż widok kogoś, kto wykazuje się wielką odwagą. Odważne zmagania drugiego człowieka są dla nas jak niepokojąca tafla lustra, która odbija nasze własne lęki związane z wyjściem do ludzi, bycie twórczym i odsłonięciem się. Dlatego właśnie tak się miotamy. Gdy jesteśmy świadkami okrucieństwa, możemy być niemal pewni, że zostało sprowokowane czyjąś wrażliwością.”

Wspomniana wcześniej Julia Cameron przypomina, że wstyd jest narzędziem kontroli. Zawstydzamy kogoś, by powstrzymać go przed zachowaniem, które wprawia nas w zakłopotanie. Klasyczne zabijanie posłańca z niekorzystną wiadomością w nadziei, że magicznie zlikwiduje to samą wiadomość.

Może być też tak, że cyniczne i napastliwe krytykowanie to dla niektórych jedyny sposób, jaki znaleźli, aby ktoś ich zobaczył i usłyszał. Albo żeby poczuć przez chwilę ulgę projektując swoje poczucie zawstydzenia na innych. To podejście bardzo pomogło mi nabrać dystansu – ale nie w sensie, że czuję się lepsza od krytykujących mnie w ten sposób. Pozwoliło zobaczyć w tym działaniu wyraz ogólnoludzkiego, dotyczącego także mnie, bólu związanego ze wstydem. A jednocześnie stać się bardziej świadomą, kiedy ja wpadam w taki mechanizm i umożliwić sobie wówczas wybór, czy chcę zdecydować się na taką krótkoterminową i mało skuteczną strategię podnoszenia sobie poczucia własnej wartości.

Brene przestrzega, by nie przestać się całkowicie troszczyć o to, co inni ludzie sobie pomyślą – wówczas moglibyśmy stracić naszą umiejętność tworzenia więzi i nie skorzystać z ważnej informacji zwrotnej jak nasze działania wpływają na innych. Jednak jednocześnie nie można poddawać się skierowanej do nas nienawiści – aby nasz duch nie został złamany.

Jako dawna perfekcjonistka, Brene bardzo przeżywała każdą krytykę i negatywną ocenę jej prac, prezentacji, itp. Po wystąpieniu na konferencji TED przez trzy dni nie wychodziła z domu, bo cierpiała na coś w rodzaju wrażliwościowego kaca i zawstydzenia, że podzieliła się z pięciuset osobami swoją bezbronnością (wówczas jeszcze na szczęście nie wiedziała, że wspomniany występ obejrzy 6 milionów internautów:-) Brene wypracowała w końcu dla siebie własne wytyczne, od kogo chce, a od kogo nie, przyjmować informację zwrotną. Dla mnie są one bardzo pomocne:

  • bierze pod uwagę przede wszystkim opinie osób, które są „na arenie”, zajmują się podobną tematyką i też czasami narażają własną bezbronność na ocenę dzieląc się swoimi przemyśleniami czy wynikami pracy.
  • druga ważną grupą, której zdanie się dla niej liczy, są naprawdę bliskie osoby, ich nazwiska nosi dla przypomnienia spisane na karteczce umieszczonej w portfelu. Osoby kochające ją zarówno za jej mocne strony, jak i za jej słabości.

Podoba mi się też jej podejście do komentarzy internetowych: „Wykaż się wielka odwagą i umieść swoje imię i nazwisko przy swoich komentarzach internetowych. Jeśli nie czujesz się komfortowo, podpisując się pod nimi, to nie wypowiadaj ich. Jeśli natomiast jesteś administratorem portalu, którego użytkownicy pozostawiają komentarze, to powinieneś się wykazać wielką odwagą i skłonić ich do podpisywania się i używania prawdziwych nazwisk, czyniąc wspólnotę odpowiedzialną za tworzenie atmosfery pełnej wzajemnego szacunku.”

Julia Cameron z kolei proponuje, żeby odróżniać krytykę użyteczną od szkodliwej: jeśli wypowiedź jest pełna lekceważenia, ośmieszania czy ogólnego potępienia, zawstydzająca, oceniająca bez wskazania konkretnych faktów i propozycji ich ulepszenia – nie jest ci do niczego potrzebna, bo niczego nie uczy. Krytyka przydatna często wywołuje ulgę, że wreszcie wiemy co zmienić, aby udoskonalić to, co stworzyliśmy.

A jeśli dopadnie cię wstyd lub lęk, że wyrażając siebie narazisz się na odrzucenia, zaryzykowałaś utratę miłości, że nikt nie będzie cię chciał? Powiedz sobie jak jedna z bohaterek książki „Living Big”: „Ja siebie chcę.”

A potem zadzwoń do jednej lub dwóch najbliższych osób i opowiedz im o tym, jak boleśnie odczuwasz wstyd i co do tego doprowadziło. Według Brene Brown to jedna z najlepszych metod, aby wstyd zniknął – podzielenie się swoją historią z kimś, kto bez oceniania, za to z empatią, nas wysłucha. Jako propagatorka empatii doświadczyłam dziesiątków, jeśli nie setek takich małych cudów – zarówno, gdy ktoś ze zrozumieniem wysłuchiwał mnie, jak i gdy mogłam taką jakość słuchania i wsparcia zaoferować innym. W magiczny sposób rozpuszcza to przekonanie: „Nie jestem wystarczająco dobry/a, żeby być godny/a miłości, przynależności, zainteresowania.”

Wierzę Brene, że jeśli chcemy żyć w pełni, całym sercem, musimy wykazać się wielką odwagą i pozwolić się zobaczyć. Powtarzam więc sobie za nią: „Poczucie własnej wartości to prawo przysługujące mi od urodzenia” i skaczę. Trzymajcie kciuki.

P.S. Rysunek towarzyszący temu odcinkowi (Limits live only in my head) został zainspirowany kursem kreatywności „Taking Flight”, którego celem jest między innymi wsparcie kobiet w wyrażaniu swojej wewnętrznej prawdy:-)

Zmieniłabym swoją życiową narrację

27 Maj

Jeśli założyć, że większość decyzji w naszym życiu podejmujemy w oparciu o przekonania na temat siebie i świata, które sformułowaliśmy w dzieciństwie, całkiem niegłupim pomysłem wydaje mi się myśl, aby im się dokładnie przyjrzeć. Mogły bowiem wspierać nas gdy byliśmy mali i zależni od innych, ale teraz niepotrzebnie hamują nasz rozwój i ograniczają życiowe możliwości. Czas zmienić swoją życiową narrację – najczęściej nie ma bowiem rzeczywistych podstaw.

Natalia de Barbaro, w majowo-czerwcowym numerze magazynu Coaching, w artykule „Jak zachować wewnętrzną młodość czyli wojna maja z listopadem”, przywołuje psychologię narracyjną, która „opiera się na założeniu, że umysł myśli historiami. Kluczowa dla naszego życia jest narracja, jaką powiadamy sobie o sobie samych. Uważamy się za wybrańców losu albo za tego losu ofiary, za (nie)godnych miłości, za utalentowanych lub tępych. Wszystkie te przekonania mają moc samospełniających się przepowiedni.” Autorka bierze pod lupę przekonania dotyczące tego na ile młodzi się czujemy i pięknie pokazuje konsekwencje narracji, która opiera się na wierze, że w pewnym wieku wszystko, co dobre, już się dla nas stało (już nie zostaniemy kimś innym, nie ujawnimy nowych cech, niczego nowego się nie nauczymy, niczego ciekawego nie doświadczymy), versus takiej, która opiera się na ciekawości: kim jeszcze mogę się stać, dokąd pojechać, dokąd dążę, czego mogę spróbować?

Już jakiś czas temu zaczęłam się przyglądać opowieści, na której przez długie lata budowałam swoje poczucie tożsamości, oraz skutkom takiego wyboru oraz badać możliwości, które pojawiają się, kiedy przestaję traktować ją tak poważnie i jednostronnie. Okazało się to dobrym punktem wyjścia do zakwestionowania i zabawy z wieloma innymi wątkami mojego i nie tylko, życia.

W dzieciństwie opowiadano mi następująca historię: „podczas porodu (który wydarzył się miesiąc wcześniej niż powinien) utknęłaś twarzyczką w kanale rodnym – a działo się to w szpitalu, w którym nie wykonywano jeszcze wówczas cesarskiego cięcia – po wielu godzinach, kiedy trafiłaś do właściwego szpitala, ledwo cię więc odratowali przy porodzie, byłaś już całkiem sina” – i na długie lata uwierzyłam, że dostałam to życie przypadkiem, że nie do końca na nie zasługuję, życie skleiło mi się ze śmiercią, nieustannie wypatrywałam zagrożeń, a sama sobie wydawałam się słaba i delikatna.

A gdyby te samą historię opowiedzieć sobie inaczej: byłam taka silna i zdecydowana żyć, że mimo najgorszych okoliczności (poród zaczął się już w szóstym miesiącu) nie poddałam się, wytrwałam, przetrwałam, moim przeznaczeniem było po prostu żyć. Jak to wiele zmienia! Nagle czuję, że mogę góry przenosić, zaczynam dostrzegać dowody swojej wielkiej siły i hartu ducha w wielu swoich działaniach. A moje ciało wibruje energią i mocą.

Jakie jeszcze mało wspierające historie inni nam opowiedzieli i opowiadają? Jakie opowieści snujemy o samych sobie? Co by się stało, gdybyśmy przestali w nie wierzyć i stworzyli sobie inne, wzmacniające nas wersje?

  • Mówią: twoje emocje świadczą o twojej słabości i przez lata starasz się zapanować nad uczuciami, wypierając je i udając, że nic nie czujesz albo wstydząc się i obwiniając za to przepływające przez ciebie życie. Ideałem stają się dla ciebie mężczyźni spędzający 80 godzin w tygodniu w pracy, uzależnieni od internetu, albo codziennego kieliszka wina, żeby tylko nie poczuć, że coś czują.A gdyby tak powiedzieć sobie: Moje emocje świadczą o tym, że żyję, że pozwalam temu życiu płynąć, że mam siłę i odwagę doświadczać trudnych uczuć, umiem szukać wsparcia, ryzykuję zranienie, kiedy się otwieram, ale i tak decyduję się to robić, bo bez bycia autentyczną moje życie nie miałoby sensu? I wesprzeć się słowami , które napisał John Bradshaw w książce, „Powrót do swojego wewnętrznego domu”: „(…) twoje uczucia stanowią część twojej siły. Są psychicznym paliwem, które skłania do czynu, żebyś mógł zaspokoić swoje potrzeby. Sygnalizują ci niebezpieczeństwo, mówią, kiedy stajesz się obiektem przemocy i kiedy tracisz coś cennego.” Brandon Bays, twórczyni metody The Journey, przez ostatnie trzy dni przekonywała mnie i innych uczestników The Journey Intensive, że to właśnie zablokowane, niewyrażone emocje są źródłem wielu chorób i problemów oraz szkodzących nam życiowych wzorców. Doświadczenia samej Brandon (19 lat temu wyleczyła się dzięki emocjonalnemu procesowi z raka wielkości piłki koszykówki) i setek praktyków jej metody wskazują, że ich uwolnienie często pozwala odzyskać zdrowie i emocjonalną równowagę. A nawyk ich swobodnego odczuwania i niewypierania, bycia z nimi, kiedy się pojawiają to świetna prewencja.
    Praktyka
    A gdyby często w ciągu dnia pytać siebie: Co czuję teraz? Gdzie w ciele to odczuwam? Czy mogę powiedzieć temu „tak” i objąć miłością, zejść do rdzenia tego uczucia i być w nim?


    Praktyka

    A gdyby, kiedy zauważę, że robię coś, co mi nie służy – sięgam po kolejnego papierosa, kolejnego drinka, tabliczkę czekolady, siadam na kolejną godzinę do komputera, kupuję kolejną niepotrzebną rzecz, zapytać siebie, co było chwilę przed tym działaniem, co czułem/łam? Jakiej emocji chciałam/łem uniknąć? Co w niej jest takiego trudnego? Czy mogę teraz zdecydować się w niej pobyć?

  • Mówią: silny nikogo nie potrzebuje, a kiedy całą sobą tęsknisz za głębokimi więziami z innymi i gdzieś głęboko czujesz, że czerpiesz z nich wielkie spełnienie, starasz się o tym zapomnieć i w samotności zagryzając zęby, udajesz, że wszystko zawdzięczasz sobie. A gdyby tak powiedzieć sobie: Tęskniąc za wspólnotą wyrażam istotę człowieczeństwa. Nawet w dorosłym życiu, wbrew temu, co się nam sugeruje i w co chcielibyśmy wierzyć, nasze życie w niezliczonych aspektach zależy od innych – producentów jedzenia na naszych talerzach, budowniczych naszych domów, lekarzy, nauczycieli, przyjaciół… Angela Meiers, edukatorka ze Stanów Zjednoczonych wymyśliła i prowadzi kampanię społeczną, która bardzo mnie inspiruje i wzrusza. Jest przekonana, że jeśli mielibyśmy przekazać dzieciom jedną rzecz, która miałaby im pomóc radzić sobie w naszym skomplikowanym świecie, powinna to być wiadomość: „Masz znaczenie” – oraz masz w sobie potencjał, który może zmienić na lepsze życie innych ludzi, zmienić na lepsze świat. „Jesteś ok” nie wystarczy – każdy potrzebuje wiedzieć, że jest niezbędną częścią całości – że może wzbogacać życie innych. Tak zostaliśmy zaprogramowani, to kwestia DNA. Chcemy mieć pewność, że nasze życie ma znaczenie dla innych i dla ich dobrobytu, że robi różnicę. Zachęcam anglojęzyczne osoby do obejrzenia dwóch wystąpień Angeli – naprawdę warto: http://www.youtube.com/watch?v=FzhckPAl1Ek oraz http://www.youtube.com/watch?v=7FHdHUzRnms
  • Mówią: jeśli rzucasz świetnie opłacaną pracę w korporacji jesteś słaba/y ( i w dodatku niezbyt rozsądna/y), bo tam udaje się przetrwać tylko najsilniejszym. To oni odnoszą prawdziwy życiowy sukces.A gdyby tak powiedzieć sobie: Jestem niesamowicie silna, bo znajduję w sobie odwagę, by iść za głosem swojej pasji, wnosić do świata to, co jest moim prawdziwym talentem, na swoich własnych warunkach. Boję się, ale ufam, że życie prowadzi mnie w dobrym kierunku i ryzykuję – po to by moje życie miało głębię i sens. Prawdziwy sukces to nie tylko wysokie saldo na koncie, okupione brakiem relacji, więzi i życiowej harmonii. Oto jak mówi o tym Paul McKenna: „Autentyczne bogactwo to dobre zdrowie i prawdziwe szczęście. To posiadanie rodziny i przyjaciół, z którymi możesz dzielić się intymnymi i przyjemnymi doświadczeniami, z którymi możesz się śmiać, którzy cię stymulują i fascynują. To poczucie, że dajesz coś światu i że twoje życie jest wartościowe.”,
  • Mówią: jeśli nie wyglądasz jak kobiety z magazynów o modzie, nie zasługujesz na szczęście, uwagę, życiowy sukces i miłość i wierzysz w to, próbując poprawić się w każdym calu, zadając ból swojemu ciału, nie kochając go i nie ciesząc się tym, co pozwala Ci w życiu robić. Jesteś przekonana, że zgodny z kanonami wygląd to najlepsze, co możesz ofiarować światu, i jednocześnie podstawowy warunek sukcesu i poczucia życiowego spełnienia. A gdyby tak powiedzieć sobie: „Gdyby piękno prowadziło do szczęścia, wszyscy urodziwi ludzie pławiliby się w wiecznej radości, a mniej atrakcyjni byliby nieszczęśliwi. Lekarze kierowaliby pacjentów na operacje plastyczne i kursy makijażu, zamiast przepisywać leki przeciwdepresyjne. (…) Piękno nie uodparnia na klęski. Pomagają natomiast wysoka samoocena, pozytywne postrzeganie ciała i wiara w umiejętność radzenia sobie z życiowymi trudnościami.” (Linda Papapadopoulos, „Lustereczko powiedz przecież… Rewolucja w myśleniu o własnym wyglądzie”.) Pragnienie bycia kimś innym sprawia, że umniejszam to, kim jestem i odmawiam sobie jedynej rzeczy, która może mnie uszczęśliwić – samoakceptacji. Zamiast dążyć do idealnej urody – mogę dążyć do najzdrowszej, najszczęśliwszej wersji siebie, a ciało potraktować jako wehikuł, który pomaga cieszyć się życiem. A gdyby pamiętać, że kanony piękna wyznacza polityka i kultura – cały czas się zmieniają i są niedoścignione. Zgodzić się z Lindą Papapadopoulos, że najwyższym osiągnięciem kobiet nie jest piękno zewnętrzne, ale przede wszystkim kompetencje, umiejętności, dojrzałość, piękno wewnętrzne: pozytywny stosunek do innych, siebie i życia. A mężczyźni mogą przede wszystkim pragnąć kobiet pewnych siebie, które umieją się cieszyć swoim i ich wewnętrznym pięknem.
    Praktyka

    A gdyby pytać siebie: Jak mnie wspiera moje ciało? Co jest możliwe dzięki niemu? Co jest możliwe dzięki zmysłom? Za co mogę być wdzięczna ciału? (np. odczucie przepływu podczas biegu, doznania bliskości podczas seksu z ukochanym, satysfakcja płynąca z dobrego jedzenia, zachwyt nad pięknym widokiem, itp…)


    Praktyka

    Gary M. Douglas, w swojej książce: „Divorceless Relatioships”, zachęca do następującego eksperymentu: Zamknij oczy i postaraj się poczuć swoje granice – nie granice swojego ciała, ale granice siebie. Czy to możliwe? Czy nie jest tak, że gdziekolwiek popatrzysz, tam jesteś? Otwórz oczy, ta przestrzeń, której doświadczałaś, która jest wszędzie i jest nieskończona – to ty. Jesteś nieskończoną istotą. Opierając się na tym doświadczeniu, zadaj sobie pytanie, czy możesz się zatem zmieścić w czymś tak małym jak twoje ciało? Czy raczej ciało zawiera się w Tobie? Twoje ciało zawiera się w tobie, nie Ty w Twoim ciele.

  • Mówią: jesteś słaba, bo boisz się latać samolotem i przez lata wierzysz, że choć latasz wiele razy do roku, lęk, który wówczas odczuwasz, tylko potwierdza twoją słabość. A gdyby tak powiedzieć sobie: mam w sobie ogromną siłę, bo decyduję konfrontować się ze swoim strachem i mimo fobii leciałam już ponad 50 razy. Jeśli coś jest dla mnie ważne, potrafię pokonać każdy lęk na drodze to tego celu.
  • Mówią: jesteś słaba, bo jesteś kobietą. Rządzą tobą hormony, przydarzają ci się syndromy napięcia, trudne dni i miesiączki, które najlepiej powinnaś ukrywać przed innymi, bo to powód do wstydu. A gdyby tak powiedzieć sobie, słowami Izy Sznajder autorki książki „Kobieta, księżyc i czerwona sukienka”: Jesteśmy w pewien sposób uprzywilejowane. Aby doświadczyć swojej mocy i przynależności do wszechświata, nie musimy wędrować, szukać przygód i niebezpieczeństw. Naszą wielką przygoda jest doświadczenie swojego ciała i uczuć, które w nim żyją. Nasza krew pomaga nam co miesiąc realizować ten zamiar. Poprzez swoje ciało kobieta odczuwa to, co jest wieczne.(…) Menstruacja to ogromny dar, ponieważ w sposób bezpośredni przypomina kobiecie o potędze natury i niejako zmusza ją do przeżywania oraz kontemplowania tej potęgi. Świadomie, uważnie przeżyta menstruacja to także akt pokory, który skłania do wsłuchiwania się w głos serca i budzi tęsknotę za poszukiwaniem źródła swojej prawdziwej tożsamości. (…) Nie chodzi tylko o to, że wraz z pierwszym okresem możesz już mieć dzieci, zostać matką. Krew mówi znacznie więcej, mówi o tym, że jesteś częścią całości, rytmem wszechświata, podlegasz zmianom cyklicznym tak, jak pory roku, fazy księżyca, przypływy i odpływy, oceanu. Mówi o prastarym źródle kobiecej natury. Przypomina o losie wszystkich kobiet, uczy, że jesteśmy takie same, lecz jedyne w swoim rodzaju, że dzielimy ten sam ból, niepokój i radość. Pokazuje ci, że stałaś się dorosła, niezależna, i masz możliwość odnaleźć przesłanie swojego życia. Uczy powagi i lekkości chwili, Pokazuje cie twoją moc. Uczy, ze masz w sobie zdolność do pokonywania wszystkich przeciwności losu. Pokazuje ci alchemię twojego ciała i opowiada o jego pięknie i mądrości. Wreszcie mówi, że czas niestrudzenie wywiera wpływ na twoje życie, pokazuje, że coś się w nim zaczyna, coś kończy. Uczy, że jesteś i że przemijasz.” Praktyka

    A gdyby podczas najbliższej miesiączki zatrzymać się na 10 minut? Sprawdzić, jakie uczucia pojawiają się w moim ciele. Jakie odczucia pojawiają się w moim podbrzuszu? O co prosi mnie ciało? O głęboki oddech, moment zatrzymania, o zauważenie napięcia, zauważenie ważnej tęsknoty, docenienie, dłuższy odpoczynek? Jak ciało pokazuje mi moją wewnętrzną prawdę?

     

  • Mówią: twój partner jest odpowiedzialny za twoje szczęście, a jego miłość lub jej brak świadczy o twojej wartości. Możesz otworzyć serce tylko jeśli dana osoba spełni wymyślone przez ciebie warunki – zachowa się w określony sposób, nigdy cię nie zrani, da ci emocjonalną pewność.A gdyby tak powiedzieć sobie: To wielka pułapka – w ten sposób mogę przeżyć całe życie nie pozwalając miłości we mnie płynąć i zasilać mnie i innych. Potrafię zaznawać szczęścia i pełni życia w stopniu większym niż mi się zdaje. Często jednak nie sięgam po szczęście, gdyż wierzę, że to czyjeś zachowanie mi nie pozwala. Ignoruję obowiązek rozwijania i ulepszania siebie, bo uparcie próbuję przeobrażać innych.Praktyka
    A gdyby, jak proponuje amerykańska trenerka metody Nonviolent Communication, Miki Kasthan, zobowiązać się przed sobą: „Nawet kiedy moje potrzeby są w dużym stopniu niespełnione, decyduję się, ze moje serce pozostanie otwarte. Jeśli zauważę, że pogrążam się w ocenach, złości i negatywnych emocjach, poszukam pomocy, aby je przetransformować i spotkać drugą osobę z miłością.”

    Praktyka
    David Deida dużo pisze o otwieraniu serca jako drodze do realizacji naszej pełni. Dla mnie to jedno z podstawowych dorosłych zadań. W trakcie dzieciństwa i dojrzewania musiałyśmy zbudować wokół siebie wiele ochronnych warstw, niekiedy nawet całkiem poważny pancerz. Podobnie jak nasze serca, także i nasze miednice od wielu lat mogą być zaciśnięte, usztywnione i spragnione spontaniczności i życia. Jednym z prowadzących do rozluźnienia, przepływu i pełni sposobów, które sugeruje Deida jest „święty taniec”: „(…) jeśli kochasz tańczyć, możesz użyć tańca do swojej praktyki. Być może pamiętasz czas, kiedy tańczyłaś i czułaś, że jesteś totalnie otwarta, jakbyś poddawała się sile miłości i życia… i jakby to one tańczyły przez ciebie. Jak się wtedy poruszałaś? Co czułaś w sercu? Jako tańcząca, żywa miłość, w jaki sposób twoje stopy dotykają podłoża? Co czujesz w nogach? Gdy tańczysz tak cała otwarta, co czujesz pomiędzy nogami i w swoich lędźwiach – seksualnie, energetycznie, fizycznie? Co czujesz w brzuchu u klatce piersiowej, gdy muzyka wchodzi w ciebie i wibruje w całym ciele? Co pokazuje ekspresja twojej twarzy, ramion, dłoni? Jak miłość porusza cie i promieniuje poprzez całe twoje ciało? Raduj się tańcem jako prawdziwą duchową praktyką, odkrywając, w jaki sposób tańczyć, aby twoje serce się otwierało, a ciao oddychało żywe niczym pełnia miłości. Jak masz tańczyć teraz, aby ciało i serce otwierało się na głębokie przyjmowanie każdej chwili i aby życie wyrażało miłość przez cały dzień? Jak możesz tańczyć przez kolejne lata, aby nawet kiedy ciało będzie się starzeć i więdnąć, twoje serce mogło otworzyć się jeszcze pełniej, tak szeroko, jak przepływająca chwila i błyszczeć promienna radością do wszystkich?”

  • Mówią: nieudane, traumatyczne dzieciństwo i toksyczni rodzice sprawili, że nie możesz mieć głębokich, karmiących relacji i wieść szczęśliwego życia. A gdyby tak powiedzieć sobie: Moi rodzice też byli skrzywdzonymi dziećmi, które stanęły przed ogromnym zadaniem – rodzicielstwem. Obwiniając ich, stoję w miejscu, tracę z oczu możliwość rozwoju i fakt, że teraz ja jestem odpowiedzialna za swój dobrobyt.

    PraktykaJohna Bradshaw, amerykański psycholog, autor książki „Powrót do swego wewnętrznego domu. Jak odzyskać i otoczyć opieką swoje wewnętrzne dziecko”, proponuje następujące doświadczenie – „Idź do parku, popatrz na trawę, kwiaty, ptaki, drzewa i zwierzęta. To wszystko należy do wszechświata. Stanowi nieodłączną część stworzenia. Ty także masz tu swoje miejsce. Masz prawo być tutaj, tak samo jak ptaki, pszczoły, drzewa i ptaki. Należysz do tej Ziemi. Witaj!”

    Praktyka

    A gdyby powtarzać sobie to, czego nie usłyszałaś/łeś od rodziców, a co bardzo potrzebowałaś/łeś usłyszeć: np., jak podpowiada Bradshaw: „Bóg się ucieszył, gdy przyszłaś na świat”. „Zasługujesz na to, żeby mieć to, czego pragniesz.”„Nigdy nie było kogoś takiego jak ty. Jesteś niepowtarzalny/a, jedyny/a w swoim rodzaju”, „Chcę cię wysłuchać. Widzę cię.”, „Wszystko, co czujesz, jest ok.”, „To normalne, że się boisz.”, „Cieszę się, że chcesz być sobą.”,„To dobrze, że jesteś inna, że masz swoje własne poglądy na rożne sprawy.”, „To dobrze, że badasz i odkrywasz, kim jesteś.”

    Praktyka
    A gdyby zbierać dowody, że świat nie jest miejscem przerażającym i niebezpiecznym, a wręcz mi sprzyja ( Wewnętrzne Dziecko często było straszone i jest przesadnie ostrożne). Doceniać to, co mi się udało. Codziennie podsumować jak świat mnie wspierał tego dnia. Zrobić listę rzeczy, o których marzę, ale których się boję i zastosować metodę małych kroków, żeby się do nich zbliżać i zacząć je realizować?

  • Mówią: musisz manipulować innymi, aby sprawić, żeby twoje potrzeby zostały zaspokojone. Inni są zainteresowani tylko swoim dobrem, więc musisz ich odpowiednio podejść, żeby zadbać o siebie. A gdyby tak powiedzieć sobie: Moje potrzeby są piękne, pokazują, jak przepływa przeze mnie życie. Inni z radością chcą przyczyniać się do mojego dobrobytu (to jedna z podstawowych ludzkich potrzeb) – kiedy mają wybór i nie czują się do tego zmuszani. PraktykaA gdyby prosić, a nie żądać? Sprawdzić, jaka będzie moja reakcja na odmowę? Czy moją intencją jest, aby inni zrobili to, o co proszę tylko, jeśli sami tego chcą? Czy też zgadzam się, by spełnili to, o co proszę kierowani poczuciem obowiązku, winy, strachu przed konsekwencjami? Jeśli spotkawszy się z odmową, uderzę w ton krytyczny lub osądzający, odmówię partnerowi ciepłych uczuć, znaczy to, że nie prosiłam, a żądałam. Kiedy rozmówca słyszy żądanie, widzi przed sobą tylko dwa wyjścia – uległość albo bunt. W obu wypadkach traktuje prośbę jako próbę wywarcia przymusu i jest mu trudniej zareagować ze współczuciem, skutkuje to także utratą zaufania i otwartości w przyszłości w naszej relacji. A gdyby mieć świadomość, że kiedy żądam, to sygnał, że nie wierzę w piękno moich potrzeb, w to, że zasługuję na wsparcie innych i świata – i objąć ten fakt ciepłą refleksją?

Uwierzyłabym, że jestem ok

5 Lu

nie okZaczyna się w niemowlęctwie, już wówczas uczymy się wychwytywać czy ważne osoby – rodzice lub inni opiekunowie są z nas zadowoleni i dostosowywać się do ich, wyrażonych mniej lub bardziej wprost, oczekiwań – od tego przecież zależy nasze przeżycie i spełnienie fundamentalnych życiowych potrzeb.

Potem jest już tylko gorzej: przechodzimy do ery „grzecznych chłopczyków” i „grzecznych dziewczynek” albo „łobuzów”, „niewdzięcznic”, „leniów” i „ty mnie wykończysz” czyli etykietowania nas pod różnymi względami – otoczenie na rożne sposoby daje nam znać, czy jesteśmy ok czy nie. Najczęściej nie. Uczymy się zatem, że to na zewnątrz istnieje źródło, które ma prawo zdecydować o naszej wartości i wielu prawach (np. prawie do doświadczania miłości, uwagi, troski). Zamiast mocno stanąć na własnych nogach, stajemy się jak wiotkie drzewa na wietrze – zależne od jego kaprysów.

Później dochodzi szkoła, z jej głównym komunikatem – „coś jest z tobą nie tak i zaraz ci to udowodnię” i kultura konsumpcyjna, która na tysiące mniej lub bardziej subtelnych sposobów wciska nam przekaz – jeszcze nie jesteś ok, ale już za chwilę – gdy kupisz kolejny produkt lub usługę – może się to zmienić i poczujesz wreszcie ulgę. Tak się oczywiście nie stanie. W tym scenariuszu nigdy nie osiąga się mety, a poprzeczka w wyścigu do poczucia się wreszcie ok  jest podnoszona wyżej i wyżej. Nie jesteś i nie będziesz ok.

Można podsumować, że żyjemy w cywilizacji opartej na tym, że prawie wszyscy jej uczestnicy wierzą w kilka wielkich kłamstw:  „Ja nie jestem ok”, „Ty/Wy nie jesteś/cie ok”, „Ona/ona/oni nie są ok”.

Byron Katie, autorka metody The Work mówi o tym tak: ” Większość ludzi od dzieciństwa przeznacza ogromną ilość energii na niestrudzone poszukiwanie tych rzeczy, posługując się rozmaitymi metodami mającymi zagwarantować, że zostaną dostrzeżeni, zadowolą druga osobę, zrobią na niej wrażenie i zdobędą jej miłość. Uważają, że na tym polega sens życia.”

Praktyka

Pierwszy krok to uświadomienie sobie, że choć to najprawdopodobniej nasi rodzice byli pierwotnymi autorami przekazu „Nie jesteś ok”, dziś nie muszą nic już robić. Robimy to za nich – dogłębnie zinternalizowaliśmy przekaz, że musimy się zmienić, by zasłużyć na miłość, bycie widzianym, zrozumianym, docenionym, wziętym pod uwagę. Potrzebna jest więc decyzja, że chcę zmienić komunikat, który do siebie kieruję na: „Jestem ok, bo po prostu istnieję” lub „Istnieję, więc jestem ok”. Dla mnie pomocne są słowa  Piotra Fijewskiego z książki „Jak rozwinąć skrzydła”: „Daję sobie prawo do istnienia. Jestem na tym świecie i mam prawo tu być. Mam prawo istnieć i akceptuję to, niezależnie od tego, na ile i komu jestem potrzebny i co inni myślą o mnie i moim myśleniu, Mam prawo do własnych potrzeb i przyjemności, podobnie jak inni ludzie. mam prawo do korzystania ze swoich osobistych praw. Mam prawo do robienia tego, co chcę, dopóki nie rani to kogoś innego. ”

Praktyka

Kolejny krok to umocnienie tego przekonania w sobie. Tutaj pomocne mogą być następujące praktyki:

  • Stworzenie listy osób, od których w ciągu swojego życia dostałaś/dostajesz  przekaz: „Jesteś ok”.
  • Jeden z nauczycieli duchowych – Adyashanti – opowiadał jak w dzieciństwie doszedł do bardzo zdrowego wniosku, że dorośli są szaleni – wierzą w rzeczy, które nie istnieją, przejmują się rzeczami, które nie są ważne, nie cieszą się życiem. Zauważmy, że większość z nas na podstawie tego, co mówili do nas i o nas dorośli, wysnuła zupełnie odmienny, nieprawdziwy i bardzo obciążający dla nas wniosek – że to z nami jest coś nie tak… A gdyby tak, skonstatować dziś – jak mówi moja znajoma do swoich synów, gdy przybiegają ze skargą: „Mamo, on powiedział, ze jestem głupi!” – on się po prostu pomylił? On, ona, oni – byli w błędzie – nie widzieli mojej prawdziwej natury, mojej niezbywalnej i stałej wartości biorącej się stąd, ze żyję. Uff, nagle życie jawi się w nowym świetle, z ramion spada wielki ciężar. Oni się pomylili…
  • Powtarzanie sobie „jestem ok” i rozkoszowanie się uczuciem jedności z życiem, które to wywołuje. Ja wyobrażam sobie, że mówię to do siebie na rożnych etapach rozwoju: niemowlaka, małego dziecka, nastolatki, teraz …
  • Bardzo dobrze działa na mnie podpowiedziany przez terapeutkę sposób – gdy spotykamy się z niezrozumieniem, brakiem docenienia, itp. , możemy sobie powiedzieć: „On, ona, oni nie są jeszcze na mnie gotowi”:-), a w przypadku, gdy czujemy, że ktoś próbuje przekazać nam, że nie zasługujemy na miłość – „To on/ona/oni nie zasługują na mnie”.
  • Piękna podpowiedź z metody Mind-Body Bridging: Zamknij oczy, wsłuchaj się w dźwięki płynące z otoczenia i poszukaj wewnątrz siebie swojego uszkodzenia. Gdy naprawdę skontaktujemy się ze sobą, nie sposób go znaleźć. Czujemy, ze jesteśmy pełni i kompletni, niczego nam nie brakuje i wszystko jest dokładnie takie, jak ma być.
  • Byron Katie proponuje zastanowić się, czego nie lubimy w zabieganiu o aprobatę innych oraz kim jesteśmy, gdy rezygnujemy z prób zdobycia miłości i uznania innych. „Jak postępujesz, gdy sądzisz, że potrzebujesz miłości innych ludzi? Czy stajesz się niewolnikiem ich aprobaty? Czy prowadzisz sztuczne życie, ponieważ nie potrafisz myśleć, że możesz zostać odrzucony? Czy starasz się odgadnąć ich oczekiwania, a później usiłujesz je spełnić? Szczerze mówiąc, w ten sposób nigdy nie zdobędziesz ich miłości. Będziesz próbował stać się kimś innym niż jesteś, a gdy powiedzą „kocham cię”, nie uwierzysz, ponieważ w rzeczywistości kochają sztuczna atrapę. Zabieganie o miłość innych jest bardzo trudne, a nawet śmiertelnie niebezpieczne. Dążąc do tego można utracić swoje prawdziwe ja. „
  • Zapytanie siebie: Jaka mogłaby być inna moja motywacja do działania niż potrzeba aprobaty?
  • Zapytanie siebie: Jakie ważne potrzeby chcę spełnić próbując dostosować się do oczekiwań innych, którzy ewentualnie wydadzą werdykt „Jesteś ok”? Miłości, akceptacji, przynależności, bezpieczeństwa, kontaktu, doświadczania troski…? Jak mogę spełniać te potrzeby nie rezygnując z siebie, bez poświęcania się i dopasowywania?
  • Uświadomienie sobie, jak mało  skuteczną strategią (a nawet nieco szaloną:-)) jest nieustannie próbować zasłużyć na miano „osoby ok” – potrzeby i oczekiwania innych zmieniają się jak w kalejdoskopie, są często ze sobą sprzeczne (np. dziecko chce, abyś była osobą bardziej wyrozumiała, mąż – bardziej stanowczą w byciu matką. Szef – więcej czasu spędzała w pracy, córka – w domu, itd.). Można oszaleć miotając się w tym wszystkim.
  • Zadawanie sobie codziennie pytań: „Co w sobie kocham?”,  „Za co się dziś doceniam?” oraz „Jak świat mnie wspiera?” (będziecie oszołomieni na ile rożnych sposobów – musicie więc być ok)
  • Czego nie robię, bo boję się, że dostanę komunikat „Nie jestem ok”? Co najgorszego by się stało, gdybym to zrobiła? Czy odważę się sprawdzić?
  • Zauważenie nieustannej presji, którą na siebie wywieramy, nigdy nie dając sobie prawa, by być takimi, jacy jesteśmy: zrób listę, jaki/a powinnaś się stać: bystrzejsza, kreatywniejsza, bardziej skuteczna w pracy, bogatszy, szczęśliwszy, silniejsza, piękniejsza, mniej agresywny, bardziej decyzyjny, bardziej niezależna, chudsza, lepsza jako matka, bardziej zorganizowany, itp. itd. Na pewno uderzy Cię długość i okrucieństwo płynące z tego spisu podstawowej nie-akceptacji siebie. Oraz nierealność tych oczekiwań.
  • Miki Kashtan – trenerka Nonviolent Communication z USA dzieli się swoją praktyką, a jest nią mówienie sobie – moja wartość jest taka sama jak wszystkich ludzi, którzy żyli przede mną, żyją teraz i będą żyć.
  • Przypominanie sobie, ze wszyscy pochodzimy z dokładnie tego samego  Źródła, czymkolwiek ono jest – jesteśmy manifestacją energii, kreatywnej siły, która nas stworzyła.
  • Uświadomienie sobie ile energii poświęcamy na to, by robić „właściwe rzeczy”. Właściwe – z punktu widzenia innych. A gdyby tak włożyć tę energię w rzeczy właściwe dla mnie, dla mojej duszy? Jak wyglądałoby moje życie?

Praktyka

Krok trzeci – uświadomienie sobie jak swoimi działaniami podtrzymuję w innych poczucie, że nie są ok i praca w kierunku zmiany tej postawy.

  • Zauważenie jak użytkuję innych próbując czy zmusić ich do tego, by zaspokajali moją potrzebę bycia ok. Czy widzę w pełni mojego partnera , moje przyjaciółki, moich rodziców, współpracowników, adoratorów? Co tracę przez takie ograniczone patrzenie? Przede wszystkim  kontakt  żywym człowiekiem – a nie z narzędziem do spełniania moich potrzeb.
  • Jak używam manipulacji „Nie jesteś ok” w stosunku do innych, których chcę „zmusić” do podporządkowania się moim potrzebom, żądaniom czy wizji świata?
  • Czy dzielę świat na tych, którzy są ok, bo mają podobną wizję świata jak ja i obcych, którzy jej nie podzielają? Jakie potrzeby próbuję w ten sposób spełnić? Bezpieczeństwa, stabilności, przewidywalności, bycia ok właśnie? Co tracę? Czy poczuie takiego oddzielenia nie jest bolesne?
  • Koniec z plotkowaniem. Pięknie analizuje to zjawisko Avikal E. Constantino w książce „Freedom to be Yourself. Mastering the Inner Judge”. Według autora plotkujemy, bo przeżywamy wówczas chwilę ulgi – sprzymierzając się z naszym wewnętrznym krytykiem wobec kogoś innego, nie musimy sobie radzić z oskarżeniami wobec siebie samych. Przez chwilę czujemy, ze wiemy, co jest słuszne, czujemy się lepsi od innych. Jednak to broń obosieczna, bo ma bardzo negatywny wpływ na nasze relacje i podtrzymuje kulturę „nie bycia ok” i daje siłę wewnętrznemu krytykowi. Ulga zaś jest tylko chwilowa.

Byron Katie trochę żartobliwie,  a trochę nie,  mówi, że kiedy wchodzi do sali pełnej ludzi jest pewna, że wszyscy ją kochają. Tylko o tym jeszcze nie wiedzą:-) Jak rozumiem, jeszcze nie przebudzili się na  tyle, aby widzieć swoją i innych prawdziwą naturę – a tego właśnie nam wszystkim życzę.

Przestałabym wierzyć, że jestem centrum świata

11 Sty

palceTo przekonanie jest tak fundamentalne i głęboko zakorzenione, że jego dostrzeżenie zajęło mi naprawdę dużo czasu. Kiedy już udało się je uchwycić, kolejnym odkryciem był fakt, że to właśnie ono jest odpowiedzialne za większość odczuwanego przeze mnie cierpienia.

A stąd już tylko krok do reinterpretacji tego, co się nam przydarza i do większego życiowego spokoju. Zdjęcie egocentrycznych okularów może nas zaprosić do całkiem fajnej zabawy. Pofantazjujmy…

Na przykład:

  • kiedy córka kolejny raz rzuca o ziemię moim telefonem, nie będąc centrum świata, zamiast myśleć, że jej celem jest zrobienie mi na złość, mogę zobaczyć to zachowanie jako konieczne na tym etapie rozwoju sprawdzanie granic lub eksplorowanie siły grawitacji… Zamiast się na nią wściekać, mogę zastanowić się jak ją wesprzeć w rozwoju i jednocześnie zadbać o bezpieczeństwo co cenniejszych rzeczy…
  • kiedy inny kierowca zajeżdża mi drogę, nie będąc centrum świata, zamiast myśleć, że jego celem jest okazanie mi braku szacunku,  mogę zacząć zgadywać, dokąd tak się spieszy.  Może do chorego dziecka, czy na ważne spotkanie o pracę  –  zamiast z podwyższonym ciśnieniem wymyślać mu od najgorszych, mogę zwolnić i zrobić mu więcej miejsca na drodze…
  • kiedy mój partner odpływa w myślach i nie słyszy co do niego mówię, nie będąc centrum świata, zamiast myśleć, że to znaczy, że mu nie zależy, mogę  go zapytać, co ważnego dzieje się w jego życiu…
  • kiedy moje dziecko płacze, nie będąc centrum świata, zamiast skupiać się na bólu związanym z tym, że to obwiniam się o bycie  złą matką, mogę skoncentrować się na tym, że to normalny sposób okazania swoich emocji, gdy nie dysponuje się potrzebnym słownictwem… i mogę skupić się na skutecznym wspieraniu go w tego typu ekspresji uczuć i pozbywania się napięcia
  • kiedy ekspedientka w sklepie odpowiada niemiło na moje pytanie, nie będąc centrum świata, zamiast odbierać to zachowanie jako cios w moje poczucie wartości, mogę zastanowić się skąd jej podły nastrój, może martwi się, co poda dzieciom na obiad kiedy pensja już prawie się skończyła?…A może jest zmęczona tym, że tylko ona ma okazywać innym zainteresowanie i uprzejmość, a tęskni za tym, żeby i ją ktoś naprawdę zobaczył?… Jak mogłabym ją w tym wesprzeć?…
  • kiedy ktoś nie dostrzega mojego wewnętrznego piękna, nie będąc centrum świata, mogę przestać wierzyć, że to oznacza, iż  go nie ma, a mogę pomyśleć, że ta osoba ma inne jego kanony oraz co mogę zrobić, żeby samej/samemu bardziej je w sobie dostrzegać…
  • kiedy ktoś mówi „nie” w odpowiedzi na moją prośbę, nie będąc centrum świata, zamiast wypominać mu/jej, że się o mnie nie troszczy, mogę zastanowić się, jakim  swoim ważnym potrzebom mówi w tym momencie „tak”  i poszukać innej strategii albo innej osoby, aby zadbać o moje potrzeby…
  • kiedy ktoś mnie zdradza, nie będąc centrum świata, zamiast katować się podejrzeniem, że nie jestem wystarczająco dobra, mogę wczuć się jak bardzo on/ona chciała poczuć, ze naprawdę żyje i mogę opłakać, że nie znalazł/a na to lepszej strategi…
  • kiedy lekarz bezdusznie i bez krzty empatii traktuje mnie podczas wizyty, nie będąc centrum świata mogę przestać odbierać to osobiście i zamiast złości i przygnębienia, mogę zacząć odczuwać współczucie dla przytłoczenia i bezradności, które musi czuć spotykając się dzień w dzień z trudnymi przypadkami, którym nie zawsze może zaradzić…
  • kiedy ktoś mówi: „Zawsze myślisz tylko o  sobie.”, nie będąc centrum świata, zamiast koncentrować się na tym, że mnie obraża, mogę dostrzec, jak bardzo on/ona tęskni za doświadczaniem bycia wziętym pod uwagę albo, że ktoś się o niego/nią troszczy…
  • kiedy ktoś mówi „Jesteś nieodpowiedzialny/a”, nie będąc w centrum świata, mogę przestać widzieć w tym zdaniu zagrażającą ego krytykę, a zobaczyć jak bardzo temu komuś zależy na tym, aby dzielić się odpowiedzialnością za nasz wspólny byt i na bezpieczeństwie finansowym; i odpowiednio na to zareagować…
  • kiedy ktoś nie docenia tego, co dla niego/niej robię, zamiast pielęgnować w sobie żal, mogę pomyśleć, że być może jest pewien, że jego/jej wdzięczność jest dla mnie oczywista i podzielić się, jak bardzo jednak chciałabym usłyszeć, czy moje działania polepszyły jego/jej życie…
  • kiedy ktoś mówi: „Czuję się ignorowany”, nie będąc centrum świata, zamiast rzucać się z dowodami, że go/jej nie ignoruję, mogę usłyszeć jak bardzo ta osoba czuje się samotna nie mając pewności, że jej potrzeby i uczucia także się liczą i są brane pod uwagę… i mogę pokazać jej, że ją w tym pragnieniu słyszę…
  • kiedy moje dziecko uparcie nie chce iść na studia, nie będąc centrum świata, zamiast pogrążyć się w cierpieniu o zmarnowanych szansach i energii, która włożyłam w jego/jej wychowanie, mogę zaufać, że ma do przejścia swoją własną drogę i nie mi oceniać, jak ma ona wyglądać… a potem zastanowić się, jak mogę być dla niego/niej najlepszym wsparciem w jego/jej  życiowym scenariuszu…
  • kiedy ktoś nie spełnia moich potrzeb, nie będąc centrum świata, zamiast odmawiać mu/jej miłości, mogę pomyśleć, że nie urodził/a się po to, by dopasowywać się do moich oczekiwań, i zastanowić się jak sam/a mogę bardziej te potrzeby spełniać…

I tak dalej, i tym podobnie… Podoba mi się ta zabawa. Jestem ciekawa waszych uwolnionych od ego reinterpretacji zdarzeń… Jakieś przykłady?

Przestałabym udawać, że głód na świecie to nie moja sprawa

27 Lip

Czy gdybyś mógł z łatwością uratować tonące dziecko, zrobiłbyś to? – pyta profesor Peter Singer,  bioetyk, autor książki „Życie, które możesz ocalić”. Z pewnością prawie każdy odpowie na to pytanie „tak”. A jednak codziennie 24 tysiące dzieci umiera z powodu przyczyn związanych z głodem, którym można było zapobiec (dane UNICEF). W tym samym czasie ponad miliard ludzi żyjących w luksusie wydaje pieniądze na rzeczy, których tak naprawdę nie potrzebują.

Jeśli wydaje nam się, że cieszenie się luksusowym życiem to nie nasz przypadek, to warto zadać sobie kilka pytań: czy w ostatnich kilku dniach kupiłeś/łaś coś do picia, mimo, że w twoim kranie płynie woda zdatna do picia? Czy w ostatnich tygodniach wyrzuciłeś/łaś jaki produkt spożywczy, mimo że nie był jeszcze zepsuty? Czy kupiłeś/łaś ubranie, które miało tylko sprawić, że poczujesz się lepiej emocjonalnie? Cóż, jesli odpowiedziałeś/łaś „tak” przynajmniej raz, to oznacza, że masz się czym podzielić z tymi, kórzy nie mają dostępu nawet do podstawowych dóbr.

Kiedy czytamy doniesienia jak to Bill Gates czy Mark Zuckenberg przekazują połowę swoich dochodów na pomoc dobroczynną, często budzi to tylko poczucie własnej bezsilości i powoduje wzruszenie ramionami „No tak, ale oni mają z czego oddawać, a tylko wtedy taka pomoc ma sens.”

Wzdychamy nad losem głodujących mieszkańców Afryki, czasem nawet wzdrygniemy się i zapłaczemy nad zdjęciem afrykańskiej matki z wychudzonym synkiem na skraju śmierci głodowej w ramionach.  To straszne, a my nie możemy przecież nic zrobić. A potem idziemy do sklepu, żeby kupić nową sukienkę czy nową płytę, która ma sprawić, że poczujemy się choć odrobinę lepiej ze sobą. I robi to. Przez 10 minut.

Znacie to? Ja znam to dobrze. Często chciałabym pomóc, wesprzeć innych, którzy nie dzielą ze mną przywileju dostatniego, zachodniego życia, ale czuje się bezradna. Co ja jedna mogę zrobić? Jakie to miałoby znaczenie? To zmarnowane pieniadze. Przecież to nic nie zmieni, bo chodzi o rozwiązania systemowe, na które nie mam wpływu. A jednak to wielkie kłamstwo, które powtarzam sobie od lat. I dojrzałam do tego, żeby przestać w nie z wygodnictwa wierzyć.

Bo kiedy ja z zadowoleniem robię nadmiarowe zakupy w supermarkecie, ktoś w tej właśnie chwili naprawdę umiera z głodu. I to nie dlatego, że „nie chce mu się pracować”, ale dlatego, że takiej ani żadnej innej opcji poprawienia swojego życia po prostu nie ma.

Często trudno nam zobaczyć i uznać tę naszą wyższą rangę.

Według Arnolda Mindell’a, twórcy psychologii zorientowanej na proces (POP), rangi to zestaw przywilejów, odziedziczonych lub nabytych, których najczęściej nie jesteśmy świadomi. A brak tej świadomości sprawia, że patrzymy z góry na tych, którzy mają mniejsze możliwości, marginalizujemy ich frustrację, wyzwania i cierpienie.

W wywiadzie dla Gazety Wyborczej (21-22 Lipca 2012) Peter Singer mówi o tym, że według niego „ludzie z bogatych narodów mają mocne moralne zobowiązanie żeby zrobić coś, co poprawi życie ludzi w krajach bardzo biednych”. Opowiada o tym, że dzieje się to na poziomie pomocy rządowej, ale często jeszcze skuteczniejsza jest pomoc indywidualna. (!) Szczególnie, gdy przyjmuje formę wsparcia finansowego dla organizacji, kóre skutecznie, omijając rządowe biurokracje, pomagają w miejscach, które tego najbardziej potrzebują: tam, gdzie nie ma dostępu do wody pitnej, do opieki zdrowotnej, do edukacji. Singer napisał na ten temat książkę „Życie, które możesz ocalić” i stworzył stronę internetową (www.thelifeyoucansave.com), gdzie każdy może zobowiązać się, ile ze swojego dochodu przeznaczy na wsparcie tych, którzy cierpią z powodu skrajnej nędzy czy braku dostepu do innych zasobów. Do tej pory ponad 13 tysięcy osób zadeklarowało około 66 mln dolarów. Singer podaje na stronie organizacje, które uważa za najbardziej efektywne w zmienianiu rzeczywistości potrzebujących. To dla mnie inspirujące. Zdecydowanie zmniejsza moje poczucie bezradności w tej sprawie i pokazuje jasne ścieżki działania.

Gdy mamy do czynienia z grupą w potrzebie zbyt liczną, aby nasza pomoc mogła pomóc jej jako całości, włącza się w nas psychologiczny mechanizm, który ocenia taką pomoc jako daremną. Dodatkowo wchodzą tu w grę nasze przekonania: bieda na świecie jest nieuleczalna, bezdenna, bedzie zawsze, moja pomoc byłaby tylko niewidzialną kroplą w ogromnym morzu potrzeb. Na stronie www.thelifeyoucansave.com obejrzałam 3-minutowy filmik (bardzo, bardzo polecam), który rozprawia sie z tymi mitami. Otóż liczbę osób żyjących w skrajnej biedzie na całym świecie można zmniejszyć o połowę  przy budżecie rzędu 125 mld dolarów rocznie. Czy to dużo? Cóż, Amerykanie wydają rocznie 116 mld dolarów tylko na napoje alkoholowe…  Aby pomóc, nie musimy przekazać 50% swoich dochodów: wystarczy 5, a nawet 1%. A jeśli myślisz, że to kropla w morzu, wyobraź sobie, że to życie twojej córki czy syna jest tą kroplą… Dla ludzi, którzy dzieki pomocy donatorów uratowali życie swoich dzieci ta kropla ma kluczowe znaczenie.

Rok temu na zaproszenie Dojrzewalni przyjechała do Polski Miki Kashtan z USA, trenerka metody Nonviolent Communication. Niezwykle bliska jej sercu jest idea, aby potrzeby wszystkich ludzi mogły być brane pod uwagę i zaspokajane. Po warsztacie, który prowadziła w Warszawie pojechałyśmy odpocząć do Konstancina, miejscowości uzdrowiskowej pod stolicą. Spacerowałyśmy wśród wykwintnych rezydencji, z których wiele ma pewnie ponad 1000 metrów kwadratowych, niektóre korty tenisowe czy prywatne stawy. W pewnym momencie Miki podzieliła się swoją refleksją: zastanawiało ją jak bardzo trzeba się znieczulić i czuć się oderwanym od innych ludzi, żeby nie widzieć, że korzystanie z tego bogactwa w pewnym sensie odbywa sie kosztem kogoś, kto nie ma dostępu do zaspokajania podstawowych potrzeb. I nie ma znaczenia, że ktoś doszedł do swojego majątku ciężką pracą.

Nie dajmy się też zwieść złudzeniu, że rzecz dotyczy tylko najbogatszych. Jeśli mieszkam w państwie, w którym panuje pokój, mam codziennie co jeść, w moim kranie płynie zdatna do picia woda, moje dzieci uczą się w czytać i pisać,  w perspektywie mają bezpłatne studia, a moim salonie stoi telewizor, to dostał mi się  przywilej, jaki milionom ludzi na świecie się nie trafił. Uznanie tego jest chyba pierwszym krokiem, aby poczuć, ze chcę się tym podzielić z innymi, kórzy tego szczęścia nie mieli. To wyzwanie w Polsce, gdzie skupiamy się raczej na tym, czego nam brakuje i lubimy sie czuć ofiarami sytuacji.

A co z przekonaniem, że moje jednostkowe wysiłki nie mają wpływu na zmianę świata? Coż, wystarczy chyba zdać sobie sprawe, że większość z nas, jednostkowo korzystając z Facebooka, przyczyniła się do zbudowania wielomilardowego majątku Marka Zuckenberga. Tak samo, każda złotówka, którą mądrze przekażemy organizacjom, posiadajacym do dokonania takiej zmiany kompetencje i doświadczenie, łączy się koronami, euro czy dolarami i  naprawdę przebudowuje świat. Jak proponuje Peter Singer – „zapomnij o kropli, razem tworzymy falę!”. Wspólnie możemy ocalić niejedno życie.

Praktyka

Zobowiązuję się, że 5% swoich rocznych dochodów przekażę na pomoc najbardziej potrzebującym na świecie. Warto takie zobowiązanie podjąć publicznie, np.  za pośrednictwem strony www.thelifeyoucansave.com. Badania nad psychologicznymi aspektami dobroczynności wskazują bowiem, że mamy o wiele silniejszą motywację do dzielenia sie swoimi zasobami, gdy widzimy, że czynią to inni. Dlatego też dzielę się tą informacją z Wami. Skorzystałam ze wspomnianej strony, żeby złożyć zobowiązanie i od razu przejrzałam listę organizacji pomocowych rekomendowanych przez Petera Singera jako najbardziej skuteczne. Moją uwagę zwrociła ta o nazwie Jolkona, ponieważ tutaj zawsze dostajemy informację jak nasza dotacja została wykorzystana – np. nazwiska osób, które nasza dotacja pomogła żywić przez 3 tygodnie albo nazwisko i historię kobiety z Sudanu, która dzięki naszej wpłacie otrzymała ziarno na obsianie pola, z którego plony wystarczą na wyżywienie jej rodziny przez pół roku.

Dla mnie to bardzo motywujące. Działa co najmniej potrójnie – jest remedium na naszą psychologiczną niechęć do pomagania ogólnie zdefiniowanym grupom; buduje połączenie z ludźmi, którym pomagamy oraz daje poczucie prawdziwego sensu naszej wpłaty – widzimy różnicę, jaką ona wnosi w czyjeś życie. Wow. Krótko po dokonaniu dotacji na wybrane przeze mnie projekty poszłam na zakupy i nie nie byłam w stanie kupić połowy zaplanowanych rzeczy. Od razu przeliczałam je na dolary i na to jak bardzo mogłyby one wesprzeć potrzebujące osoby. Opcje są najróżniejsze: od wpłaty na żywność dla głodujących w Somalii (150$ dla 6-osobowej rodziny na 3 tygodnie), zakup narzędzia potrzebnego do skonstruowania systemu dostarczającego wodę w Kenii (45$) czy kupienia kawałka ziemi farmerce z Sudanu (500$), przez ufundowanie miesięcznego czynszu mlodzieży urodzonej w slamsach w Boliwii (125$), która zakłada sieć kafejek internetowych,  po opłacenie nauki zdrowego zbilansowanego odżywiania dzieci przy istniejących ograniczeniach w Nepalu (45$). I wiele, wiele innych palących potrzeb. Bardzo zachęcam do przejrzenia bazy potencjalnych dotacji w serwisie Jolkona – działa na wyobraźnię! Bardzo też sobie cenię działalność Polskiej Akcji Humanitarnej – na pewno niesie bardzo wymierna pomoc potrzebującym.

Praktyka

Co roku przekazuję pieniądze Wojtkowi Pęczkowi z City Bum Bum, który na trzy miesiące wyrusza z ekipą entuzjastów gry na djembe do Afryki, dostarczając przy okazji mieszkańcom wioski, która ich gości potrzebnych leków i innych niezbędnych rzeczy. Tutaj też czuję wymierny sens takiej pomocy. Jest też w tym wiele lekkości – Wojtek przekazał mi ostatnio informację, że kilku mieszkańców chętnie by się ze mną ożeniło 🙂 I sporo wzruszenia – bliskością, którą czuję gdy Wojtek opowiada o radości  z podarunków i życiu wioski.

Chciałabym praktykować dalej to wsparcie i mam nadzieję, że Wojtek będzie kontynuował swoje wyprawy. Gdyby ktoś chciałby się włączyć: www.citybumbum.pl

Praktyka

Rozwijać w sobie chęć do dzielenia się z innymi i poczucie, że jesteśmy współzależni – my, wszyscy ludzie. Miki Kashtan zwraca uwagę, iż to, że posługujemy się pieniędzmi zasłania nam fakt, że bez innych byśmy nie przeżyli albo nie mogli zaspokajać podstawowych nawet potrzeb. To dobry punkt wyjscia w tej refleksji.

W naszej kulturze wiele uwagi poświęca sie temu ile przyjemności niesie ze sobą otrzymanie lub skonsumowanie czegoś, tymczasem jest to satysfakcja krótkotrwała, ulegająca szybkiemu zobojętnieniu wskutek efektu hedonistycznej adaptacji (szybko przyzwyczajamy sie do tego, co dobre, nawet jeśli długi czas o tym marzyliśmy). Biorąc to pod uwagę, satysfakcja płynąca z dawania i wspierania innych jest naprawdę niedoceniania – trwa o wiele dłużej, daje poczucie sensu, buduje nasze poczucie wartości i sprawczości.

Przypomina mi się historia przytoczona w jednej z książek przez Susan Jeffers – kiedy syn jej przyjaciółki zapytał o radę, co mógłby podarować swojej dziewczynie z okazji Walentynek, ta zasugerowała, że mógłby wraz z sympatią pojść do domu starców i wręczyć każdemu mieszkańcowi różę. Kiedy to zrobili –  poruszona dziewczyna zakochała sie w nim po uszy – było to dla nich niezwykle inspirujące doświadczenie jak to jest dawać. Czy nie byłoby warto stać się przykładem dla naszych wychowywanych w kulturze konsumpcji dzieci, ile radości może przynieść dzielenie się z innymi i wzbogacanie ich życia?

Wczoraj byłam na spotkaniu założycielskim lokalnego systemu wymiany w Warszawie i okolicach. W pewnym momencie prowadzący poprosili o zadeklarowanie (w ramach ćwiczenia), co chcielibyśmy zaoferować innym, a czego moglibyśmy potrzebować. To doświadczenie pokazało mi jak wiele jako społeczność mamy do zaoferowania, i poczułam jak bardzo taki system mógłby budować siłę i więzi międzyludzkie w lokalnej wspólnocie.

Praktyka

W zwiększaniu chęci dzielenia się pomocne może być praktykowanie współczucia, a nawet współodczuwania. Dalajlama powiedzial:  „Jeśli chcesz, by inni byli szczęśliwi, praktykuj współczucie. Jesli chcesz byc szczęśliwy, praktykuj współczucie.”

Warto pytać się: „Jakbym się czuł/a, gdybym nie mogła nakarmić mojego głodującego dziecka, gdybym nie miał/a dostępu do pitnej wody? Gyby moje podstawowe potrzeby nie mogły być spełnione, a przy okazji wiedziałbym, że inni ludzie mają zasobów w nadmiarze?

Warto też praktykować zaczerpniętą z buddyzmu medytację miłującej dobroci – naprawdę otwiera serce, pozwala przekorczyć poczucie oddzielenia od innych.

Praktyka

Budowanie swojego poczucia wartości, siły i ukorzenienia.

Dlaczego to ważne w tym kontekście? Wiele naszych zasobów, które mogłyby skutecznie zwalczać skrajną nędzę i głód na świecie jest przeznaczanych na nieudolne podbudowywanie naszych ego – ale żadne protezy w rodzaju nowego luksusowego samochodu czy nowych olśniewających kolczyków i tak nie zbudują w nas miłości do siebie, a dodatkowo przyczynią się do zniszczenia środowiska. Warto zdać sobie z tego sprawę od czasu do czasu i zapytać siebie – czy teraz wydaję pieniądze w sposób, który służy mnie i innym? A jeśli nie, to czy mogę je wydać w lepszy sposób, ku długoterminowej satysfakcji mojej i wielu ludzi?

Czy łatwo się Wam jest dzielić z innymi? Czy widzicie w tym sens? Podzielcie sie prosze swoimi pomyslami i odczuciami na ten temat.

Usunęłabym ze swojego słownika etykietę „dziecko”

18 Lip

Dyskryminacja ze względu na płeć, rasę czy pochodzenie wciąż istnieje, ale przynajmniej  nie jest poprawna politycznie, a czasami jest ścigana przez prawo. Tymczasem dyskryminacja ze względu na młody wiek jest stosowana i akceptowana jak świat długi i szeroki. Wystarczy, że myślę o kimś jako o „dziecku”, a  już nie obowiązują mnie zasady, które stosowałabym/stosowałbym  z innymi ludźmi. Dotarło to do mnie bardzo mocno, kiedy dziś rano mój partner wyjął naszą śpiącą córkę z łóżeczka i zaniósł do niani. Cóż, z pewnego punktu widzenia sprawa wydaje się oczywista – tak się przecież robi z dzieckiem. Ale mnie na ten widok aż rozbolał brzuch, a ponieważ to jest to dla mnie zawsze sygnał, że ważne dla mnie wartości nie są respektowane, postanowiłam się temu bliżej przyjrzeć.

Wyobraziłam sobie, jak sama bym się czuła, gdyby słodko śpiącą ktoś nagle poderwał mnie z łóżka i wyniósł do innego pokoju – szok, prawda? Czy ktoś odważyłby się to zrobić (pomijając różnicę wagi między mną a moją córką;-)? Raczej nie – trudno nie poczuć, że byłoby to naruszenie moich granic i początek wielkiej afery, gdy stanęłabym w swojej obronie. Tymczasem gdy dziecko zaczyna w takiej sytuacji płakać – co jest dla niego jedyną dostępną formą wyrażenia szoku, oburzenia i niezgody – staramy się jeszcze spacyfikować ten płacz, mówiąc mu, że nic się przecież nie stało i jest przewrażliwione, niegrzeczne, itp. Tyle objawów braku podstawowego szacunku jednocześnie, a nikt – oprócz dziecka oczywiście – nie zauważa, że dzieje się coś złego. Jaki przekaz dostaje od nas mały człowiek? Nie jesteś na tyle ważny, aby szanować twoje potrzeby i granice. Ktoś, kto jest od ciebie silniejszy, może zrobić z tobą co mu się podoba. To dla mnie ewidentny przykład nieuświadomionych rang w działaniu – bezrefleksyjnie korzystamy ze swojej siły i przywilejów kosztem innego człowieka, który ma bardzo ograniczone sposoby, aby się przed tym bronić. Pisałam o tym dużo w odcinku „Byłabym świadoma swoich rang”

Marshall Rosenberg, twórca metody Nonviolent Communication (Porozumienie Bez Przemocy), twierdzi, że etykieta „dziecko” jest jedną z gorszych, którą można innemu człowiekowi przykleić. Dla niego dziecko tylko tym różni się od dorosłego, że ma mniej wiedzy i doświadczenia. Ale wszystkie inne prawa jak najbardziej. Proponuje prosty test – czy zachowałbyś się podobnie w tej samej sytuacji, gdyby chodziło o twojego sąsiada? Bardzo często odpowiedź będzie oczywista – „nie”.

Czy wyobrażacie sobie, że na siłę wkładacie sąsiadowi/partnerowi czy jakiemukolwiek dorosłemu łyżkę zupy, choć zdecydowanie odmawia, że na siłę myjecie mu zęby? że wkładacie mu sweter choć krzyczy, że tego nie chce? że przypinacie go w wózku, choć się wyrywa? zamykacie w pokoju na tyle minut ile ma lat, bo powiedział niecenzuralne słowo albo głośno płacze, domagając się czegoś? wyłączacie nagle i bez negocjacji telewizor, choć chce dalej oglądać program, i tak dalej, itp. Wszystko to wydałoby się oczywistym naruszeniem jego wolności i nietykalności, po prostu nieakceptowalną przemocą. Dlaczego nie wydaje nam się tak w stosunku do dzieci?

Agnieszka Stein w książce „Dziecko z bliska” pisze o potrzebie autonomii jako jednej z najważniejszych potrzeb rozwojowych małego człowieka (tak, jak i dorosłego). Każdy chce czuć, że ma wpływ na otaczającą go rzeczywistość i może podejmować decyzje, które go dotyczą. Dopiero jej lektura naprawdę pomogła mi się wczuć w sytuację dziecka i w to, jak niewiele ma ono możliwości zaspokajania tej kluczowej potrzeby: „Jak wiele decyzji zapada poza dzieckiem, niejako ponad jego głową. Jak mało ma wpływu na to, co się z nim dzieje, gdzie ma iść, co może zjeść, z kim będzie przebywać.” Tymczasem możliwość takiego decydowania sprzyja też zaspokojeniu potrzeby bezpieczeństwa małego człowieka – jak pisze Agnieszka Stein: „Próbuje doświadczyć, tego że może samo budować sobie bezpieczeństwo wewnętrzne w oparciu o poczucie własnej skuteczności i wpływu na rzeczywistość, a niekoniecznie w oparciu o bliskość i zachowanie opiekuna. (…) Zaczyna od wprowadzania porządku w sposób, który samo jest w stanie zrozumieć. Domaga się decydowania o tym, którą drogą pójdzie na spacer albo kto pomoże mu przy zakładaniu butów. Chce naciskać guziki w windzie i denerwuje się, gdy mama nie po kolei odkłada zabawki na półkę. I jeszcze chce wybierać krzesło, na którym usiądzie i kubek, z którego się napije.” Gdy to sobie uświadamiam, budzi się we mnie autentyczne współczucie i chęć udzielenia córce jak największego wsparcia w zaspokajaniu tej potrzeby.

I boli mnie, kiedy słyszę, gdy inni w odpowiedzi na naturalną chęć dziecka do decydowania o sobie, nazywają to „chęcią rządzenia”, którą trzeba jak najszybciej ukrócić. Lekarka pediatra, u której byliśmy ostatnio z wizytą zasugerowała nam tonem nieznoszącym sprzeciwu, że konieczna będzie wizyta u psychologa dziecięcego, bo dziecko „nami rządzi”. A chodziło o to, że moja córka nie dawała sobie zdjąć bluzeczki do badania i próbowaliśmy dać jej empatię i powiedzieć dlaczego to ważne (co zadziałało).

Tymczasem respektowanie granic dziecka ma olbrzymie konsekwencje. Jak  pisze Agnieszka Stein: „Dziecko, którego granice są poważnie traktowane od samego początku uczy się:

  • rozpoznawać swoją odrębność
  • dbać o siebie w zdrowy sposób
  • współpracować i rezygnować z niektórych swoich potrzeb w imię równowagi i potrzeb innych ludzi
  • protestować za każdym razem, kiedy czuje, że ktoś narusza jego granice

Praktyka

Jak najczęściej sprawdzać, czy nie narzucam córce pewnych rozwiązań tylko dla swojej wygody, bez uwzględniania jej potrzeb. Zaangażować się w empatyczny dialog, gdy nasze strategie się różnią i kreatywne szukanie satysfakcjonujących dla nas obu rozwiązań.

Praktyka

Rzucać wyzwanie swoim granicom. Jasne, że wolę, żeby było czysto, ale czy czasem nie będzie frajdą dać dziecku porozrzucać okruszki albo pomalować stolik? Albo razem zrobić twórczy bałagan, wyrywając się z ograniczających przekonań, że tego się nie robi?

Praktyka

Organizować córce jak najwięcej okazji do wyboru tego, co będzie dla niej odpowiednie. I świętować jak korzysta z tych okazji, budując swoje poczucie mocy. Agnieszka Stein pisze, iż „warto przyjąć zasadę, że zakazy powinny obejmować absolutne minimum. Tak naprawdę to, co jest konieczne, żeby dziecko przeżyło, nie zrobiło nikomu krzywdy i nie zdemolowało otoczenia. A także to, co wynika z potrzeb rodziców”. Unikać tzw. pozornego wyboru, który jest niczym więcej niż techniką manipulacji („Chcesz te spodnie czy te?”, gdy nie chce założyć spodni)

Praktyka

Wziąć odpowiedzialność za swoje potrzeby w relacjach z córką. Świetny artykuł na ten temat napisała niedawno Joanna Berendt (Co znaczy „Nie wolno”?).  Zamiast „nie wolno”, „nie można”, chciałabym mówić o tym, dlaczego czegoś nie chcę. Albo dlaczego czegoś chcę. Granice budować w oparciu o swoje potrzeby: „Nie chcę, nie podoba mi się, nie lubię, ważne jest dla mnie bezpieczeństwo innych (gdy np. nie działa prośba o zaniechanie rzucania klockami i je chwilowo zabierzemy poza zasięg dziecka)”.  To działa. Kiedy naprawdę głęboko czuję, że nie chcę zrobić czegoś, na co namawia mnie córka, powiedzenie „nie” jest proste i nie buduje napięcia ani we mnie, ani w niej. Dużo łatwiej jest wówczas opowiedzieć mi, z czego to we mnie wynika. I szukać na spokojnie rozwiązania, które będzie dobre dla niej i dla mnie. Tak samo, gdy zależy mi na tym, aby ona czegoś nie robiła w konkretny sposób, albo coś zrobiła. Mogę przeznaczyć energię na wielokrotne zmuszanie jej do czegoś, czego nie chce, ryzykując jakość naszej relacji i jej zaufania do mnie albo tę samą energię przeznaczyć na rozmowę, w której opowiem o swoich potrzebach i pomogę córce wyrazić swoje. A potem uruchomić kreatywność i czasem zmienić strategię na taką, która połączy nasze potrzeby.

Scott Noelle, autor www.enjoyparenting.com  i Daily Groove, inspirującego serwisu dla rodziców, pisał ostatnio o tym, by szukać głębiej, i przywoływał przykład, gdy dziecko chce skakać po kanapie przyjaciela, a my chcielibyśmy uszanować jego własność i jej nie zniszczyć. Możemy wówczas zastanowić się, jakiego doznania szuka mały człowiek – może chodzi o doświadczenie w nowy sposób grawitacji? A jeśli tak, to czy możemy pokazać mu, gdzie indziej może skakać bezpiecznie dla siebie i dla rzeczy przyjaciela?

Praktyka

Czasami wiadomo: nie da się ustrzec działania wbrew woli małego człowieka – choćby gdy wyrywa się na ulicy i na siłę bierzemy go za rękę, przytrzymując wbrew woli na chodniku. W Nonviolent Communication nazywamy to „ochronnym użyciem siły”. Ale i wówczas bardzo ważny jest szacunek – kiedy minie zagrożenie opowiadamy dziecku, dlaczego zdecydowaliśmy się na takie działanie i wysłuchujemy empatycznie jakie były jego emocje i potrzeby w tej sytuacji przymusu.

Praktyka

Jak najczęściej stawiać się w sytuacji mojej córki, gdy o niej decyduję. Jak ja bym się czuła na jej miejscu? Jeśli źle, to czy mogę znaleźć rozwiązanie, przy którym uszanuję jej granice i jej potrzeby, nie zapominając o swoich?

Praktyka

Przestać myśleć o mojej córce jako o moim dziecku, a zacząć postrzegać ją jako samodzielną istotę ludzką, która ma takie same prawa jak ja i inni dorośli. Także do decydowania co jest dla niej dobre (poza sytuacjami z zagrożeniem życia), kiedy i co ma zjeść, jak się ubrać, itp. Oczywiście nie pozbawia mnie to możliwości wyrażania swojego zdania i przekonywania jej do zmiany decyzji – jeśli widzę dodatkowe aspekty sytuacji, których ona nie dostrzega (tak, jak z każdym innym człowiekiem).

Praktyka

Uważać na niewidoczną przemoc, która wynika z nadawania dziecku etykiet: grzeczna, posłuszna, łobuz, leniwa, niewdzięczny, mało bystry – te wszystkie określenia wyrażają na ile dziecko spełnia nasze oczekiwania i jednocześnie mogą stać się wielkim życiowym bagażem. Pozbawiają małego człowieka kontaktu ze swoją potrzebą wzbogacania życia innych i programują go na zenątrzsterowność  – zależność od pochwał i krytyki innych. Więcej na ten temat pisałam w odcinku „Nie mówiłabym swojej córce, że jest grzeczną dziewczynką”. 

Jestem bardzo ciekawa, czy macie jeszcze inne pomysły na taki rodzicielski rozwój.

Dawałabym feedback

29 Maj

Temat wydaje się błahy, ale jest wielkiej wagi. Informacja zwrotna to prawdziwy podarunek  dla innych ludzi – taka wiedza pomaga im sprawdzić na ile ich działania spełniają potrzeby innych i są zgodne z ich intencjami – oraz jednocześnie prezent dla nas samych – pozwala przestać czuć się ofiarą,  daje poczucie mocy i wpływu na otaczającą rzeczywistość. A czasem także tę rzeczywistość zmienia na korzystniejszą dla nas.

Kiedyś uczestniczyłam w warsztacie prowadzonym przez Miki Kashtan – amerykańską trenerkę NVC. Działo sie to w Niemczech – to ważna informacja. Reagując na napięcie w grupie, Miki zaproponowała sesję informacji zwrotnej – taką, aby każdy mógł wnieść co się z nim dzieje i jaką ma w związku z tym prośbę. Czas był ograniczony, osób wiele. W pewnym momencie chyba dla wszystkich było jasne, że niektóre osoby wypowiadają sie tak długo, że czasu dla wszystkich po prostu nie wystarczy. Ale do końca nikt się nie odezwał w tej sprawie . Dla Miki (która pochodzi z Izraela) było to bardzo trudne przeżycie. Głęboko mnie poruszyło, kiedy następnego dnia podzieliła się z nami, jaki mechanizm zobaczyła za tym zdarzeniem. Prosto z mostu powiedziała, że dla niej było to realne przypomnienie dlaczego Hitler mógł zrealizować swoje plany. Otóż – wszystko zaczyna się od tego, że przymykamy oczy na niesprawiedliwość, zło, czy coś co krzywdzi nas albo innych. Nie odzywamy sie, chociaż nasz głos mógłby zmusić innych do refleksji nad swoim działaniem albo odebrał im możliwość kontynuowania krzywdzących działań.

Czemu tak się dzieje?

  • Po pierwsze wynika to z niewiary, że nasz głos ma w ogóle znaczenie i może coś zmienić. A jednak to nieprawda. Weźmy chociaż ostatnią akcję w Stanach – przenoszenie kont o wartości w sumie wielu miliardów dolarów do małych regionalnych i lokalnych banków zainicjowała młoda kobieta, która nie chciała się zgodzić z działaniami dużego banku. Spektakularnym dowodem że każdy głos może zapoczątkować lawinę zmian są efekty działań Camilii Vallejo – studentki w Chile. 

  • Po drugie, często nie mamy zaufania do tego, co czujemy. Nie słuchamy swojego ciała, kótre dyskomfortem, nagłym skurczem żołądka czy przyspieszonym biciem serca daje nam znać, ze dzieje się coś, co nie zgadza się z naszym systemem wartości.
  • Po trzecie, nauczono nas także, że nie można wyrażać, a najlepiej odczuwać złości. Więc w takich chwilach, cała energia idzie na jej stłumienie zamiast na wysłuchanie komunikatu o niespełnionych potrzebach, który ta emocja ze sobą niesie
  • Po czwarte, boimy się ewentualnych niedogodności i konsekwencji wynikających z takiego działania  – i decydujemy się poświęcić naszą potrzebę integralności.
    Ostatnio, bardzo nieprzyjemnym przeżyciem i wielkim rozczarowaniem była dla mnie wizyta w salonie znanej stylistki fryzur – poziom obsługi klienta, oceniające komentarze, brak wysłuchania moich potrzeb, a w rezultacie kolor i fryzura kompletnie rożne od moich oczekiwań , sprawiły, że przez dwa dni miałam emocjonalnego kaca i czułam się jak ofiara – fryzjerki, która mnie obsługiwała i salonu, który ją zatrudniał. W pewnym momencie poczułam, jednak, że nie chcę tego tak zostawić i opisałam swoje doświadczenia właścicielce. Odpowiedź przyszła natychmiast i była jednocześnie satysfakcjonująca – bo poczułam się wysłuchana oraz otrzymałam propozycję zadośćuczynienia i trudna – bo dowiedziałam się, że salon postanowił ową fryzjerkę zwolnić. Nie taka była moja intencja (myślałam raczej o daniu drugiej szansy, która pozwoliłaby owej fryzjerce wziąć pod uwagę informację zwrotną na temat tego jak jej działania wpływają na innych). Ale stało się i mimo tego oczywistego kosztu, zrobiłabym to jeszcze raz – bo uczucie wpływu na rzeczywistość i satysfakcja płynąca z zadbania o swoje potrzeby są bezcenne.
  • Po piąte, możemy odczuwać lęk przed negatywną oceną, rewanżem strony, której mówimy o naszych niespełnionych potrzebach, a tekże lęk przed odrzuceniem czy wycofaniem ciepłych uczuć dla nas (np. w bliskiej relacji)
  • Po szóste,  mówimy sobie, że nas już to nie dotyczy – bo po prostu po raz drugi nie przyjdziemy do tej restauracji czy nie skorzytamy z wizyty u tego lekarza.
    Tymczasem nasz feedback – zarówno do tych osób, jak i ich przełożonych, mógłby uratować przed powtórzeniem tego doświadczenia kolejne osoby. Jestem bardzo wdzięczna prowadzącym serwisy, w których można oceniać produkty, miejsca i usługi oraz osobom, które w nich publikują swoje oceny – jest to nieoceniona pomoc w sytuacjach wyboru. Zamierzam opisać hotel (Arenella Resort na Sycylii), w którym ostatnio spędziłam dwa tygodnie z małym dzieckiem – w czterogwiazdkowym wszechogarniającym zapachu pleśni. Dowiedziałam się, że biura, które sprzedają wakacje w tym ośrodku (TUI, Itaka), mają tego pełną świadomość – hotel po wybudowaniu stał przez rok niezamieszkany i pleśń po prostu jest wszędzie. Kto więc, jeśli nie my – klienci – nawzajem ostrzeże się  przed zrobieniem tego błędu. Oczywiście, zamierzam też rozpocząć procedurę reklamacyjną w TUI, co może da szansę innym – jeśli biuro wycofa ten obiekt ze swojej oferty.
  • Po siódme – w związkach często nie decydujemy się na udzielenie informacji zwrotnej, gdyż wybieramy pozorny komfort „świętego spokoju”. Pozorny, gdyż niewyrażony żal buduje napięcie i poczucie oddzielenia, często kończąc się oddaleniem partnerów i rozstaniem. Wyrażony odpowiednio – może budować bliskość oraz zwiększać intymność. Bardzo podoba mi się stwierdzenie Irwina Kuli z książki „Yernings”, które cytują w swojej książce „Projekt szczęśliwe małżeństwo” Hal i Jenny Runkel „Kiedy ukrywamy cząstkę tego, kim naprawde jesteśmy, przed ukochana osobą, zyskujemy gwarancję, że ona nie pokocha nas w pełni”.

Dużo tu piszę o dawaniu feedbacku, który jest negatywny – nasze potrzeby nie zostały zaspokojone. Tymczasem równie ważna rolę odgrywa pozytywna informacja zwrotna – czyli swojska wdzięczność – poinformowanie kogoś, czyje działania przyczyniły się do spełnienia naszych potrzeb, jak wzbogacił nasze życie. Pisałam już na ten temat bardzo wiele w odcinku „Z determinacją praktykowałabym wdzięczność dla innych”. Wdzięczność wyrażona daje jej adresatom poczucie osobistej mocy oraz po prostu praktyczną informację, czy skutki ich działań są adekwatne do intencji, które za nimi stoją.

Praktyka

Jak najczęściej będę zwracać uwagę na sygnały z ciała, które sygnalizują, ze potrzeby nie zostały spełnione. W takiej sytuacji zastanowię się w jaki sposób mogę o nie zadbać – np. poprzez poinformowanie o tej sytuacji osoby, które się do tego przyczyniły lub mogą się przyczynić do ich spełnienia.

Praktyka

Będę uważna na przekonanie, które czasami kieruje moim życiem, że musze się dostosowywać do innych, że mają oni wyższą rangę, a ich potrzeby są ważniejsze. To akurat przekonanie, które zrodziło się we mnie w dzieciństwie, ale wiele kobiet jest wychowywanych w tym duchu i przywoływane do porządku nawet jako dorosłe. Chciałabym traktować swoje potrzeby jako równie ważne i szukać rozwiązań to uwzględniających.

Praktyka 

Aby moja informacja zwrotna była skuteczna: budowała kontakt oraz zwiększała szanse, że moje potrzeby zostaną dzięki niej spełnione, zadbam o jej formę  (skorzystam tu z zaleceń Nonviolent Communication):

  • będę mówiła o faktach, np. : „W obecności innych klientów wyrażała pani komentarze na temat stanu moich włosów, czyli: tutaj dokładny cytat.”)
  • opowiem o uczuciach, które te fakty we mnie wzbudziły: „to spowodowało, że poczułam bardzo duży dyskomfort i napięcie, bo słyszały to inne osoby plus zaniepokoiłam się o swoje włosy”
  • i połączę jej z potrzebami, które za tymi emocjami stały (szacunku dla mojej prywatności i wrażliwości, odprężenia). „U fryzjera chciałabym swobodnie się poczuć i zrelaksować w przekonaniu, że z moimi włosami wszystko będzie ok. „

mogę też sformułować prośbę na przyszłość (wykonalną, pozytywną). Moja przyjaciółka w podobnej sytuacji u kosmetyczki poprosiła w odpowiedzi na negatywne komentarze na temat swoje cery: „Przyszłam tu po to, aby się odprężyć. Czy mogłaby pani opowiedzieć mi co widzi pozytywnego w moje skórze?”

Praktyka

  • Listę potrzeb powieszę przy komputerze, abym mogła codziennie na nią patrzeć i pogłębiać umiejętność ich rozpoznawania w sobie.
  • Potrzeby fizyczne
    Powietrza
    Pożywienia
    Wody
    Schronienia
    Ruchu
    Odpoczynku
    Snu
    Wyrażenia swojej seksualności
    Dotyku
    Bezpieczeństwa fizycznegoAutonomii
    Wybierania własnych planów, celów i marzeń, wartości
    Wybierania własnej drogi prowadzącej do ich realizacji
    Wolności
    Przestrzeni
    Spontaniczności
    NiezależnościKontaktu z samym sobą
    Autentyczności
    Wyzwań
    Uczenia się
    Jasności
    Świadomości
    Kompetencji
    Kreatywności
    Integralności
    Samorozwoju / wzrostu
    Autoekspresji / wyrażania własnego „ja”
    Poczucia własnej wartości
    Samoakceptacji
    Szacunku dla siebie
    Osiągnięć
    Prywatności
    Sensu
    Poczucia sprawczości i wpływu na swoje życie
    Całości / jedności
    Spójności
    Rozwoju
    Stymulacji, pobudzenia
    Zaufania
    Świętowania zaspokojonych potrzeb, spełnionych marzeń, planów i opłakiwania niezaspokojonych
    CeluZwiązku z innymi ludźmi
    Przyczyniania się do wzbogacania życia
    Informacji zwrotnej, czy nasze działania przyczyniły się do wzbogacania życia
    Przynależności
    Wsparcia
    Wspólnoty
    Kontaktu z innymi
    Towarzystwa
    Bliskości
    Dzielenia się: smutkami i radościami; talentami i zdolnościami
    Więzi
    Uwagi, bycia wziętym pod uwagę
    Bezpieczeństwa emocjonalnego
    Szczerości
    Empatii
    Współzależności
    Szacunku
    Równych szans
    Bycia widzianym
    Zrozumienia i bycia zrozumianym
    Zaufania
    Ciepła
    Otuchy
    Miłości
    Intymności
    Siły grupowej
    Współpracy
    WzajemnościRadości życia
    Zabawy
    Humoru
    Radości
    Łatwości
    Przygody
    Różnorodności / urozmaicenia
    Inspiracji
    Prostoty
    Dobrostanu fizycznego/emocjonalnego
    Komfortu / wygody
    NadzieiZwiązku ze światem

    Piękna
    Kontaktu z przyrodą
    Harmonii
    Porządku
    Spójności
    Pokoju